W Budapeszcie doszło do niespodziewanego przełomu po decyzji nowego rządu premiera Pétera Magyara o zakończeniu dwuletniego weta dotyczącego unijnych funduszy. Umożliwiło to odblokowanie skarbca UE, co zainicjowało debatę na temat podziału tych środków. Szefowa unijnej dyplomacji, Kaja Kallas, zaproponowała, aby aż 90 procent funduszy trafiło bezpośrednio na Ukrainę, z pominięciem narodowych budżetów krajów członkowskich. Środki te mają być przeznaczone na zakup nowego sprzętu wojskowego oraz szkolenie żołnierzy ukraińskich.
Tymczasem zaledwie 10 procent środków miałoby zostać przeznaczone dla państw, które już mocno zaangażowały się w pomoc Ukrainie poprzez opróżnienie swoich magazynów wojskowych. Takie założenia wzbudziły napięcia wśród państw UE, ponieważ dotychczasowe wydatki krajów członkowskich na wsparcie Ukrainy przekroczyły 43 miliardy euro, podczas gdy Bruksela zobowiązała się do zwrotu 13 miliardów – obecnie dysponując jedynie połową tej kwoty.
W centrum tego konfliktu znalazła się Polska, która wraz ze Słowacją wyraziła zdecydowany sprzeciw wobec planów Brukseli. Wiceminister obrony narodowej, Cezary Tomczyk, stwierdził: „To próba zmiany reguł gry w trakcie jej trwania. Będziemy walczyć o każde euro”.
Z kolei Niemcy, największy płatnik do budżetu unijnego, nalegają na przekazanie całej puli środków bezpośrednio Ukrainie. Ich stanowisko jest popierane przez kraje skandynawskie. Francja, próbująca odnaleźć się w tej sytuacji, domaga się, aby nowe zakupy wojskowe realizowane były w europejskim przemyśle zbrojeniowym.
Dyskusja uwydatniła sprzeczne interesy: Polska i Słowacja, które jako pierwsze dostarczały broń i oczekują pełnego zwrotu wydatków, sprzeciwiają się cięciom. Natomiast kraje takie jak Niemcy, które włączyły się później, popierają koncentrację funduszy na wsparciu Ukrainy.








Dodaj komentarz