Wojna w Strefie Gazy – komu zależy na eskalacji, a komu na pokoju

Niezależny dziennik polityczny

Nadzieje na osiągnięcie porozumienia w sprawie zawieszenia broni w Strefie Gazy i zwolnienia zakładników radykalnie zmalały po tym jak izraelski premier oświadczył, że ofensywa na Rafah będzie przeprowadzona bez względu na porozumienie. Tymczasem wojna w Strefie Gazy spowodowała wybuch zamieszek na amerykańskich uczelniach, które mogą wpłynąć na wynik tegorocznych wyborów w USA.

Przekazana w piątek 26 kwietnia propozycja Egiptu zakłada doprowadzenie do trwałego zawieszenia broni w trzech etapach. W pierwszym Izrael miałby wstrzymać działania wojenne w Strefie Gazy na 40 dni i wycofać się z gęsto zaludnionych części tego terytorium. Izrael miałby również robić przerwę w lotach rozpoznawczych nad Strefą Gazy w wymiarze ośmiu godzin dziennie oraz w czasie gdy dokonywany będzie transport zwalnianych zakładników. Cywile będą w tym czasie mogli wrócić do swoich domów i zostanie umożliwione dostarczenie pomocy humanitarnej, w tym paliwa. W okresie 40-dniowego zawieszenia broni zwolnionych miałoby być 33 cywilnych zakładników (w rękach Hamasu pozostaje ponad 100) w zamian za zwolnienie ok. 900 palestyńskich więźniów przez Izrael. W drugiej fazie Siły Obronne Izraela (Cahal) miałby całkowicie wycofać się ze Strefy Gazy w zamian za zwolnienie pozostałych zakładników oraz przekazanie ciał tych, którzy zmarli lub zostali zamordowani w niewoli. W trzeciej fazie miałaby nastąpić odbudowa Strefy Gazy (według szacunków potrwa do 2040 r.), a gwarantami zawieszenia broni byłyby USA, Egipt i Katar.

Według amerykańskiego Sekretarza Stanu Anthony’ego Blinkena propozycja ta jest wyrazem „szczodrości” wobec Hamasu i teraz wszystko zależy od decyzji tej organizacji czy ją przyjmie. Sprawa wydaje się być jednak znacznie bardziej skomplikowana. Cztery dni po sformułowaniu tej propozycji Benjamin Netanjahu oświadczył, że bez względu na to czy porozumienie w sprawie zwolnienia zakładników zostanie zawarte czy też nie, to Izrael dokona ataku na Rafah w celu całkowitego wyeliminowania Hamasu, czyli tego co zostało zapowiedziane na początku tej operacji. Deklaracje te są niewątpliwie sprzeczne, a uderzenie na Rafah nie tylko pogrzebie szanse na trwałą deeskalację. ale istnieje duże zagrożenie, że doprowadzi do wypchnięcia ok. 1,4 mln przebywających tam Palestyńczyków poza Strefę Gazy. Egipt stanie wówczas pod ogromną presją by otworzyć granicę i ich wpuścić, a to będzie miało daleko idące konsekwencje w świecie arabskim i może nawet zmusić rządy państw arabskich, które dokonały normalizacji relacji z Izraelem, do zerwania z nim stosunków. Warto nadmienić, że w ostatnim czasie zrobiły to trzy państwa latynoamerykańskie tj. Belize, Boliwia i Kolumbia (co jednak ma małe znaczenie dla Izraela). Natomiast Turcja ogłosiła zerwanie wymiany handlowej z Izraelem (co było wynikiem presji ze strony rosnącego w siłę islamistyczno-nacjonalistycznego komponentu wyborców), której wartość w 2022 r. wyniosła ponad 9 mld dolarów. Eksport z Turcji do Izraela to 7 mld dolarów, a zatem Turcja bardziej na tym straci ale jeśli kraj ten zablokuje również tranzyt towarów do Izraela to będzie to już bardzo groźne dla Izraela, zwłaszcza jeśli uderzenie na Rafah doprowadzi również do konsekwencji w relacjach z Egiptem i Jordanią. Dla Turcji oznaczałoby to jednak skrajne pogorszenie relacji z USA.

Prawdopodobieństwo, że Palestyńczycy wypchnięci ze Strefy Gazy będą mogli do niej wrócić będzie bardzo małe i liderzy Autonomii Palestyńskiej, a także przywódcy arabscy, mówią już w tym kontekście o nowej Nakbie (czyli wypędzeniu Palestyńczyków z terenów zajętych przez Izrael w 1948 r.). Z drugiej strony do takich działań mogą zachęcać Netanjahu wyniki ostatnich sondaży. O ile po ataku 7.10 łączne poparcie dla Likudu i jego ortodoksyjnych oraz ekstremistycznych koalicjantów spadło i mogli oni liczyć na ok 43-45 mandatów w 120-osobowym Knesecie, o tyle  najnowsze sondaże wskazują na wzrost poparcia i szanse na 50-52 mandaty. Warto jednak dodać, że o ile Likud może liczyć obecnie na 19-21 mandatów (przy 32 jakie uzyskał w ostatnich wyborach) to dwie partie jego ekstremistycznych sojuszników tj. Itamara Ben Gwira i Bezalela Smotricza mogą liczyć na 13-15 mandatów (przy 14 uzyskanych w wyborach). Ben Gwir i Smotricz otwarcie dążą do czystki etnicznej i wypędzenia Palestyńczyków oraz rozwoju nielegalnego osadnictwa żydowskiego na Zachodnim Brzegu, a także wykluczają wstrzymanie operacji przeciwko Hamasowi. Netanjahu zatem ma do wyboru – albo zrealizować obietnicę zniszczenia Hamasu poprzez uderzenie na Rafah co może pomóc mu w odbudowie poparcia, albo zgodzić się na porozumienie, które oznaczać będzie porażkę Izraela. Wstrzymanie działań zbrojnych na tym etapie oznaczać bowiem będzie niezrealizowanie celu operacji tj. zniszczenia Hamasu, a Itamar Ben Gwir i Bezalel Smotricz mogą zerwać koalicję i doprowadzić do nowych wyborów, co w takich warunkach może stać się dla Netanjahu katastrofą.

USA chcą jednak zachęcić Netanjahu do zaakceptowania trwałego zawieszenia broni perspektywą normalizacji stosunków z Arabią Saudyjską o co Netanjahu zabiega od dawna. Równolegle z wysiłkami na rzecz osiągnięcia zawieszenia broni USA toczą ostatnio intensywne rozmowy z Arabią Saudyjską w sprawie nowego paktu obronnego, który obejmuje gwarancje obronne USA dla Arabii Saudyjskiej i przekazanie jej nowoczesnych technologii, w tym w zakresie programu nuklearnego. Negocjacje w tej sprawie toczyły się przed 7.10 i były związane z tym, że Arabia Saudyjska warunkowała tym swoją zgodę na normalizację stosunków z Izraelem. Wszystkie te rozmowy zostały przerwane po ataku Hamasu, a Arabia Saudyjska wykluczyła normalizację po rozpoczęciu eskalacji. Ostatnio strona amerykańska znów jednak zaczęła sugerować, że normalizacja saudyjsko-izraelska jest na wyciągnięcie ręki, czemu jednak Saudyjczycy zaprzeczali. Wydaje się zatem, że normalizacja ta jest w pakiecie porozumienia w sprawie zawieszenia broni i jeśli zostanie ono zawarte to do niej dojdzie, a jeśli rozpocznie się atak na Rafah – nie. Warto przy tym dodać, że Netanjahu mógłby powetować sobie straty wizerunkowe związane z niezrealizowaniem likwidacji Hamasu poprzez eskalację na froncie libańskim. Wkroczenie do Libanu w celu zniszczenia Hezbollahu nie spotkałoby się bowiem z równie negatywną reakcją państw arabskich, a także protestami w USA i w Europie.

Propalestyńskie protesty, które wybuchły na amerykańskich uczelniach, a w zasadzie zamieszki bo od początku nie miały one charakteru pokojowego, stanowią dla prezydenta Joe Bidena ogromny problem, a jeśli Izrael uderzy na Rafah to dojdzie do ponownej eskalacji tych wydarzeń. Ich skala porównywana jest z protestami przeciwko wojnie wietnamskiej w latach 60. i mogą one znacząco wpłynąć na wyniki tegorocznych wyborów prezydenckich, zwłaszcza, że cieszą się poparciem lewego skrzydła Demokratów. Warto przy tym podkreślić, że mają one wydźwięk propokojowy, ale wyraźnie antysemicki. Chodzi o to, że uczestnicy tych protestów nie domagają się po prostu zawieszenia broni i realizacji rozwiązania dwupaństwowego, lecz wznoszą hasła poparcia dla Hamasu, ataku z 7 października, zniszczenia Izraela i nie wspominają w ogóle o żydowskich zakładnikach. Domagają się też zerwania relacji swoich uczelni z żydowskimi placówkami, a w czasie protestów dochodziło do fizycznych napaści na studentów i wykładowców pochodzenia żydowskiego. Władze tych uczelni były już wcześniej krytykowane przez członków Kongresu za tolerowanie antysemityzmu. Odpierały jednak zarzuty powołując się na „wolność słowa”. Po tym jak propalestyńskie bojówki wdarły się do Hamilton Hall na Columbia University w Nowym Jorku, tamtejsza policja przeprowadziła nocną pacyfikację, aresztując 280 osób na tej uczelni oraz na City University of New York. Okazało się przy tym, że ponad połowa zatrzymanych nie miała związku z tymi uczelniami. W kolejnych dniach pacyfikacje i aresztowania objęły kolejne uczelnie, na których miały miejsce rozruchy propalestyńskie.

Warto podkreślić, że za protestami stały środowiska skrajnie lewicowe, a poparcia udzieliło im wielu wykładowców. Jest to efekt dominacji na amerykańskich uczelniach paradygmatów postpozytywistycznych i teorii krytycznych w naukach społecznych. Takie podejście prowadzi do zatarcia granicy między nauką a aktywizmem, a neomarksistowska wizja świata prowadzi do dychotomicznego podziału na uciemiężone „my” i opresyjne „oni”, w którym to pojęciu mieszczą się „biali suprematyści” oraz „syjoniści”. Nie ma przy tym znaczenia, że pod względem aksjologicznym Hamas jest całkowicie niekompatybilny z lewicowym porządkiem obyczajowym (feminizm, LGBT, gender itp.). Przykładem takiego podejścia jest prof. Judith Butler z University of California, zajmująca się teorią feminizmu i queer (będącymi teoriami opartymi na metodologii postpozytywistycznej), która stwierdziła, że Hamas i Hezbollah powinny być uznane za część globalnej lewicy postępowej (podobne szokujące opinie wypowiadali inni lewicowi intelektualiści w USA). O ile jej audytorium zapewne przeświadczone jest o tym, że stosunek tych organizacji do postulatów feministycznych i praw LGBT jest zakłamany przez „kapitalistyczno-syjonistyczne” media, o tyle w przypadku prof. Butler i jej podobnych trudno uwierzyć w taką ignorancję. Wsparcie dla Hamasu czy Hezbollahu jest więc raczej tylko narzędziem do budzenia świadomości rewolucyjnej. Celem tych środowisk jest więc również pogłębianie polaryzacji, a to oznacza, że wpisują się one w schemat „środków aktywnych” zgodnie z sowiecką metodologią odśrodkowej destrukcji przeciwnika, czyli działań dobrze znanych z okresu Zimnej Wojny. Należy więc założyć, że protesty te wpisują się w próby chińskie i rosyjskie wpłynięcia na wynik wyborów.

W odpowiedzi na zamieszki na amerykańskich uczelniach, 2 maja Izba Reprezentantów przyjęła Antisemitism Awareness Act. Za głosowało 320 członków Izby, a przeciw było 91, w tym 70 Demokratów (a zatem aż jedna trzecia) oraz 21 Republikanów (głównie ci sami, którzy protestowali przeciwko udzielaniu Ukrainie pomocy w wojnie z Rosją tj. np. Marjorie Taylor Greene i Michael Gaetz). Tymczasem rośnie przewaga Trumpa nad Bidenem, a przeciwnicy wspierania Izraela grożą, że zbojkotują wybory.  W wyborach mają też wystartować dwaj kandydaci lewicowi, przeciwni wsparciu Izraela, tj. Jill Stein oraz Cornel West. Niektóre sondaże wskazują, że łącznie mogą oni uzyskać nawet 7 % głosów co będzie wystarczające by odebrać Bidenowi nadzieje na zwycięstwo. Tymczasem z perspektywy skrajnie lewicowych aktywistów wybór Trumpa jest korzystniejszy, gdyż przyśpieszy konfrontację i pomoże szerzyć  świadomość rewolucyjną. Oznaczałoby to eskalację zamieszek wewnętrznych, czyli skrajnie negatywny scenariusz nie tylko dla USA ale też dla wszystkich sojuszników. Nic więc dziwnego, że administracja Bidena robi co może, by doprowadzić do deeskalacji na Bliskim Wschodzie.

Tymczasem Hamas wstępnie wyraził zainteresowanie przedstawioną propozycją i w czwartek 2 maja wysłał do Egiptu swój zespół negocjacyjny. Nie należy jednak śpieszyć się z optymizmem, gdyż w przeszłości również zdarzało się, że mimo wyrażonej wstępnie otwartości na propozycje, negocjacje rozbijały się następnie o szczegóły. Warto tez dodać, że choć przedstawiona propozycja oznacza porażkę Izraela i jest bardzo korzystna dla Palestyńczyków, to Hamas może być jednak nią nie do końca zainteresowany. Hamasowi nie chodzi bowiem o los mieszkańców Strefy Gazy, ale o zniszczenia Izraela, a jeśli konsekwencją porozumienia będzie normalizacja saudyjsko-izraelska to nie będzie to służyć temu celowi. Z drugiej strony, atak na Rafah to z perspektywy Hamasu szansa na regionalizację konfliktu, a przynajmniej wycofanie się państw arabskich z normalizacji relacji z Izraelem, a także wzrost nastrojów antyizraelskich na świecie. Dla tej organizacji może to być warte ceny jaką zapłacą za to Palestyńczycy ze Strefy Gazy.

Żródło: defence24.pl

Więcej postów