Afery władzy 2021. Wojsko [KOMENTARZ]

Afery władzy 2021. Wojsko

Od wadliwych karabinków Grot po sprzedawcę ogrodowych grillów zaopatrującego armię w tandetny sprzęt. Od przegranej w pięć dni symulowanej wojny z Rosją po szorującą po dnie Marynarkę Wojenną. Od „przepalania pieniędzy” przez PGZ po miękkie posadki ludzi ministra obrony. Wojsko zawsze dostarczało dziennikarzom wdzięcznych tematów. Oto nasz autorski zestaw największych, ale i najbardziej absurdalnych afer, jakie zafundowała nam polska armia w tym roku.

– Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – mówił dobry wojak Szwejk, który o wojsku wiedział po prostu wszystko. Dokładnie tak było z polskim wojskiem w mijającym roku. Jak było, tak było, ale jakoś się toczyło. Wprawdzie po drodze wykoleił się przemysł pancerny, uderzyła o dno Marynarka Wojenna, a z flagowego polskiego karabinka Grot wyleciało parę części, ale podatnik wszystko zniesie i za wszystko zapłaci. A jeśli nie pamiętacie państwo za co płaciliście w tym roku, chętnie przypominamy.

Co wyleciało z Grota

Ten rok się zaczął od wielkiej afery, która ciągnie się aż do dziś i prawdopodobnie znajdzie swój finał w sądzie. Pod koniec stycznia ujawniliśmy ekspercki raport, z którego wynikało, że flagowy polski karabinek Grot jest obarczony licznymi wadami – przegrzewa się, zapiaszczony ulega zacięciom, kolba pęka przy uderzeniu, a niektóre usterki, jak na przykład wylatujący regulator gazowy, uniemożliwiają strzelanie. W sumie wyliczyliśmy 22 wady karabinka.

Przypomnieliśmy też, że kiedy we wrześniu 2017 r. ówczesny minister obrony Antoni Macierewicz podpisywał wart 500 mln zł kontrakt na 53 tys. karabinków, zapewniał, że Grot „przeszedł wszystkie testy zarówno w wojskach specjalnych, jak i w Wojskach Obrony Terytorialnej (WOT) na ósemkę, nie na szóstkę czy piątkę”. Okazało się jednak, że ministrowi tak bardzo się spieszyło z podpisaniem kontraktu, że karabinek dopuszczono do produkcji bez badań kwalifikacyjnych.

Po publikacji artykułu rozpętała się burza. Minister obrony Mariusz Błaszczak oskarżył nas o torpedowanie sprzedaży Grota na Ukrainę. W wywiadzie dla Polskiego Radia twierdził on, że termin publikacji wybraliśmy nieprzypadkowo, ponieważ zbiegł się on z ukraińskim przetargiem na zachodnią broń, a nasz artykuł „odbił się echem również w ukraińskich mediach”. Szybko sprostowaliśmy, że w terminie naszej publikacji nie odbywał się na Ukrainie żaden przetarg, w którym mógłby uczestniczyć Grot, a „echo”, o którym mówił minister Błaszczak, ograniczyło się do jednego krótkiego omówienia naszego tekstu w ukraińskim internecie.

Jak jednak prostować ataki, które składają się głównie z obelg, a do faktów się nie odnoszą? Na specjalnym briefingu przed fabryką w Radomiu wiceminister obrony i poseł PiS z Radomia Wojciech Skurkiewicz zarzucił Onetowi, że „szkaluje dobre imię fabryki broni i polskiego przemysłu obronnego”, a inny radomski poseł PiS Marek Suski oskarżał nas o „bezpardonowy atak na polski przemysł zbrojeniowy, w tym na fabrykę w Radomiu”. Ten drugi dołożył od siebie na Twitterze porównanie nas do nazistów.

Z kolei Fabryka Broni w Radomiu, która produkuje Groty, pozwała Onet na milion złotych. Z odsieczą przyszedł nam jednak człowiek, którego w ogóle byśmy o to nie podejrzewali. Fakt, że przychodził z odsieczą nie do końca z własnej woli. W swoich wyciekających od miesięcy e-mailach minister Michał Dworczyk przyznał się, że od kilku lat wiedział, iż polscy żołnierze dostali wadliwą broń. Rozmawiał na ten temat z ekspertami oraz zarządem fabryki w Radomiu. Wad jednak nie usunięto.

Publikacje Onetu doprowadziły do specjalnego posiedzenia Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, która potwierdziła doniesienia Onetu na temat wad karabinka. Nie oznacza to jednak, że politycy władzy i związani z nimi wojskowi nie bronili Grota. Wyjątkową finezją w argumentacji popisał się gen. Wiesław Kukuła, dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej, które są głównym odbiorcą karabinka. W odpowiedzi na zarzut o wylatującym z broni regulatorze gazowym, stwierdził, że „bez regulatora gazowego da się strzelać”, tyle że wtedy „broń się automatycznie nie przeładowuje”, ale „żołnierz doświadczony” sobie z tym poradzi. Gen. Kukuła dodał, że tego typu ćwiczenia na dysfunkcyjnych karabinkach prowadzi się w wojskach specjalnych. W swoim wywodzie generał zapomniał tylko dodać, że użytkownikami broni nie są specjalsi, a amatorzy i półamatorzy z WOT.

Nasza przygoda z Fabryką Broni w Radomiu nie skończyła się na tym. W międzyczasie na światło dzienne zaczęły wychodzić kolejne fakty dotyczące sytuacji wewnątrz zakładu. Miesiąc po publikacji dotyczącej Grota opisaliśmy historię małej, lecz prężnej rodzinnej firmy, którą współpraca z Fabryką Broni przy produkcji karabinka doprowadziła do bankructwa.

Zaczęliśmy się zastanawiać, skąd się bierze tak wielkie nagromadzenie problemów w jednej fabryce. W efekcie powstał tekst o tym, jak działacze PiS i ich rodziny obsadzają kolejne ważne stanowiska w fabryce, niezależnie od zawodowych i etycznych kwalifikacji. Poinformowaliśmy czytelników, że błyskawiczną karierę w fabryce zrobiła osoba zatrudniona poprzednio w biurze wiceministra obrony Wojciecha Skurkiewicza, a na czele całego biznesu stoi prezes Adam Suliga, który przyszedł na to stanowisko bez żadnego doświadczenia w zbrojeniówce, za to w poprzedniej pracy stosował mobbing wobec podwładnego.

Artykuł wywołał kolejną falę świętego oburzenia polityków. A kiedy opadł bitewny kurz, rada nadzorcza fabryki po cichu odwołała Adama Suligę ze stanowiska prezesa.

Wojna pięciodniowa

Kiedy politycy bronili fabryki jak niepodległości, zupełnie inną walkę toczyła polska armia. W symulowanej wojnie Zima-20 Polska starła się z Rosją. Nikt nie zdążył jednak nadmiernie zmarznąć, bo po ledwie pięciu dniach było już po wszystkim – wróg ze wschodu dotarł do linii Wisły, lotnictwo i Marynarka Wojenna przestały istnieć, a bataliony pierwszego rzutu straciły od 60 do 80 proc. stanów. Nie pomogły ani ściągnięte do Polski w ostatnich latach przeciwlotnicze zestawy Patriot, ani odrzutowce F-35, ani artyleria rakietowa HIMARS.

Wojna symulowana, ale styl, w jakim przegraliśmy, nie spodobał się ministrowi obrony Mariuszowi Błaszczakowi. Jak donosiły nasze źródła, tuż po zakończeniu ćwiczeń Zima-20 Błaszczak zjawił się w Pałacu Prezydenckim z wnioskiem o dymisję szefa Sztabu Generalnego gen. Rajmunda Andrzejczaka. Jako powód podał właśnie klęskę w symulowanym starciu z Rosjanami. Według naszych informatorów kandydatem Błaszczaka na nowego szefa sztabu był wspomniany już przez nas dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej gen. Wiesław Kukuła. Prezydent Andrzej Duda odmówił dymisji. Po publikacji tego artykułu władza zaczęła panicznie dementować, aby do takiego spotkania doszło. Gen. Andrzejczak pozostał na swoim stanowisku.

Z żandarmami do Zakopca

Zima – tym razem ta kalendarzowa – jeszcze się nie skończyła, a wróciła do nas sprawa, którą zajmujemy się od kilku już lat. W 2017 r. opublikowaliśmy pierwszy z serii artykułów o mobbingu i molestowaniu seksualnym w Żandarmerii Wojskowej. Jednym z naszych informatorów był wówczas mjr Robert Pankowski. Rozmawialiśmy z nim w obszernym wywiadzie zatytułowanym „Major Żandarmerii Wojskowej: ta formacja nie stoi na straży prawa, lecz chroni przestępców w mundurach”. Były już wtedy zastępca szefa Wydziału Wewnętrznego Komendy Głównej Żandarmerii Wojskowej opowiadał nam wtedy o tuszowaniu szeregu spraw niewygodnych dla tej formacji.

Jego problemy zaczęły się w 2016 r., gdy zameldował komendantowi głównemu żandarmerii, generałowi Tomaszowi Połuchowi o nieprawidłowościach w ŻW. Zgodnie z relacją Pankowskiego, generał Połuch jednak nic nie zrobił. Major postanowił więc szukać pomocy na samej górze wojskowej hierarchii.

W lutym 2017 r. udało mu się doprowadzić do spotkania z ówczesnym ministrem obrony Antonim Macierewiczem. Minister Macierewicz miał go zapewnić, że sam się wszystkim zajmie i poprosił, aby nie składał zawiadomień do prokuratury. Jednak miesiąc później mjr Pankowski został zatrzymany na schodach własnego domu. Wkrótce potem został wyrzucony z wojska mimo dużych zasług.

Jego problemy spotęgowały się po udzieleniu nam wywiadu. Za majora zabrał się wojskowy wymiar sprawiedliwości. Wojskowi prokuratorzy od kilku lat próbują wysyłać go na badania psychiatryczne u wskazanych przez siebie psychiatrów. Major odmawia jednak, zarzucając wojsku stronniczość i próby „przyklejenia” mu choroby psychicznej.

Najnowsze i wyjątkowo skandaliczne odkrycie tej historii miało miejsce 26 lutego. Kiedy major Pankowski odprowadzał dziecko do przedszkola w Warszawie, zatrzymali go funkcjonariusze Żandarmerii Wojskowej. Zakuli majora w kajdanki i przewieźli do oddalonego o 420 km Zakopanego na kolejne badanie psychiatryczne.

Do badania nie doszło, bo okazało się, że szpital nie dysponuje prawnikiem, w obecności którego można by je przeprowadzić. W ciągu kilku minut zwolniono więc majora. Żandarmi zapakowali się do auta i wrócili do Warszawy, pozostawiając Pankowskiego w Zakopanem z 8 zł w kieszeni.

Major Pankowski wrócił do domu w środku nocy, dzięki uprzejmości kierowcy autobusu. Były prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll nazwał tę historię „kompletnym bezprawiem”, a w sprawie majora interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Żandarmi jednak śpią spokojnie. Żadnemu z nich włos z głowy nie spadł. Chociaż majorowi Pankowskiemu z pewnością przybyło kilka siwych.

Jak minister z weteranami pogrywał

Nie minęły dwa tygodnie a wróciła do nas kolejna historia, którą opisujemy od lat. Jedna z najboleśniejszych spraw, którymi się zajmujemy, zaczęła się dla nas w marcu 2018 r. reportażem „Polscy weterani wojny w Afganistanie. Historia tych trzech żołnierzy to historia wstydu MON”. Przedstawiliśmy w nim losy trzech z kilkunastoosobowej grupy polskich weteranów zagranicznych misji wojskowych, którzy w trakcie pełnienia służby odnieśli najcięższe rany.

Zajęliśmy się tą grupą żołnierzy, których uszczerbek na zdrowiu wyniósł 100 proc. lub więcej. Takie wyliczenia są stosowane przez lekarzy i jakkolwiek dziwnie to brzmi od strony matematycznej, to po prostu chodzi tu o ludzi, którzy ze służby w polskim wojsku wrócili z nieodwracalnie zniszczonym zdrowiem. Tym ludziom polska armia winna jest szczególny szacunek i opiekę.

Zamiast tego Ministerstwo Obrony Narodowej od lat walczy z nimi w sądach, nie godząc się na przyznanie im odszkodowań, które dla MON są nic nieznaczącym wydatkiem, a tej garstce ludzi pozwoliłyby godnie żyć. W walce z weteranami MON stosuje strategię przedawnienia, twierdząc, że zgodnie z prawem weterani tracą prawo do ubiegania się o odszkodowanie po trzech latach od wypadku. Problem polega na tym, że większość z najciężej poszkodowanych w ciągu tych trzech lat nie zdążyła iść do sądu, bo na głowie mieli zupełnie inną walkę, która toczyła się w szpitalach o ratowanie ich życia. To jednak wojskowych urzędników nie obchodzi.

Po naszym pierwszym reportażu pojawiła się iskierka nadziei. Minister Mariusz Błaszczak zamieścił na Twitterze wzruszający wpis: „Przesłanka przedawnienia nie powinna być stosowana. Deklaruję współpracę resortu w tej sprawie. Żaden z poszkodowanych weteranów nie zostanie bez pomocy”.

Na wzruszeniu się skończyło, bo ledwie kilka miesięcy później, na pierwszej rozprawie z weteranem, gdzie MON miało szansę dowieść prawdziwości słów ministra Błaszczaka, znowu zastosowało starą, sprawdzoną strategię przedawnienia.

Prawdziwy sukces w batalii z MON weterani musieli wywalczyć własnymi rękami. Marcin Chłopeniuk ma 41 lat i jest weteranem misji w Iraku i Afganistanie. W 2010 r. w kierowany przez niego opancerzony pojazd Rosomak trafiła rakieta, której odłamek uderzył go w głowę. Przez prawie dwa kolejne lata nie podnosił się z łóżka. Do dziś nie odzyskał sprawności ruchowej, boryka się z poważnymi problemami neurologicznymi.

Jego wieloletni spór z MON trafił aż do Sądu Najwyższego. Dopiero ten sąd uznał, że trzech lat do przedawnienia nie powinno się liczyć od chwili wypadku, a świadomego zapoznania się przez żołnierza ze swoją kartą choroby. Zwycięstwo Chłopeniuka nie jest pełne, bo Sąd Najwyższy cofnął sprawę do sądu pierwszej instancji. Weteran będzie musiał toczyć swoją walkę od początku.

Podobno w MON śpią spokojnie. Sądy są nierychliwe, a w sprawie schorowanych weteranów czas działa zdecydowanie na korzyść ministerstwa.

Marynarka pod wodą

Kiedy puściły zimowe lody, ruszyliśmy na wodę, aby sprawdzić stan Marynarki Wojennej. Na wodzie jej jednak nie znaleźliśmy, bo trudno znaleźć coś, co praktycznie nie istnieje. Całkiem rzeczywiste są za to pieniądze, które mają urzeczywistnić wielkie wojskowe marzenie.

W połowie marca ujawniliśmy, że Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ) wyceniła budowę i modernizację kilku okrętów na dwukrotnie więcej niż wojsko. Przedstawiliśmy kulisy negocjacji pokazujących, jak ręczne sterowanie MON-u oraz pazerność zarządu państwowej spółki doprowadziły do tego, że żaden z okrętów nie trafił do Marynarki Wojennej, a stocznie, choć mogły mieć miliardowe zlecenia, walczą dziś o przetrwanie.

Jak przystało na porządne wojskowe projekty, w grę zaangażowano nie miliony, a miliardy złotych. Według informatorów Onetu wiceminister obrony Bartosz Kownacki jednym telefonem storpedował budowę zbiornikowca Supply za 650 mln zł, a nowy podmiot zażądał za to samo 900 mln zł. Także za modernizację Orkanów PGZ zażądała dwa razy więcej niż 900 mln zł, które wyliczyli specjaliści z zakresu wyceny budowy okrętów. W rezultacie oba projekty upadły.

Dzień po tamtym pierwszym artykule opublikowaliśmy tekst o tym, jak polskie wojsko od lat pracowało nad projektem „Miecznik”, który miał reaktywować Marynarkę Wojenną. Tuż przed rozpoczęciem jego realizacji szef MON Mariusz Błaszczak dostał propozycję konkurencyjnego projektu z Wielkiej Brytanii – dwa razy droższego. Skutek był ten sam: Marynarka Wojenna wciąż tkwi w zapaści, a okrętów jak nie było, tak nie ma.

Informacje z obu artykułów znowu były omawiane przez posłów podczas Sejmowej Komisji Obrony Narodowej. – Siły morskie straciły zdolności operacyjne – przyznał z rozbrajającą szczerością wiceminister obrony Wojciech Skurkiewicz. Mylił się jednak ten, kto oczekiwał wskazania odpowiedzialnych za ten stan rzeczy i podjęcia konkretnych decyzji naprawczych.

Zamiast tego doczekaliśmy się czegoś, co – wzorując się na terminologii kultowego filmu „Miś” Stanisława Barei – możemy nazwać „nową świecką tradycją” w naszych kontaktach z Ministerstwem Obrony Narodowej. Chodzi o to, że po większości z artykułów obnażających niekompetencję, marnotrawstwo czy zwykłe zaniedbania urzędników tego ministerstwa, jesteśmy atakowani przez nich za pomocą Twittera.

Tak też było tym razem. Operator oficjalnego konta MON zarzucił nam „stek bzdur” i pytał, czy nam „nie wstyd”. Choć wszystkie swoje artykuły podpisujemy własnymi nazwiskami, biorąc za nie pełną odpowiedzialność prawną, „nowa świecka tradycja” MON zakłada, że instytucja ta atakuje nas anonimowo. Musimy przyznać, że dostrzegamy w tym głęboki sens: po co plamić honor munduru, skoro można rzucać obelgami zza węgła?

Sprzedawca grillów idzie do wojska

Kwiecień zdominowały dwie publikacje, które nie były tak ważne jak te o wadach karabinków Grot czy upadku Marynarki Wojennej, a jednak to one najbardziej poruszyły wyobraźnię czytelników. Oba teksty łączyła jedna, wyjątkowo malownicza postać: sprzedawca ogrodowych grillów, który postanowił sprzedawać wojsku chińską tandetę i odniósł w tej działalności wielkie sukcesy. Nieszczęsnym „beneficjentem” obu tych biznesów były Wojska Obrony Terytorialnej.

Nasz bohater nazywa się Michał Stępień i w Zwoleniu pod Radomiem prowadzi internetowy sklep Royal-Poland.pl, którego promocyjnym hasłem jest „wszystko dla domu i ogrodu” . W jego ofercie znajdują się takie akcesoria ogrodnicze jak grille, trampoliny, kompostowniki czy taczki ogrodowe.

Jakieś dwa lata temu pan Michał ze Zwolenia postanowił rozszerzyć swoją działalność o dostawy dla wojska. Dobrze się składało, bo Wojska Obrony Terytorialnej zgłosiły akurat zapotrzebowanie na wojskowe kompasy. Do organizowanego przez jednostkę specjalną JW Nil z Krakowa przetargu stanęli doświadczeni dostawcy dla amii oraz… pan Michał.

Choć dostawcy byli doświadczeni, to sprzedawca grillów wykazał się wyjątkową konkurencyjnością. Wojsko zakładało wydać za 12,5 tys. kompasów 3,75 mln zł. Doświadczony sprzedawca zaproponował 3,5 mln zł. A sprzedawca grillów… 769 tys. zł. Przetarg wygrał w cuglach.

Skąd tak niska cena? Wystarczy kilka kliknięć w internecie, aby zorientować się, że oferowany przez Royal-Poland.pl kompas nie jest profesjonalnym sprzętem, a zwykłym cywilnym urządzeniem, które każdy może kupić na chińskich serwisach aukcyjnych za kilka dolarów.

Wszystko wskazuje na to, że dowództwo połapało się w chińszczyźnie dopiero po naszej publikacji. Rzecznik „beneficjentów” z WOT płk Marek Pietrzak natychmiast rzucił się do frontalnej obrony chińskich kompasów, wspierając się tak potężnym orężem jak waga kuchenna. Z dobrze poinformowanych źródeł dowiedzieliśmy się jednak, że z nieprecyzyjnymi kompasami biega po lasach nie on, a jego żołnierze. A ci mają na temat kompasów zupełnie inne zdanie.

Zresztą, nie tylko na temat kompasów. Nie minęło kilka tygodni, a dowiedzieliśmy się, że kompasy to niejedyny sprzęt, jakim uszczęśliwił WOT sprzedawca grillów ze Zwolenia. Rozochocony poprzednim sukcesem biznesowym pan Michał odpowiedział na inne marzenie terytorialsów – latarki. System miał już opracowany: chiński sprzęt – niska cena – nie pytajcie o jakość. Przetarg wygrał bez mrugnięcia okiem. I znowu rzecznik WOT bronił latarek. I znowu się okazało, że to nie on musiał biegać z nimi po ciemnym lesie.

Tymczasem sprzedawca grillów tak dobrze poczuł się w świecie wojskowych przetargów, że ostatnio przekwalifikował stronę swojego sklepu na całkowicie „wojskowy” profil.

Terytorialsi łapią zadyszkę

Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że entuzjazmu rzecznika WOT do sprzętu i generalnie panujących w tej formacji stosunków, nie podzielają sami żołnierze, którzy kontaktowali się z nami, wskazując na problemy wymagające natychmiastowej reakcji.

Zaczęło się od kłopotów z wypłatami. Do dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej wpłynęło nawet pismo od żołnierzy jednej z kompanii, którzy informują w nim przełożonych, iż do momentu rozliczenia zaległości finansowych powstrzymują się od wykonywania zadań służbowych. Tym razem rzecznik WOT przyznał, że wypłaty należności finansowych dla żołnierzy obrony terytorialnej są „systemową słabością” tej formacji.

Ten artykuł uruchomił prawdziwą lawinę e-maili i telefonów żołnierzy WOT. W kolejnym artykule zebraliśmy wiele gorzkich historii z wielu brygad WOT, których żołnierze opowiadali o tym, jak pracując za minimalne wynagrodzenie są pomiatani przez przełożonych, szkoleni na fatalnym poziomie i zaopatrywani w sprzęt tak niskiej jakości, że często wolą przynosić własny z domu. Wskazywali też na dowódców, którzy zatrudniali w brygadach swoje dzieci, żony czy zięciów.

Wśród wielu opisywanych przez nas brygad WOT trafiła się i taka, której musieliśmy poświęcić oddzielny artykuł. Z początkiem czerwca napisaliśmy, jak żołnierze 7 Pomorskiej Brygady Obrony Terytorialnej (7 PBOT) obsługują komercyjne imprezy i malują płot w prywatnej stadninie, dowództwo zatrudnia rodziny i znajomych, Żandarmeria Wojskowa bada sprawę „nazistowskiego” zdjęcia jednego z oficerów, a kiedy córka szefa sztabu odbierała nagrodę za walkę z COVID-19 za siedzenie na infolinii, uznanie ominęło żołnierza, który był zaangażowany w walkę z wirusem na pierwszej linii frontu.

I znowu, zamiast działań naprawczych wojsko postanowiło zająć się dziennikarzami. W dniu publikacji ostatniego z tych artykułów swoje oświadczenie opublikował rzecznik 7 PBOT por. Tomasz Klucznik. Było to o tyle dziwne oświadczenie, że pan rzecznik zarzucił nam kłamstwo, nie zaprzeczając jednocześnie żadnemu z opisywanych przez nas zdarzeń. Zamiast tego dowiedzieliśmy się, że w serii publikacji o WOT przyświeca nam większy cel, którym jest „deprecjonowanie WOT wśród społeczeństwa”.

W tym samym czasie powstało się inne oświadczenie – nie przeznaczone dla oczu dziennikarzy. Oświadczenie ukazało się na wewnętrznym komunikatorze WOT, a jego autorem był sam dowódca tej formacji gen. Wiesław Kukuła. Jak to bywa z elektronicznymi systemami pocztowymi, wyciek nastąpił błyskawicznie, dzięki czemu mieliśmy szansę się odnieść do słów pana generała. A były to słowa jeszcze dziwniejsze od tych, które wyprodukował rzecznik 7 PBOT.

Przyznajemy, że strategia nie jest naszą mocną stroną. Dlatego dopiero z oświadczenia wojskowego zawodowca w tej dziedzinie dowiedzieliśmy się, że w swoim artykule zawarliśmy „wszystkie cechy ofensywnej manipulacji”. Generał wymienił nawet jedną z nich: dzielenie żołnierzy na dowódców i zwykłych żołnierzy. Faktycznie, często bierzemy stronę niemających szans z przełożonymi zwykłych żołnierzy. Nie mieliśmy jednak pojęcia, że nazywa się to ofensywną manipulacją.

Dowiedzieliśmy się też, że w takich tekstach jak nasz „w czasie wojny lub konflikcie hybrydowym” my i nam podobni będziemy wzywać do „sabotowania poleceń przełożonych” i „zachęcania do porzucania służby”. Swój uczony wywód generał zakończył skojarzeniem naszego artykułu z działaniami prowadzącymi do śmierci dowódców AK. Zbyt słabe są nasze głowy, aby podjąć się nawet próby skomentowania tej myśli.

Porozmawiajmy o pieniądzach

W połowie roku przyszedł czas na szczere rozmowy o stanowiskach i związanych z nimi pieniądzach. Zaczęliśmy od wysokiego C, czyli samego prezesa Polskiego Grupy Zbrojeniowej Sebastiana Chwałka, a właściwie od jego brata Mateusza.

Mateuszowi nie powiodło się w życiu tak jak Sebastianowi. Nie zdobył ani wykształcenia, ani porządnej pracy – był zarejestrowany jako bezrobotny i chwytał się dorywczych robót w Straży Miejskiej. Nie oznacza to jednak, że nie miał większych ambicji. Jego kariera eksplodowała w 2016 r., kiedy Sebastian był zaangażowany w prace nad ustawą zwiększającą kompetencje Straży Ochrony Kolei.

Przypadkowo, to właśnie tam dostał pracę Mateusz i z miejsca zaczął robić oszałamiającą karierę, przeskakując kolejne szczeble zawodowego awansu tak szybko, że nie nadążały za nim kolejowe regulacje. W czasie pięciu i pół roku pracy w SOK jego pensja wzrosła tam niemal pięciokrotnie i jesteśmy pewni, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

Wyjątkowo zdolną pracowniczką jest też żona Sebastiana Chwałka – Dominika. Po zaledwie pięciu miesiącach pracy w PKP została dyrektorką Biura Zakupów w tej instytucji.

Te opowieści niosące w sobie otuchę i wiarę, że błyskawiczne kariery w amerykańskim stylu są możliwe także i w Polsce. Dlatego postanowiliśmy iść tym tropem i stworzyć większą historię o większej liczbie ludzi, którzy z racji swoich szczególnych uzdolnień piastują nawet po kilka funkcji w różnych państwowych instytucjach. Właśnie taki błyskotliwy zespół zdołał zgromadzić przy sobie minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak, co opisaliśmy w artykule „Drużyna Błaszczaka. Jak ludzie ministra dorabiają w spółkach skarbu państwa i nie tylko”.

Wynika z niego, że oprócz błyskotliwości warto być też lojalnym wobec swojego zwierzchnika. Jak wyliczyliśmy, najbardziej oddani ministrowi ludzie zasiadają aż w pięciu radach nadzorczych różnych państwowych instytucji. A kiedy zaufany pracownik dobrze usadzi się na państwowych posadach, to o krewnych i znajomych też nie zapomni.

Jedno nas wszakże zaskoczyło w pracy nad powyższym artykułem: nasze proste pytania o posady i pieniądze urzędników MON, do których ma prawo opinia publiczna, spotkały się z wielkim oporem. Należące do zbrojeniówki spółki skarbu państwa wszelkimi sposobami broniły dostępu do informacji o zarobkach członków swoich rad nadzorczych.

Aby czytelnik miał pojęcie o skali wyrafinowania odpowiedzi rzeczników na nasze pytania, cytujemy zdanie z odpowiedzi Łukasza Gołębiowskiego z Wojskowych Zakładów Elektronicznych: „Wynagrodzenie członków Rady Nadzorczej Spółki zostało ustalone w 2019 r. jako iloczyn przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego oraz mnożnika uwzględniającego skalę działalności Spółki, w szczególności wartości jej aktywów, osiąganych przychodów i wielkości zatrudnienia”. I czego tu nie rozumieć?

Jak zwykle w takich historiach, trafia się jedna spółka, która wyrasta nad pozostałe. W naszym przypadku był to Exatel – spółka wyjątkowo gęsto obsadzona ludźmi Mariusza Błaszczaka. Pensje pobierają tam były wiceminister obrony, a obecny prezes Poczty Polskiej Tomasz Zdzikot, dyrektorka centrum operacyjnego MON Agnieszka Glapiak, dyrektor biura ministra obrony narodowej Wojciech Stępień, dyrektor generalny MON Andrzej Jarema, a także Piotr Guział, który startował jako kandydat na zastępcę Patryka Jakiego w wyborach na prezydenta Warszawy z 2018 r.

Uzyskanie informacji o zarobkach w tej spółce zajęło nam aż dwa miesiące. Ale warto było czekać. Z otrzymanych danych wynikało, że nawet 21 tys. zł za jeden dzień pracy zarabia członek rady nadzorczej tej spółki. Wyliczenia były na tyle ciekawe, że poświęciliśmy im oddzielny artykuł.

Talenty ministra Błaszczaka do gromadzenia wokół siebie wybitnych jednostek okazały się tak wielkie, że z czasem przestało wystarczać dla nich stanowisk w MON i zbrojeniówce. Szczęśliwym trafem jego zaufany człowiek Tomasz Zdzikot został prezesem Poczty Polskiej i szybko strumień młodych, zdolnych, lojalnych zaczął zasilać też szeregi pocztowców. W miejsce dotychczasowych pracowników Poczty Polskiej przyszli urzędnicy z MSWiA i MON, emerytowani policjanci oraz byli pracownicy PiS-owskiej TVP, a prawdziwą medialną gwiazdą w tym zespole okazała się była członkini zarządu telewizji Marzena Paczuska.

Strefa wyjątkowa – wojsko to samo

Nadeszła jesień, a wraz z nią kryzys na granicy z Białorusią i stan wyjątkowy. Zgodnie z dziennikarskim obowiązkiem zaczęliśmy badać, czy strefa faktycznie jest tak zabezpieczona, jak twierdziły władze. Nie była. Wielokrotnie wjeżdżaliśmy do niej, opisując to i pokazując w kolejnych relacjach Onetu.

Znacznie bardziej niepokojące było to, że w żaden sposób nie były zabezpieczone zgromadzenia wojsk. Jadąc przez strefę stanu wyjątkowego, co chwila napotykaliśmy na takie zgrupowania. Zatrzymywaliśmy się tam, fotografowaliśmy, nagrywaliśmy, przeliczaliśmy. W jednym z miejsc zgrupowań zjedliśmy nawet obiad z żołnierzami, a nasze auto na warszawskich numerach zaparkowaliśmy pomiędzy wojskowymi pojazdami.

Będąc odpowiedzialnymi dziennikarzami, nie zdradzamy tych liczb ani miejsc zgrupowań. Ale kiedy pokazaliśmy nasze nagrania wysokiej klasy wojskowemu specjaliście, z niedowierzaniem kręcił głową. – To jest niedopuszczalne, już za pierwszym razem powinni was zatrzymać i sprawdzić, co tam robicie i dlaczego – mówił, dodając, że wszystko, co tam zaszło, nie jest winą żołnierzy, ale ich zwierzchników, którzy wokół każdego zgrupowania powinni byli wyznaczyć patrole.

O ile nam wiadomo, żadnemu z wojskowych zwierzchników włos z głowy z tego powodu nie spadł.

Zwierzchnicy ponieśli za to konsekwencje z powodu dezercji na Białoruś szeregowego Emila Czeczki. Znowu jednak odsunięto dowódców niskich rangą i nie tych, którzy mogli powstrzymać ten łańcuch wydarzeń. Tuż przed świętami poinformowaliśmy, że gdy tydzień przed dezercją Emil Czeczko został zatrzymany do kontroli drogowej i okazało się, że jest pod wpływem alkoholu i narkotyków, na miejsce została wezwana Żandarmeria Wojskowa. – Powstał meldunek. Nikt nie powiadomił jednak przełożonych żołnierza, nie została wszczęta sprawa – stwierdziły nasze źródła. Sprawa ruszyła dopiero 22 grudnia, po wysłaniu przez nas pytań do żandarmerii. Ale wtedy szeregowy Czeczko od dawna wygadywał już niestworzone rzeczy na Białorusi, ku uciesze łukaszenkowskiej propagandy.

W nowy rok bez czołgów

Jeszcze przed nowym rokiem zdołaliśmy poinformować naszych czytelników, że w ciągu trzech lat od wielkiej szansy na odrodzenie polskiego przemysłu pancernego największy zakład Bumar-Łabędy z Gliwic został doprowadzony na skraj kryzysu, a Polska praktycznie utraciła możliwości produkcyjne w tym zakresie. Błyskawiczny upadek fabryki to trudna do uwierzenia historia zwalniania specjalistów, remontowej fuszerki, podpisywania dziwnych kontraktów, a nawet zatrudnienia na stanowisku prezesa szefowej konkurencyjnego zakładu.

I znowu zebrała się Sejmowa Komisja Obrony Narodowej, i znowu politycy związani z władzą oskarżali nas o publikowanie „pomówień”, „kłamstw” i „bzdur”… i znowu musieliśmy prostować ich słowa.

W przypisywaniu nam „medialnych, wyssanych z palca pomysłów” przodował prezes PGZ Sebastian Chwałek (ten od brata Mateusza). Ale kiedy jedna z gliwickich posłanek zapytała go, czy prawdziwa jest opisana przez nas historia tłumaczenia dokumentacji czołgowej w cenie 1 tys. 390 zł za stronę, uchylił się od odpowiedzi. Może nie wiedział, może nie pamiętał. W kolejnym tekście odświeżyliśmy pamięć pana prezesa, publikując fragmenty umowy, z których jasno wynikało, że dokumentację tłumaczono w cenie 1 tys. 403 zł za stronę.

Po tej drugiej publikacji ze strony wojska i wojskowych urzędników zapadła cisza.

Cisza jest dobra dla wojska. Nie słychać wtedy, że polska Marynarka Wojennej praktycznie nie istnieje. Nie słychać, że dogorywa polski przemysł pancerny. Nie słychać, że polskie myśliwce MiG-29 i Su-22 są w tak złym stanie, że ledwie latają (o czym pisaliśmy rok wcześniej), części do remontów F-16 bierze się często z innych maszyn, a nowe F-35 pokażą się na horyzoncie najwcześniej za trzy lata. Nie słychać w końcu nic o pomysłach Polskiej Grupy Zbrojeniowej, które – jak stwierdził Michał Dworczyk w niedawno ujawnionym mailu – „służą przepalaniu pieniędzy.

Problem w tym, że przepalane pieniądze należą do podatnika, czyli do każdego z nas. Dlatego – mimo że wojsko robi wszystko, aby cisza trwała – postaramy się narobić w przyszłym roku nieco hałasu i to już od początku stycznia. Do zobaczenia w Onecie!

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!