Zawiadomienie w sprawie zagrożenia życia żołnierzy przez oficerów

Aż czworo oficerów jest przedmiotem zawiadomienia do Żandarmerii Wojskowej o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci sprowadzenia zagrożenia życia żołnierzy i cywilów. Chodzi o wojskowych skierowanych do Warszawy do budowy szpitala polowego. Skala zaniedbań jest ogromna, a kierownictwo szpitala w Bydgoszczy próbowało zatuszować sprawę.

 Napisz do autorów: marcin.wyrwal@redakcjaonet.pl; edyta.zemla@redakcjaonet.pl 

Historię Onet opisywał kilka dni temu w artykule  „Żołnierze budowali dla siebie szpital polowy, ale zarazili się koronawirusem”  . Zawiadomienie, do którego dotarliśmy, ujawnia nowe fakty i próby zatuszowania sprawy przez kierownictwo szpitala.

Chodzi o 34 żołnierzy 1. Wojskowego Szpitala Polowego w Bydgoszczy, wysłanych 25 października do Warszawy, aby tam budowali szpital kontenerowy dla wojska i pracowników Ministerstwa Obrony Narodowej.

W trakcie pobytu w Warszawie kilku z nich gorączkowało, a jeden – kobieta – miał objawy typowe dla koronawirusa. Kiedy do wysokiej gorączki dołączyły wymioty, jej dowódcy na miejscu wysłali ją z kierowcą i innym żołnierzem do macierzystej jednostki w Bydgoszczy.

Mimo silnych objawów koronawirusa kobieta wjechała na teren 1. Wojskowego Szpitala Polowego w Bydgoszczy, narażając na zakażenie szereg innych osób. Jeszcze tego samego dnia okazało się, że wynik testu na koronawirusa jest u niej pozytywny.

Kiedy zapytaliśmy o szczegóły rzeczniczkę bydgoskiego szpitala, dostaliśmy odpowiedź, z której wynikało, że:

W zawiadomieniu do Żandarmerii Wojskowej ta historia wygląda zupełnie inaczej.

Jego autorem jest mąż zaufania w 1. Wojskowym Polowym Szpitalu w Bydgoszczy. W wojsku taką rolę pełni osoba ciesząca się szacunkiem i autorytetem wśród ogółu żołnierzy. To do niego mogą się zwracać z problemami lub uwagami dotyczącymi działania jednostki. Na podstawie rozmów z żołnierzami mąż zaufania bydgoskiego szpitala ustalił bieg wypadków, który opisał w zawiadomieniu.

Na tej podstawie wniósł do Żandarmerii Wojskowej o „ściganie karne” czworga oficerów: komendanta jednostki płk. Wojciecha Wójcickiego, dowódcy grupy zabezpieczenia medycznego ppłk. Sławomira Miszkurki, dowódcy kompanii zabezpieczenia kpt. Roberta Wilczewskiego oraz dowódcy pionu medycznego por. Joanny Matyjaszczyk-Szpott.

Jak dowiadujemy się z zawiadomienia, 2 listopada komendant Wójcicki wysłał z Bydgoszczy kierowcę na miejsce budowanego szpitala kontenerowego w Warszawie, aby przywiózł stamtąd żołnierza-kobietę, która „doznała kontuzji w trakcie wykonywania obowiązków służbowych”. Osoba ta doznała urazu w trakcie przenoszenia ciężkich elementów kontenerów. Jak powiedzieli nam żołnierze, wbrew przepisom BHP musieli oni nosić na miejscu znacznie cięższe elementy, niż dopuszcza prawo pracy.

Dalej z dokumentu dowiadujemy się, że następnego dnia kierowca wybrał się w drogę z Warszawy do Bydgoszczy nie tylko z żołnierzem z urazem kręgosłupa. Drugą pasażerką była kobieta, która „w godzinach nocnych miała wysoką gorączkę, biegunkę oraz wymioty i miała typowe objawy występujące u zarażonych COVID -19”.

  Koronawirus w Polsce. Mapa zasięgu  

„Kierowca, ani zabierany przez niego żołnierz, nie byli poinformowani o stanie zdrowia [objawowego żołnierza – red.], co zostało zatajone przez dowódcę zgrupowania Pana ppłk. Ireneusza Nitek oraz Panią por. Joannę Matyjaszczyk-Szpott”. O stanie jej zdrowia zarówno kierowca jak i żołnierz z urazem kręgosłupa dowiedzieli się od niej samej już w trakcie podróży do Bydgoszczy. Trwała ona pięć godzin.

Jak dowiadujemy się z zawiadomienia, przełożona chorej osoby, por. Matyjaszczyk-Szpott jeszcze przed wyjazdem zaleciła jej, aby już po przyjeździe do Bydgoszczy „zrobiła sobie sama na własną rękę wymaz”. Jak pisze autor zawiadomienia, Wojskowy Ośrodek Medycyny Prewencyjnej znajduje się w Warszawie i w każdej chwili można było tam zrobić wymaz, nie narażając innych żołnierzy na ryzyko zachorowania. Żołnierz zrobiła sobie wymaz dopiero po przyjeździe do macierzystej jednostki. Test dał wynik pozytywny.

Natomiast jeszcze w trakcie podróży do Bydgoszczy, kierowca poinformował telefonicznie żołnierza pełniącego wówczas obowiązki dowódcy kompanii, że wraca z osobą z objawami koronawirusa. Wtedy dowódca kompanii kategorycznie zabronił wracającym żołnierzom wjazdu na teren jednostki.

Jednak potem kierowca wykonał telefon do wyższego stopniem etatowego dowódcy kompanii kpt. Roberta Wilczewskiego. Ten, według relacji zawiadamiającego, na wieść o złym stanie zdrowia żołnierza miał powiedzieć: „Ci żołnierze robią sobie jaja, i mają stawić się na terenie JW” [JW, czyli Jednostka Wojskowa – red.].

Wobec sprzecznych rozkazów informacja o sytuacji została przekazana komendantowi bydgoskiego szpitala płk. Wojciechowi Wójcickiemu. Ten jednak poprzez swojego podwładnego ppłk. Sławomira Miszkurke nakazał żołnierzom wjechać na teren jednostki. W ten sposób chora żołnierz naraziła na dalsze zakażenia szereg innych osób.

Jak dowiadujemy się z zawiadomienia, kpt. Wilczewski w kolejnej rozmowie telefonicznej z kierowcą auta „sugerował z naciskiem”, żeby nie wymieniać w ankiecie osób, z którymi kontaktował się po powrocie do jednostki, „a tym samym zataić tę informację, aby można było skierować kolejnych żołnierzy do m. Warszawa, którzy mogą z dużym prawdopodobieństwem być zarażeni COVID–19, w związku z wspomnianym kontaktem z osobami chorymi”.

Wojskowi, z którymi rozmawialiśmy, powiedzieli nam, że podczas budowy szpitala kontenerowego w Warszawie zakażona kobieta miała kontakt z całym zespołem 34 żołnierzy z 1. Wojskowego Szpitala Polowego w Bydgoszczy. Jednak według informacji od rzeczniczki szpitala, dowódcy uznali, że bezpośredni kontakt z zakażoną miało jedynie pięcioro żołnierzy. Od tej piątki pobrano wymazy. Jeden z nich dał wynik pozytywny.

W rozmowach z nami żołnierze twierdzili, że zakażona miała też kontakt z żołnierzami z innych jednostek, którzy budowali szpital kontenerowy, a także cywilami wynajmowanymi do prac przy zakładaniu hydrauliki, elektryki czy podłączaniu internetu.

Skomplikowana jest też sytuacja męża zaufania, który złożył zawiadomienie do Żandarmerii Wojskowej. Od żołnierzy z Bydgoszczy wiemy, że ma zostać przeniesiony do innej jednostki.

– Złożył odwołanie od tej decyzji, ale nie ma szansy, żeby je uznano – mówią nam żołnierze.

Do rzecznika Żandarmerii Wojskowej ppłk. Artura Karpienki wysłaliśmy pytania dotyczące zawiadomienia. Odpowiedzi nie uzyskaliśmy.

FAKT.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*