MEiN planuje duże zmiany w edukacji. Nauczycielka: to jakaś farsa

MEiN planuje duże zmiany w edukacji

Od kilku tygodni fora nauczycielskie i rodzicielskie pełne są obaw o likwidację szkół specjalnych. Ministerstwo przygotowało projekt reformy, która zakłada, że uczniowie z niepełnosprawnościami będą uczyć się w szkołach ogólnych. I choć resort zapewnia, że szkół specjalnych nie zlikwiduje, to w ramach reformy proponuje wiele rozwiązań, które budzą niepokój.

Ministerstwo Edukacji i Nauki opublikowało dokument “Edukacja dla wszystkich”, stworzony w ramach tzw. edukacji włączającej. To projekt zmian legislacyjno-organizacyjnych, które mają zostać wdrożone w ciągu następnych 10 lat, a pilotaż ma ruszyć już we wrześniu tego roku. Pracownicy poradni psychologiczno-pedagogicznych i szkół specjalnych podnosili, że nie zaproszono przedstawicieli ich środowisk do konsultacji projektu. A MEiN uspokaja, że będzie jeszcze możliwość wprowadzenia zmian w zapisach.

Dokument liczy 188 stron, a to zaledwie zarys planowanych przez resort zmian.

I właśnie te ogólniki i mało precyzyjne zapisy budzą największe wątpliwości nauczycieli i rodziców.

Dzieci z niepełnosprawnościami do szkół ogólnodostępnych

Jakie są najważniejsze założenia projektu? Po pierwsze – ministerstwo chce, żeby jak najwięcej dzieci ze specjalnymi potrzebami i niepełnosprawnościami uczyło się w szkołach ogólnodostępnych, zamiast w szkołach specjalnych – ma to być dążenie do standardów zachodnich.

I choć w dokumencie podkreśla się, że placówki specjalne nie będą likwidowane, to jasno jest napisane, że mogą zostać przekształcone w Specjalistyczne Centra Wspierania Edukacji Włączającej (które miałyby wspierać szkoły ogólne), a docelowo projekt umożliwia przekształcenie takiej szkoły w placówkę ogólnodostępną.

“Konieczne będzie przeformułowanie zasad przyjmowania do placówek specjalnych, a także tworzenie możliwości i programów wspierających ich przekształcenie się w placówki ogólnodostępne” – czytamy w dokumencie.

– Tak naprawdę oznacza to wygaszanie przynajmniej części szkół specjalnych. Przy okazji likwidowania gimnazjów ministerstwo też zapierało się, że nie zostaną one zlikwidowane, tylko właśnie wygaszone. Przekształcenie szkoły specjalnej w ogólnodostępną sprawi, że przecież będzie to zupełnie inna placówka, a więc de facto ta specjalna szkoła przestanie istnieć – mówi nam nauczycielka ucząca w Zespole Szkół Specjalnych w dużym mieście.

Nauczyciele ze szkół specjalnych – zgodnie z projektem – będą stanowili wsparcie dla nauczycieli, pracujących z uczniami ze specjalnymi potrzebami. MEiN podkreśla, że chce “szeroko czerpać z ich wiedzy i doświadczenia”.

Resort zaprzecza, że dzieci ze specjalnymi potrzebami będą na siłę przenoszone do zwykłych szkół – rodzice nadal będą mieli wybór między szkołą specjalną a ogólnodostępną.

Jak podkreślała wiceszefowa MEiN Marzena Machałek – wybór, który “wsparty będzie merytoryczną opieką i doradztwem”. Jednocześnie minister zaznaczyła, że obecny system nie przygotowuje dzieci należycie do “samodzielnego życia”. Przyznała też, że “nawet jeśli dziecku będzie trudniej w szkole, a łatwiej w dorosłym życiu, to jest to cel, który trzeba zrealizować”.

Resort, argumentując powody, dla których chce wprowadzić reformę, podaje, że wciąż wiele dzieci w Polsce zmaga się z problemami psychicznym i że wzrasta liczba prób samobójczych wśród najmłodszych. Nowy model ma zapewnić lepszą opiekę dla uczniów z niepełnosprawnościami, lepszą integrację z rówieśnikami i środowiskiem i ma “lepiej przygotować ich do dorosłego życia”.

Pracownicy szkół mają co do tego duże wątpliwości. Z ankiety “Głosu Nauczycielskiego”, którą wypełniło ponad 1800 osób, wynika, że 88 proc. z nich negatywnie ocenia plany ministerstwa edukacji.

„Rodzice będą chcieli usuwać niepełnosprawne dzieci z ogólnych szkół”

Nauczyciele twierdzą, że szkoły ogólne nie są dostosowane do przyjmowania uczniów z niepełnosprawnościami oraz ze specjalnymi potrzebami. I chociaż w dokumencie resort zauważa, że 70 proc. uczniów ze specjalnymi potrzebami chodzi do szkół ogólnych, to wciąż pozostaje te 30 proc.

Ta jedna trzecia to najczęściej uczniowie z umiarkowaną lub z głęboką niepełnosprawnością, którzy nie będą w stanie poradzić sobie w klasie ogólnej, bo bardzo słabo słyszą/widzą, mają problemy psychiczne i zaburzenia np. autystyczne. Jak w klasie 30-osobowej nauczyciel ze szkoły ogólnej ma poradzić sobie i pomóc rozwijać się takim dzieciom?

– Osoby niepełnosprawne to nie tylko uśmiechnięte osoby z zespołem Downa widywane na plakatach. Te dzieci mogą być bardzo różne i mają cały wachlarz zachowań, które przez zdrowych uczniów w ogólnodostępnej szkole zawsze będą uważane za dziwne. Czasem kogoś oplują lub kopną, mogą biegać po klasie bijąc się po głowie.

Gdy w szkole dojdzie do takich zachowań, podnosi się raban. Rodzice domagają się usunięcia „takiego” dziecka, a ono w ten sposób komunikuje światu swoje potrzeby – mówiła w wywiadzie z Interią Iwona Pasznicka-Longa, dyrektorka Zespołu Szkół Specjalnych nr 4 w Krakowie, psycholożka. Dodała, że takie zachowania zawsze dzieciom pełnosprawnym będą wydawać się dziwne i nie zmieni się tego reformą zapisaną na papierze.

W szkołach specjalnych są kilkuosobowe klasy i nauczyciel wspomagający. Do tego są specjalnie przystosowane klasy, sale rehabilitacyjne, windy. W placówkach ogólnych o takich udogodnieniach można pomarzyć.

“To jakaś farsa. Jak będę miała pięciu uczniów w klasie, to może rozpoznam ich potrzeby i starczy mi czasu na przygotowanie każdemu innej karty pracy. Na chwilę obecną mam po 30 uczniów i żebym nawet nie spała, to przy tylu klasach, w których uczę matematyki, jest to nierealne. Bzdura, nonsens i więcej papierologii oraz durnych stanowisk, na których będą rządzić i dyrygować” – pisze nauczycielka na jednym z forów.

Nowych stanowisk będzie kilka.

Jak zaznacza resort w projekcie – do ucznia ze specjalnymi potrzebami w przedszkolu i szkole ogólnodostępnej przypisany będzie asystent na stanowisku niepedagogicznym. Mają oni wspierać nauczycieli podczas zajęć, przerw, wyjść i wycieczek.

Eksperci zwracają jednak uwagę, że asystenci nie zastąpią nauczycieli wspomagających, którzy pracują w szkołach specjalnych. Asystent będzie prawdopodobnie wsparciem czysto fizycznym – na przykład, gdy dziecko na wózku trzeba będzie przewieźć z klasy do klasy albo pomóc mu skorzystać z toalety (w szkołach ogólnych rzadko łazienki są dostosowane do potrzeb dzieci niepełnosprawnych). Ale kim będzie asystent i czy będzie przypisany do każdego dziecka ze specjalnymi potrzebami? Nie wiadomo.

Nowym stanowiskiem będzie koordynator edukacji włączającej, który ma nadzorować i wspierać działania, związane ze współpracą szkół z innymi instytucjami, mającymi na celu zapewnienie opieki i rozwoju uczniom ze specjalnymi potrzebami.

Utworzone zostanie także stanowisko pedagoga specjalnego od edukacji włączającej.

– W realiach naszego kraju edukacja włączająca wiąże się przede wszystkim z ogromnymi wydatkami na specjalistów, nauczycieli wspomagających, psychologów, a tak wysokowykwalifikowanej kadry pedagogicznej coraz częściej w naszym kraju brakuje. Wiążą się też z tym ogromne koszty, które z pewnością nie zostaną zapewnione – mówi nam Celina Twardysz, pedagog specjalna z Gabinetu Edukacyjno-Terapeutycznego Pani Wiaderko.

O koszty i szkolenia dla nauczycieli ze szkół ogólnych zapytaliśmy MEiN. Rzeczniczka resortu Anna Ostrowska zapewnia w odpowiedzi, że nauczyciele ze szkół ogólnych będą przygotowywani do pracy z dziećmi z potrzebami specjalnymi już na poziomie studiów, a także kształcenia zawodowego. Rzeczniczka wymienia warsztaty, seminaria i szkolenia. Kto będzie płacił za nadawanie nowych kompetencji nauczycielom – samorządy czy ministerstwo? Nie wiadomo.

Nie wiadomo też, ile będzie kosztować planowana reforma. W odpowiedzi na nasze pytanie Ostrowska pisze, że analiza skutków finansowych została dopiero zlecona.

Czy chodzi o pieniądze?

Pozostając przy kosztach – nie brakuje głosów, że planowane zmiany mają na celu oszczędności resortu edukacji. Dlaczego? Bo każde dziecko z orzeczeniem oznacza konieczność dofinansowania szkoły o kilka tysięcy złotych miesięcznie, a to pieniądze z subwencji oświatowej, czyli z rządu.

W dokumencie ministerstwo podkreśla, że rokrocznie wzrasta liczba orzeczeń odnośnie potrzeb kształcenia specjalnego.

A co za tym idzie – subwencje rządowe muszą rosnąć, żeby zapewnić pieniądze na realizowanie tych potrzeb. To z pewnością ministerstwu nie jest na rękę, zwłaszcza w kontekście pandemii, na którą resort wydał setki milionów złotych (chociażby na sprzęt dla uczniów).

Czego boją się rodzice?

Minister edukacji Przemysław Czarnek przyznał niedawno, że resort pracuje nad zmianami dotyczącymi uczniów z orzeczeniami. Prawdopodobnie to dalsza część pomysłu wiceministra Pawła Wdówika, Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych, który we wrześniu w Senacie przedstawił projekt jednolitego orzekania dla wszystkich.

Zamiast dwóch orzeczeń, jak jest teraz (o kształceniu specjalnym i niepełnosprawności) miałoby być jedno. Orzeczenie miałoby być wydawane wyłącznie na podstawie rozmowy specjalnej komisji z osobą, która o orzeczenie się ubiega.

W czym więc problem? W tym, że wielu niepełnosprawności w stopniu lekkim nie widać na pierwszy rzut oka, nie da się ich zdiagnozować na podstawie samej rozmowy. Takich niepełnosprawności nie widać na przykład u osób z zespołem Aspergera, które wysoko funkcjonują. A minister Wdówik stwierdził, że właśnie wśród osób z zespołem Aspergera jest “nadreprezentacja orzeczeń”.

Stąd obawy nauczycieli i rodziców, że w praktyce oznacza to likwidację orzeczeń i opinii o niepełnosprawności w stopniu lekkim wystawianych przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Mniej dzieci z takim orzeczeniem oznacza mniej kosztów dla ministerstwa.

– Syn ma autyzm wczesnodziecięcy, ma 13 lat, chodzi do klasy 6 do szkoły specjalnej. Nie wyobrażam sobie ani jego, ani żadnego autysty w szkole masowej. Syn ma stopień niepełnosprawności w stopniu lekkim według orzeczenia. Ministerstwo chce zrobić jedno orzeczenie, czyli uzdrowią mi dziecko i na tej podstawie wyślą do masowej szkoły? – pyta w rozmowie z Onetem Anna Kwas, która razem z innymi rodzicami walczy o zatrzymanie reformy – ich petycję w tej sprawie można przeczytać tutaj.

Poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Likwidacja czy przekształcenie?

W dokumencie MEiN zapisano także, że część poradni psychologiczno-pedagogicznych zostanie przekształconych w Centra Dziecka i Rodziny.

“Proponuje się, by CDR powstały z przekształcenia publicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych (z wyłączeniem poradni specjalistycznych, które weszłyby w sieć instytucji współpracujących z CDR) oraz powiatowych centrów pomocy rodzinie. Obie te instytucje prowadzone są przez powiaty. Placówkę, na bazie której utworzone zostanie CDR (PCPR czy PPP), wskazywałby powiat, biorąc pod uwagę jej dostępność oraz możliwość uwzględnienia wszystkich lokalnych zasobów i dostosowania organizacyjnego” – czytamy w projekcie.

Nauczyciele obawiają się, że to w praktyce oznacza zlikwidowanie poradni, a co za tym idzie – utratę przez nich uprawnień wynikających z Karty Nauczyciela, czyli m.in. dodatków do pensji. To znów oszczędność dla MEiN.

Ale znów na nasze pytanie o likwidację poradni, rzeczniczka MEiN odpowiedziała, że nie ma takich planów. “Wręcz odwrotnie. Proponujemy rozszerzenie zakresu ich kompetencji oraz wzmocnienie ich roli w systemie edukacji” – napisała.

Resort konsekwentnie trzyma się więc nazewnictwa. Nie ma likwidacji, jest przekształcanie. A minister Czarnek zapewnia, że nauczyciele z poradni nie stracą statusu nauczyciela.

Lepsza opieka psychologiczno-pedagogiczna. Brak konkretów

I ostatnia rzecz. Ministerstwo zapowiada zwiększenie dostępu uczniów do pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Obecnie w połowie szkół nie ma na etacie ani psychologa ani pedagoga, w wielu placówkach jeden specjalista przypada na kilkuset uczniów. Wynika to przede wszystkich z braku regulacji prawnych – nie istnieją zapisy, które narzucałyby placówkom zatrudnienie konkretnej liczby pedagogów lub psychologów w odniesieniu do liczby uczniów w szkole. O tym problemie i konsekwencjach, jakie z niego wynikają, pisaliśmy w Onecie.

Resort zamierza zmienić przepisy, ustanawiając, że na stu uczniów docelowo będzie przypadać najpierw jeden psycholog, a po kilku latach – dwóch. Idea wydaje się słuszna i niezmiernie potrzebna, lecz znów zmiany zostały opisane bardzo ogólnikowo.

Zadaliśmy ministerstwu pytanie, jaki jest plan na zagwarantowanie takiej opieki każdemu uczniowi. W odpowiedzi MEiN lakonicznie pisze, że “gwarantuje podniesienie jakości wsparcia psychologiczno-pedagogicznego dla dzieci i uczniów na terenie przedszkoli, szkół i placówek, w szczególności z niepełnosprawnościami”.

Zapytaliśmy też, skąd resort “ściągnie” do pracy wszystkich tych specjalistów, skoro psychologów, którzy chcą pracować w szkołach, wciąż brakuje? „Naszym zdaniem zainteresowanie pracą psychologów i pedagogów w nowych strukturach i na nowych warunkach będzie wystarczająco duże, aby spełnić wymagane w przyszłości standardy. Liczymy też na współpracę z nową kadrą, tj. studentami uczelni – kandydatami do pracy w systemie edukacji.” – czytamy w odpowiedzi.

Wniosek? Resort ma ambitne i daleko idące plany, ale nie sprawdził ani kosztów reformy, ani tego, czy bardzo ważne zagadnienia – jak choćby wyposażenie szkół ogólnych tak, by dostosować je do potrzeb dzieci niepełnosprawnych lub dostępność psychologów i pedagogów – będą mogły zostać zrealizowane.

Także moment na start pilotażu projektu, zaplanowany na wrzesień 2021 r., nie wydaje się dobry – w trakcie trwającej pandemii, po roku nauczania zdalnego. Dodatkowo, nikt na tę chwilę nie może zapewnić, czy dzieci w ogóle od września wrócą do szkół.

Nawet jeśli placówki znów zostaną otwarte, to po takiej przerwie dzieci i nauczyciele będą musieli od nowa przyzwyczaić się do nauczania stacjonarnego. Na pewno wiele rzeczy trzeba będzie nadrobić – i w sferze naukowej, i psychicznej. Prowadzenie pilotażu w warunkach, które będą znacznie odbiegać od normy, wydaje się chybionym pomysłem.

– Projekt jest utopijny. Nie bierze pod uwagę realiów nie tylko polskiej szkoły, ale też rzeczywistości, w której obecnie żyjemy – podkreśla w rozmowie z „Głosem Nauczycielskim” Iwona Pasznicka-Longa, psycholożka, oligofrenopedagog i dyrektorka Zespołu Szkół Specjalnych nr 4 w Krakowie.

– Po roku nieobecności dzieci wrócą pewnie z takimi kłopotami, jakie trudno sobie wyobrazić – mówi. Dodaje, że – jeśli projekt wejdzie w życie – nauczyciele ze szkół ogólnodostępnych zostaną nagle zmuszeni do pracy z dziećmi, które mają olbrzymie potrzeby, a którym „zwykłym” nauczycielom trudno będzie sprostać. – Te zmiany mogą być dla nich niszczące – mówi dyrektorka.

Dodatkowo, nauczyciele i rodzice podkreślają, że edukacja włączająca działa w polskim systemie edukacji od dawna. Rodzic może przecież zdecydować, czy pośle swoje dziecko do szkoły specjalnej, czy ogólnej. Wielu zaznacza też, że szkoły specjalne działają do tej pory dobrze i nie potrzebują rewolucji, a drobnych zmian i korekty.

– Szkoły specjalne spełniają swoją rolę doskonale. W szkole masowej, w przeludnionych klasach, trudno dostrzec i pochylić się nad problemami dzieci uznawanych za „zdrowe”, gdzie tu mowa o włączaniu w ten system dzieciaków, które już z definicji potrzebują innego systemu nauki, które potrzebują mniejszej grupy, które mają specyficzne zachowania, często trudne do zaakceptowania przez osoby niemające odpowiedniej wiedzy – zauważa jedna z komentujących na forum nauczycieli.

A Alina Czerwińska, nauczycielka w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Nowym Sączu, reprezentująca stanowisko ZNP uważa: – Ta rewolucyjna zmiana zdaje się wyważać otwarte drzwi w edukacji niepełnosprawnych intelektualnie dzieci. Zamiast usprawniać, dofinansowywać obecny system, proponuje się jego demontaż.

ONET.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*