Polska dostanie pieniądze, gdy uzna prymat prawa Unii

Polska dostanie pieniądze, gdy uzna prymat prawa Unii

Bruksela odblokuje Fundusz Odbudowy, gdy stanie się jasne, że będziemy wypełniać orzeczenia TSUE.

Pat między rządem i europejską centralą trwa. W tym tygodniu zgodę Brukseli na wypłatę środków uzyskała Rumunia. Już tylko siedem krajów UE czeka na zielone światło Komisji Europejskiej. Większość z nich, jak Estonia czy Holandia, zwłokę zawdzięcza napiętemu kalendarzowi wyborczemu, a nie konfliktowi z władzami Unii. Poza Węgrami i Polską.

Orzeczenie TK

Źródła w Brukseli przyznają „Rz”, że głównym problemem spornym pozostają obawy, iż Warszawa nie chce uznawać prymatu prawa europejskiego nad krajowym, a więc także orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE). Na czwartek przypada kolejny termin orzeczenia w tej sprawie Trybunału Konstytucyjnego, ale zapewne znów zostanie on przełożony na później.

Wyrok ma zapaść na wniosek Mateusza Morawieckiego, co w oczach Brukseli czyni sprawę o wiele poważniejszą niż wątpliwości, jakie w sprawie prymatu prawa europejskiego podniosła w tym roku francuska Rada Stanu i niemiecki Trybunał Konstytucyjny. Sędziowie w Paryżu i Karlsruhe zajęli się też wycinkiem ustawodawstwa, a nie całym prawem, jak to jest nad Wisłą.

Wyrok, który w sposób jednoznaczny wskazałby na prymat prawa krajowego, pchnąłby polsko-unijne relacje w bardzo głęboki kryzys. Nie byłoby pola do kompromisu – mówią nasze brukselskie źródła.

Jednak według nich przełamanie sporu i odblokowanie środków z Funduszu Odbudowy byłoby też możliwe za sprawą zobowiązania rządu do respektowania unijnego ustawodawstwa. Rysuje się tu kilka możliwości. W projekcie umowy regulującej sposób wydania Funduszy jako jeden z „kroków milowych” wpisano wyrok TSUE z lata tego roku mówiącym o reformie Izby Dyscyplinarnej SN. Chodziłoby nie tylko o zagwarantowanie niezależności wymiaru sprawiedliwości, ale też sygnał, że ekipa Morawieckiego uznaje prymat wyroków sędziów z Luksemburga.

Innym sposobem na rozwiązanie sporu jest spotkanie premiera z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, na którym padłaby jego publiczna lub prywatna deklaracja o gotowości do uznania prymatu prawa europejskiego. W czasie pożegnalnej wizyty w Warszawie 11 września Angela Merkel zobowiązała się do zaangażowania w rozwiązanie sporu. Von der Leyen, przez wiele lat jej podwładna w niemieckim rządzie, jest zwolenniczką podobnego sposobu rozwiązywania konfliktów we Wspólnocie.

Spór może jednak też łatwo wymknąć się spod kontroli. W samej Brukseli przyznaje się, że podstawy prawne zwłoki KE poza wyznaczony termin zaakceptowania polskiego Krajowego Planu Odbudowy są chwiejne. „Dziennik Gazeta Prawna” we wtorek pisał, że w Warszawie rozważa się pozwanie Komisji do TSUE za takie działanie. Nasze źródła wskazują jednak, że orzeczenia należało się wówczas spodziewać dopiero za rok. Wcześniej inne, wybuchowe orzeczenie Trybunału w Luksemburgu w sprawie powiązania wypłaty środków z „normalnego” budżetu Unii z respektowaniem reguł praworządności mogłoby doprowadzić do wstrzymania dalszych części należnych Polsce wypłat.

– Konkluzje szczytu z grudnia 2020 r. nakładają na KE trudny do spełnienia wymóg udowodnienia, że podważenie reguł praworządności zagraża prawidłowemu wydatkowaniu środków. To czyni mało realnym zamrożenie środków. Jednak gdyby utrzymała się wątpliwość, czy Polska w ogóle chce przestrzegać orzeczenia TSUE, zamrożenie środków byłoby już o wiele bardziej realne – twierdzą nasi rozmówcy.

W Warszawie już teraz nie brakuje zwolenników zaostrzenia konfliktu z Brukselą. Także dla potrzeb wyborczych czy z uwagi na spory w Zjednoczonej Prawicy. Można usłyszeć pomysły zamrożenia składki do budżetu Unii czy blokowania decyzji w Radzie UE wymagających jednomyślności.

Jeśli KE pozytywnie zarekomenduje polski KPO, potem unijna Rada (ministrowie finansów państw UE) będzie musiała wydać decyzję o jego przyjęciu. Rada podejmuje decyzję kwalifikowaną większością głosów. I na tej podstawie Polska podpisze z KE umowę finansową umożliwiającą wypłacenie zaliczki – do 13 proc. przypadających nam funduszy, czyli w przypadku dotacji byłoby to 3,1 mld euro, a pożyczek – 1,6 mld euro. Cały proces od momentu wydania rekomendacji przez KE do wypłacenia pieniędzy powinien potrwać nie więcej niż siedem–osiem tygodni. Jeśli Polska przekonałaby Komisję do KPO w najbliższych tygodniach, to do końca roku mogłaby dostać w sumie 4,7 mld euro zaliczek.

Zasady wypłacania kolejnych transz z KPO są nieco inne niż z normalnego budżetu unijnego. Nie wystarczy zgodność rachunków z ogólnymi zasadami księgowości. Potrzebne jest też wykazanie, że Polska realizuje reformy, z którymi powiązany jest KPO. A do określenia tego służą m.in. kamienie milowe. Jeśli Polska wpisze jako kamień milowy wykonanie wyroków TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej, a potem tego nie zrobi, to 4,7 mld euro zaliczki co prawda będziemy już mieli, ale następnych rat nie dostaniemy. Bo najpierw KE, a potem Komitet Ekonomiczno-Finansowy (złożony z wysokich rangą urzędników ministerstw finansów państw UE) będą musiały te wypłaty zaakceptować. I jeśli nawet KE powie tak, a przedstawiciel choćby jednego kraju nie zgodzi się, to wypłata jest wstrzymana i sprawa przekazywana na najwyższy poziom – Radę Europejską.

www.rp.pl

Więcej postów

1 Komentarz

Komentowanie jest wyłączone.