Ekspert: zimą będziemy cierpieć, ale mniej niż inni. Wciąż korzystamy z rosyjskiej energii

niezalezny-dziennik-polityczny

Polskie patologie, przez które nie zapewnimy sobie zimą właściwego komfortu, wylicza w rozmowie z Onetem ekspert rynku energetyczno-paliwowego Piotr Maciążek. Mimo że nasza sytuacja i tak będzie lepsza niż Niemiec i wielu innych krajów Europy, zagrożone jest istnienie ciepłowni ogrzewających mieszkania w blokach. Ekspert przypomina też, że Polska wciąż korzysta z rosyjskich źródeł energii.

  • Polska planowała uniezależnić się od rosyjskich źródeł energii do 1 stycznia 2023 roku. Kryzys uderzył w nią osiem miesięcy wcześniej
  • Kardynalnym błędem Polski było wybudowanie gazociągu Baltic Pipe przed wynegocjowaniem gazu w dobrej cenie. To nas skazuje na spore przepłacanie
  • Problemów z gazem jest więcej. Wszystko przez to, że rządzącym wydawało się, że mają wiele czasu, a Rosja jest na kolanach
  • W najbardziej dramatycznej sytuacji są jednak Niemcy. Tak złej, że wciąż nie można wykluczyć, że w kwestiach dostaw gazu mogą dogadać się z Rosją 
  • Otwarcie gazociągu ze Słowacji do Polski daje nam możliwość skorzystania z gazu z Rosji przez Węgry. Trzeba jedynie spełnić kilka prostych warunków 
  • Polska wciąż otwarcie sprowadza gaz LPG z Rosji. W kwietniu miano nałożyć na ten gaz embargo, lecz okazało się, że nie ma jak go zastąpić
  • W sektorze węglowym Polska jest skazana na sprowadzanie z wielu krajów drogiego węgla o bardzo złej jakości 
  • Chwilowo zapomnieliśmy o wszelkich normach ekologicznych. Dopuszcza się palenie odpadami kopalnianymi i miałem węglowym 
  • Na krawędzi upadku znajduje się 30 proc. polskich ciepłowni, co stwarza ryzyko, że wiele mieszkań w blokach pozostanie bez ogrzewania
  • Polski rząd liczy na to, że kryzys pozwoli mu przedłużyć żywotność paliw kopalnianych. Narracja w Europie jest dokładnie odwrotna: tylko rozwój odnawialnych źródeł energii zapewni nam zerwanie ze splamionymi krwią surowcami z Rosji

Marcin Wyrwał: Trochę się boję tego wywiadu.

Piotr Maciążek*: Dlaczego?

Kiedy rozmawialiśmy ostatnio w listopadzie 2021 r., przewidziałeś, że energia będzie wielkim tematem nadchodzących miesięcy, a wojna wybuchnie późną zimą. Wszystko się sprawdziło. Boję się, co zapowiesz na najbliższą zimę.

Przede wszystkim, muszę powiedzieć, że Polska jest przygotowana do zimy znacznie lepiej od większości europejskich krajów. Jednak to nie tłumaczy szeregu kolosalnych błędów, które będą nas sporo kosztować.

Gaz: wszystkie polskie patologie

Zacznijmy od gazu. W Business Insiderze pojawiła się informacja, która wygląda dobrze, ale tylko na pierwszy rzut oka: polski rząd poinformował, że nasze magazyny gazu są zapełnione w 99,1 proc. Zapomniał jednak dodać, że magazyny są tak małe, że wystarczy tego na miesiąc i 22 dni. Jak Polska stoi z gazem?

Wszystkie rządowe plany były układane pod pełne uniezależnienie się od rosyjskiego gazu 1 stycznia 2023 r. A tu nagle w kwietniu 2022 r. przyszła informacja, że Gazprom jednostronnie łamie umowę i przestaje wysyłać gaz do Polski. Kiedy rozmawiałem w kuluarach z politykami, wszyscy byli przerażeni. Przecież byli przygotowani na styczeń kolejnego roku, a nie na kwiecień tego.

To ich zaskoczyło?

Tak i to jest przerażające. A to był dopiero początek problemów, bo kiedy już trochę ochłonęliśmy po odcięciu dostaw przez Gazprom, to zaczęła wychodzić cała masa zaniedbań w sektorze gazowym. To było takie grzechy pierworodne, z których zdawali sobie sprawę tylko specjaliści, a opinia publiczna już niekoniecznie.

Czyli…

Okazało się, że owszem, zbudowaliśmy strategiczny gazociąg Baltic Pipe z Norwegii, który miał nam umożliwić rezygnację z rosyjskich dostaw, tyle że jest pusty.

Co stoi na przeszkodzie, by go napełnić?

Biznesowa zasada jest taka, że najpierw zapewnia się dobry, duży kontrakt na gaz, a dopiero potem buduje się rurociąg.

Dlaczego nie odwrotnie?

Bo jeśli najpierw zbudujesz rurę, to dostawca gazu wie, że będziesz gotowy zapłacić znacznie wyższą cenę za gaz. Przecież nie wsadziłeś w tę rurę miliardów złotych, żeby teraz nie płynął nią gaz. Gdyby negocjowano z dostawcą cenę przed zbudowaniem rury, ten nie miałby tego argumentu, i byłby skłonny dać niższą cenę. Tym bardziej że Baltic Pipe nie łączy Polski z mitycznym „szelfem norweskim” tylko gazociągiem Europipe, który ma ograniczoną przepustowość, który jest elementem, gdy rynkowej wielkich gospodarek takich jak choćby Niemcy. Co do kontraktu poprzedzającego budowę dużej infrastruktury — tak było z gazoportem w Świnoujściu – najpierw było porozumienie z Katarczykami na dostawy skroplonego gazu ziemnego LNG za kilka lat, a dopiero potem budowano terminal.

To wygląda na podstawowy błąd biznesowy. Dlaczego tak się stało?

Odpowiedź jest bardzo prosta: biznesowe decyzje podejmuje się wtedy, jeśli menadżerowie mogą je podejmować. A niebiznesowe decyzje podejmuje się wtedy, kiedy nadrzędną wartością jest polityka. Najwyraźniej politycy tak bardzo chcieli postawić tę rurę, że nie zaprzątali sobie głów analizami biznesowymi.

Czyli rząd tak się spieszył do ogłoszenia politycznego sukcesu w postaci rury, że zapomniał o napełnieniu jej.

Nawet w momencie, kiedy budowa Baltic Pipe była już zaawansowana, wciąż można było negocjować dobre warunki. W latach 2015-2022 mieliśmy w Europie pokój i ceny gazu były niskie. To był wciąż dobry czas na kontraktowanie taniego gazu. Zamiast tego robimy to dziś, kiedy wybuchła wojna i cała Europa chce kupować od Norwegii.

Z kim dziś konkurujemy o norweski gaz?

Z szelfem norweskim, do którego się podłączyliśmy, są także połączeni Brytyjczycy, Niemcy, a przez nich Holendrzy – to są silne gospodarczo kraje o olbrzymim popycie i dużej sile finansowej.

Co oznacza, że cokolwiek się teraz stanie, to na norweskim gazie nie zrobimy dobrego interesu.

Oczywiście nie siedzę przy stole negocjacyjnym, więc nie znam wszystkich szczegółów rozmów, ale na to wskazuje racjonalna ocena. To, co mogę na pewno powiedzieć, to że obecna prezes PGNiG Iwona Waksmundzka-Olejniczak została postawiona przez swoich poprzedników w bardzo trudnej sytuacji. Prezesi Paweł Majewski, Jerzy Kwieciński i Piotr Woźniak pozostawili po sobie puste szuflady, jeśli chodzi o kontrakty.

To jedyny problem z gazem?

Niestety, nie. Właśnie się dowiedzieliśmy, że Niemcy są dziś w stanie w ciągu roku zamówić i zrealizować działanie pływającego terminalu, przez który będzie odbierany gaz LNG. Oczywiście, w części lądowej mają już gotową infrastrukturę, która została wybudowana pod zatrzymany z powodu sankcji rosyjski projekt Nord Stream 2. To pokazuje, że w ostatnich latach mogliśmy w Polsce z powodzeniem zrealizować projekt własnego pływającego terminalu LNG.

Może nie był potrzebny, bo przecież mieliśmy już ten w Świnoujściu?

Rząd wiedział, że gazoport w Świnoujściu, przez który można przetransportować 6 mld m sześc. gazu rocznie, nie zaspokoi naszych potrzeb, szczególnie w perspektywie kolejnych lat. W okolicach 2015 r. Polska zużywała 15 mld m sześc. gazu rocznie, a dziś zużywa 20 mld, czyli o jedną czwartą więcej. Rząd miał te prognozy, a skoro je miał, to moje pytanie brzmi: dlaczego przez ostatnich siedem lat nikt nie zbudował pływającego terminalu w Polsce?

Czy dobrze pamiętam, że ta sama osoba w rządzie odpowiadała i za Baltic Pipe, i za terminal, i był to minister Piotr Naimski?

Dobrze pamiętasz.

Ile gazu możemy mieć tej zimy?

W magazynach mamy około 3 mld m sześc., wydobycie krajowe to niecałe 4 mld i jak już mówiłem, terminal w Świnoujściu da nam przy maksymalnym wykorzystaniu nieco ponad 6 mld. Pytanie, jakie jest jego rzeczywiste wykorzystanie? Ma być także dostępne 30 proc. mocy Baltic Pipe, czyli jakieś 3 mld.

Razem to 16 mld. Brakuje 4 mld do rocznego zużycia 20 mld.

Gdyby pływający terminal istniał, nie byłoby tego dylematu.

To wszystkie grzechy pierworodne na rynku gazowym?

A skądże! Niech mi ktoś wytłumaczy, bo ja jako człowiek, który od 12 lat zajmuje się energetyką, tego nie rozumiem, dlaczego od siedmiu lat rządów PiS nie rozbudowano gazoportu w Świnoujściu do 7,5 mld m sześc., choć takie były plany.

To mamy trzy problemy sektora gazowego.

To trzy patologiczne sytuacje w tym sektorze, które gdyby były odpowiednio załatwione, dałyby nam największy komfort w Europie, jeśli chodzi o dostawy gazu.

Skąd te błędy wynikają?

Moim zdaniem z dominującego w ostatnich latach poczucia, że mamy dużo czasu, a Rosjanie są już na kolanach.

To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy błędnie odczytaliśmy zamiary Rosjan.

Nie my jedyni. W Berlinie też wszyscy wierzyli, że przecież Rosjanie nigdy nie zakręcą kurka w Niemczech. To przekonanie jest już nieaktualne, bo od czerwca Rosjanie już trzykrotnie zakręcali kurek – dwukrotnie „wyjaśniali” to pracami remontowymi, a raz awarią turbiny.

Niemcy: tak, Rosja nas… kiwa

Chciałbym na chwilę zostać przy Niemczech, bo to duża gospodarka, z którą jesteśmy mocno związani. W momencie, w którym rozmawiamy, rosyjski kurek dla Niemiec wciąż jest zakręcony.

Tak, a historia z turbiną jest materiałem na dobry brazylijski serial, bo dla tej turbiny Niemcy złamali postanowienia międzynarodowe. Ona jest produkowana w Kanadzie i jej pozyskanie było niemożliwe ze względu na reżim sankcyjny. Jednak Niemcy wymusili na Kanadyjczykach przekazanie Rosjanom tej turbiny, łamiąc w ten sposób sankcje, które sami nałożyli. A kiedy już Kanadyjczycy przekazali turbinę, to Rosjanie powiedzieli, że z przyczyn celnych nie mogą jej przyjąć na swoje terytorium. Wtedy kanclerz Olaf Scholz po raz pierwszy w historii powiedział swoim obywatelom: tak, Rosjanie nas… kiwają, żeby użyć delikatnego słowa. To był niesamowity spektakl.

I bardzo poniżający dla niemieckich władz.

On był zaplanowany na to, żeby Europa przed zimą nie zdołała zapełnić swoich magazynów na poziomie wymaganym przez Komisję Europejską, czyli 80 proc.

Czy problemy Niemiec mogą w jakikolwiek sposób odbić się na Polsce?

Nikt o tym nie mówił, ale kiedy w kwietniu Gazprom zakręcił nam kurek, nie musieliśmy korzystać z zasobów gazu w swoich magazynach, bo polski system gazowy bilansował się dzięki dostawom niemieckiego gazu.

Niemieckiego gazu, który szedł z Rosji przez Nord Stream.

Oczywiście, przynajmniej do momentu, w którym Rosjanie zakręcili kurek i Niemcom. Skoro więc bilansujemy swój system gazowy poprzez Niemcy, to owszem, problemy tego kraju mogą odbić się na Polsce.

A w jakiej sytuacji są realnie Niemcy, które od lat 50. systematycznie brnęły w energetyczne uzależnienie od Rosji?

O ile my z większym lub mniejszym bólem, ale jakoś przetrwamy zimę, to Niemcy są w dramatycznym położeniu. Część niemieckich partii opozycyjnych otwarcie już mówi, że niemiecka polityka zbankrutowała. I nie mówią tu jedynie o polityce energetycznej, ale całej polityce wschodniej. Kiedy Angela Merkel kończyła swoje urzędowanie na stanowisku kanclerza Niemiec, zbierała pozytywne oceny. Ale teraz te oceny mogą się zmienić, bo to ona odpowiada za to, co się teraz dzieje. Sytuację Niemców odzwierciedlają choćby zapowiedzi, że na stadionach będą organizowane miejsca, w których ludzie będą mogli się dogrzać.

Kupujcie skarpetki i swetry

Już w czerwcu czytałem w „Der Spiegel” wywiad z ministrem gospodarki Robertem Habeckiem, w którym sugerował on, że „skarpetki i swetry zimą są zawsze dobrym pomysłem”.

A dziś docierają do nas informacje, że Niemcy wykonują takie ruchy, z którymi do tej pory oni sami kojarzyli narody słowiańskie, czyli chaotyczne i pozbawione jakiegokolwiek planu próby pozyskania gazu skądkolwiek. W taki właśnie sposób Niemcy rozpoczęli rozmowy z Norwegami dotyczące zwiększenia dostaw.

A to jest z kolei problem dla Polski, która – jak już mówiliśmy – połączyła się z Norwegią pustym gazociągiem Baltic Pipe.

Walczymy o to samo źródło gazu, przy czym Niemcy mają więcej pieniędzy. Cała ta historia jest zresztą bardzo ciekawa, bo jeśli jesteśmy z Niemcami partnerami w ramach tego samego sojuszu, a Niemcy mają połączenie z szelfem norweskim, to po co dodatkowo budowaliśmy rurę z ominięciem Niemiec? Baltic Pipe jest doskonałym odzwierciedleniem zaufania, czy raczej braku zaufania w Europie.

Jesteśmy przyjaciółmi, ale jakby co, to my jednak kupimy sobie gaz bezpośrednio…

Co ostatecznie może okazać się nie takie głupie, choć akurat ja od 2018 r. postulowałem szybką budowę nowego terminalu LNG zamiast Baltic Pipe. Szczegóły można przeczytać w mojej książce. Wracając jednak do niemieckich prób pozyskania gazu, to zaczęli także rozmowy z Katarem na temat dostaw skroplonego gazu LNG, tyle że polityka Merkel polegała na tym, że w Niemczech nie ma ani jednego terminalu LNG, więc nie ma jak tego gazu zaimportować do kraju.

Czyli wszystko było oparte na gazociągach z Rosji.

Właśnie. Teraz ad hoc próbują podpisywać umowy z pogwałceniem jakichkolwiek zasad rynkowych, prawdopodobnie potężnie przepłacając i próbując w ciągu roku czy półtora zbudować terminale LNG.

A więc nawet jeśli Niemcy zakupią dowolną ilość LNG, to i tak przez długi czas nie będą mogły z niego korzystać z powodu braku terminali.

I właśnie dlatego spodziewają się trudnej zimy. Choć wiele będzie zależało od szybkości pozyskania nowych gazoportów.

W tym przypadku pieniądze nie pomogą?

W przypadku LNG nie, ale Niemcy próbują zapewnić sobie jakiekolwiek bezpieczeństwo też innymi sposobami. Na przykład próbują wymusić na Komisji Europejskiej 15-procentową redukcję zużycia gazu w całej Unii Europejskiej.

Co im to da?

Ten niezużyty przez inne kraje gaz miałby w mojej ocenie iść do krajów potrzebujących, czyli prawdopodobnie do Niemiec. Niemcy są w fatalnej sytuacji, bo to właśnie tam mamy do czynienia z największym zużyciem gazu w Europie. Już teraz największe niemieckie firmy, jak Uniper czy BASF, których produkcja opiera się na gazie, negocjują z rządem federalnym pomoc publiczną, ponieważ nie będą w stanie kontynuować produkcji. A nie będą jej kontynuować dlatego, że w tej chwili każde państwo naciska na głównych przemysłowych konsumentów gazu, żeby ograniczyli lub wręcz wstrzymali produkcję, bo trzeba oszczędzać gaz

Czy Niemcy dogadają się z Rosją

Symbolem kryzysu w Niemczech jest też chyba powrót do atomu.

Tak, zdecydowano o przedłużeniu funkcjonowania dwóch elektrowni atomowych, które miały być zamknięte do końca roku. To cios w serce całej zielonej strategii Niemiec, która się opierała na wycięciu źródeł atomowych i eksporcie odnawialnych źródeł energii do Europy.

Jeszcze wiosną mówili, że będzie ciężko, ale mimo to atom na pewno zostanie zamknięty.

Doszło nawet do tego, że Niemcy uruchamiały stare elektrownie węglowe i drastycznie zwiększały spalanie węgla, przecząc wszelkim celom klimatycznym zawartym w ich własnej polityce energetycznej, ale jednak nie rezygnowano z zamknięcia elektrowni atomowych. Wyobraźmy sobie, w jak trudnym muszą być położeniu, że zdecydowali o dalszej pracy dwóch elektrowni jądrowych, przynajmniej dopóki nie skończy się kryzys.

Czy dopuszczasz sytuację, że przyduszeni ciężkimi warunkami w zimie Niemcy ugną się i dogadają z Rosją?

Trudno powiedzieć, co wymyślą Niemcy, ponieważ mamy do czynienia z wyjątkową sytuacją: w ciągu jednego roku runęła cała idea funkcjonowania niemieckiej gospodarki. Jej cała konkurencyjność opierała się przecież na dostawach ekstremalnie taniego gazu z Rosji. Czy jest możliwe, że znowu dogadają się z Rosją? Możliwe jest wszystko. Gra się toczy.

Podsumowując niemiecki wątek, jeśli Niemcy nie dogadają się z Rosją, to nawet ich pieniądze na nic się zdadzą, bo nie mają jak gazu importować.

Na pewno nie poprzez terminale, których jeszcze nie mają, choć to może się zmienić w ciągu kilku miesięcy. Jest dla nich jeszcze jedno wyjście, czyli transakcje typu swap [z ang. zamiana – red.]. Mogą na przykład zakupić gaz w Katarze i wysłać je w inne miejsce świata, a w zamian za to kontrahent, któremu zależało na takim transporcie, przekaże istniejącym gazociągiem gaz do Niemiec. Wygląda to tak, że na przykład holenderska spółka ma dostarczyć gaz do Indii. Wtedy Niemcy umawiają się z tą spółką, że zamiast do Indii, dostarczy ten gaz do Niemiec przez gazociąg, a w zamian Niemcy kupią tę samą ilość gazu od Katarczyków i jeszcze dopłacą za jego transport do Indii. Zresztą, ten sam typ transakcji wykorzystują Rosjanie, aby ukryć sprzedaż gazu do krajów, w których nie są lubiani. Tyle teorii, ale w całej Europie raczej brakuje gazu.

Znowu kochamy się z Orbanem

Do krajów, w których Rosjanie nie są lubiani, zalicza się Polska. Czy do nas może trafić jeszcze gaz z Rosji w sposób, którego nie będziemy do końca świadomi?

Ciekawe w kontekście tego pytania jest niedawne oddanie do użytku gazociągu pomiędzy Polską i Słowacją, co umożliwia przesył gazu z Węgier. Viktor Orban, jak wiemy, jest jedynym politykiem w Europie utrzymującym poprawne relacje z rosyjskim Gazpromem. W tej chwili Orban negocjuje z Gazpromem dostawy gazu na Węgry. Jest przecież możliwe, że wynegocjuje dostawy większe od zapotrzebowania jego kraju. Tym bardziej że już w okresie letnim zwiększono rutynowy import z Rosji.

Są takie znaki?

Takim znakiem mogłaby być pewna wypowiedź naszego premiera Mateusza Morawieckiego. W końcu sierpnia otwarto gazociąg ze Słowacji, a już 5 września Morawiecki mówił: „Z Węgrami łączy nas bardzo, bardzo wiele. Węgry to jest – razem z Czechami i ze Słowacją – najbliższy sojusznik w ramach Unii Europejskiej”.

Faktycznie, z ostatnich wypowiedzi naszego premiera wynika, że z Węgrami znowu się kochamy.

Warto śledzić te wypowiedzi, żeby wiedzieć, co się dzieje. Inna jego wypowiedź z końca maja brzmiała: „Nadmiarowe zyski Norwegii z ropy i z gazu przekroczą 100 mld euro. To jest pośrednie żerowanie na wywołanej przez Putina wojnie”. W tym samym momencie w Polsce pojawiły się informacje, że Baltic Pipe jest pusty i trzeba negocjować z Norwegami. Można się więc domyślać, że te negocjacje nie szły wówczas zupełnie po naszej myśli.

Węgiel: strategia ściubienia

Gaz gazem, ale na razie Polska wciąż stoi węglem.

Węgiel stanowi 70 proc. udziału w naszym bezpieczeństwie energetycznym.

Zapewni nam komfort zimą?

Już widać, że nie. W lipcu do mediów wyciekł list z Ministerstwa Klimatu i Środowiska, podpisanego przez minister Annę Moskwę, którego treść brzmi mniej więcej tak: ostrzegamy pana premiera przed wprowadzeniem natychmiastowego embarga na rosyjski węgiel, ponieważ mogą wystąpić problemy ze zbilansowaniem rynku. W żargonie energetycznym oznacza to tyle: jeśli pan premier zażąda, żebyśmy odcięli 11-12 mln ton rosyjskiego węgla, to może być problem ze znalezieniem tego gdziekolwiek indziej.

  • Polecamy:Kulisy rządowej wojny o węgiel. Dokumenty ujawniają skalę zaniedbań, publicznych oszustw i brak analiz

Do wycieku doszło dokładnie wtedy, kiedy pojawiły się pierwsze symptomy problemów z pozyskaniem węgla. Niesamowite w tym wszystkim jest to, że Polska w kwietniu ogłosiła embargo na węgiel z Rosji, nie dając sobie żadnej karencji, podczas gdy większość sąsiednich krajów dała sobie trzy miesiące na poradzenie sobie z nagłym brakiem tego węgla.

Rozumiem, że efektem tego embarga były problemy z pozyskaniem węgla na innych rynkach?

Tak, bo nasza krajowa produkcja jest niewystarczająca. Ale pojawił się jeszcze jeden problem: mnóstwo rosyjskiego węgla, który wcześniej został zakupiony i opłacony, już nie dojechało. O tym, że będą problemy z węglem, było wiadomo już w maju po wypowiedziach minister Moskwy. W jednej z takich wypowiedzi poinformowała, że rząd będzie interwencyjnie skupował węgiel od takich krajów jak Australia, RPA, Kolumbia, USA i Indonezja.

Dość egzotyczne kierunki.

Każdy człowiek, który się zajmuje energetyką, wie, że jeśli jest kryzys, brakuje kilku milionów ton węgla i sprowadza się węgiel z pięciu kierunków, to mamy do czynienia z tzw. ściubieniem. To znaczy, że poziom kontraktacji u eksporterów jest tak wysoki, że nie ma możliwości sprowadzenia go w ramach jednej umowy, nie mówiąc już o polu do jakichkolwiek negocjacji cenowych. Jest jeszcze jeden problem: może z 10 proc. z niego nada się do palenia w piecach jako frakcje grube, a reszta pójdzie do elektrowni.

Ile więc zabraknie węgla do palenia w prywatnych piecach?

Deficyt dla energetyki i ciepłownictwa może wynieść 1,5-3,5 mln ton węgla według wskazań Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla. Natomiast zgodnie z najnowszym badaniem CBOS: „40 proc. wszystkich ogrzewających domy węglem nie posiada żadnych zapasów tego surowca na nadchodzący sezon grzewczy, a 79 proc. przewiduje problemy z zaopatrzeniem. Z pieców węglowych korzysta m.in. 77 proc. mieszkańców wsi”.

Zapomnijcie o ekologii

Dodatkowym problemem jest chyba jakość węgla, pisaliśmy o tym w Onecie.

Redaktor Kamil Dziubka opisywał ten problem na przykładzie sporu pomiędzy spółkami Rafako i Tauron. Rafako twierdziło, że będzie problem z gwarancją najnowszego bloku elektrowni w Jaworznie, ponieważ palą tam byle czym, czyli węglem o nieodpowiednich parametrach. Nie chcę rozstrzygać, kto w tym sporze ma rację – Rafako czy Tauron, ale sytuacja nie wygląda dobrze…

Pamiętam zdjęcia z tego artykułu, na których widać metalowe odpady znalezione w węglu wysyłanym do tego bloku.

Sytuacja jest tak naprawdę jeszcze bardziej dramatyczna. Nie dość, że wiele elektrowni pracuje na część mocy, co wynika z danych Towarowej Giełdy Energii, nie dość, że w wielu z nich być może pali się niespełniającym parametrów węglem, na co wskazywałby materiał redaktora Dziubki, to dodatkowo zmieniono przepisy w taki sposób, że anulowano walkę ze smogiem. W Polsce umożliwiono prawnie palenie odpadami kopalnianymi i miałem węglowym. To nas cofnęło w rozwoju o kilka dobrych lat. Ale prezes Kaczyński powiedział, że jest kryzys, więc trzeba palić, czym się da.

A gdzie normy ekologiczne?

Nikogo już nie obchodzą, sytuacja jest nadzwyczajna.

Więc palimy, czym się da, nie zważając na normy, a węgla i tak nie starcza.

Jeżeli latami nie inwestuje się w kopalnie i przygotowuje się je do zamknięcia, to nie da się nagle zwiększyć wydobycia, jeśli jest taka potrzeba. Zrobiono to, co można było zrobić, czyli zmaksymalizowano pracę górników, ale to pociągnęło za sobą żądania płacowe tej grupy zawodowej. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego dynamika wzrostu pensji górników w Polsce wzrosła z 17 proc. w zeszłym roku do 81 proc. w tym roku. Jeszcze we wrześniu zeszłego roku przeciętne wynagrodzenie wynosiło 9 tys. zł brutto, a w lipcu tego roku wyniosło 17 tys. zł brutto.

Widać już bardzo mocno, że krajowe kopalnie markują rzeczywistość. Bogdanka obniżyła prognozy wydobycia węgla. Według doniesień prasowych z tego powodu Enea będzie musiała dokontraktować milion ton.

Ciepłownie na krawędzi upadku

W które sektory kryzys węglowy uderzy najbardziej?

Oczywiście, będzie problem ze zdobyciem węgla do prywatnych domów, ale równie ciężko jest w ciepłownictwie, które dostarcza ciepło systemowe choćby do bloków mieszkalnych w miastach. Mamy największą sieć ciepłowniczą w Europie, która mogłaby być trampoliną do czystego powietrza. Tymczasem, na Forum Ciepłowniczym w Międzyzdrojach, które jest największą imprezą branżową w kraju, sytuacja w lipcu była następująca: 70 proc. ciepłowni bez pomocy publicznej nie przetrwa, a 30 proc. nie ma żadnej zdolności kredytowej.

Dlaczego tak się dzieje?

Przede wszystkim, jest to biznes taryfowany, co znaczy, że Urząd Regulacji Energetyki ustala podwyżki tak, aby nie były one zbyt mocno odczuwalne dla społeczeństwa. W tym roku średni wzrost taryf w przypadku węgla wyniesie 17 proc. dla węgla i 22 proc. dla gazu, a wzrost kosztów dla przemysłu ciepłowniczego wyniósł, z tego, co usłyszałem w kuluarach, często ponad 100 proc. Kto i jak pokryje różnicę? Tego nie wiadomo. Dziś rząd musi pilnie myśleć, w jaki sposób udzielić temu sektorowi pomocy publicznej, bo inaczej 30 proc. z nich zbankrutuje i Polacy nie będą mieć ciepła systemowego.

A jak z dostępnością węgla dla ciepłownictwa?

Problemy z dostępnością węgla są problemem dla wszystkich i sektor ciepłowniczy nie jest tu wyjątkiem. W związku z tym pojawiły się pomysły zmniejszenia ciepła w budynkach korzystających z ciepła systemowego, czyli kończymy z grzaniem na poziomie 24 st. C i chodzeniem w mieszkaniu w zimie w krótkim rękawku. Zamiast tego zmniejszamy temperaturę i zakładamy ciepłe ubrania.

Czyli nie tylko Niemcy będą kupować skarpetki i swetry. Unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego Thierry Breton zaleca mieszkańcom UE ograniczenie ogrzewania zimą o 2-3 stopnie. Oszczędność surowca w całej Unii odpowiadałaby ilości surowców zużywanych w całej Polsce.

Teraz zaczyna się w Polsce dyskusja, ile tego ciepła powinno być w polskich domach.

Kilka dni temu minister Moskwa powiedziała, że 17 st. jest zdrowe dla organizmu.

Forum Energii obliczyło, że średnie zmniejszenie ogrzewania w polskich domach o 1 st. C to oszczędność 500 tys. ton węgla w skali roku.

Polska na rosyjskim LPG

Mamy więc kryzys gazowniczy, węglowy, energetyczny i ciepłowniczy. Może przynajmniej ze skroplonym gazem petrochemicznym, czyli popularnym LPG jest nieco lepiej?

Muszę cię rozczarować. W tej branży także mamy kryzys, bo zasadniczo mamy do czynienia z największym kryzysem dotyczącym energii od 1979 r., tylko nie wszyscy Polacy zdają sobie z tego sprawę.

W jakim stopniu kryzys z LPG dotyczy Polski?

To jest w ogóle bardzo ciekawy wątek, bo o ile rozmawiamy w Polsce o gazie czy węglu pod kątem czekających nas zimą problemów, to całkowicie pomijamy LPG. Tymczasem z LPG korzysta 1 mln gospodarstw domowych w Polsce, a do tego 15 proc. kierowców. LPG jest też wykorzystywane w rolnictwie, na przykład do ogrzewania szklarni.

Ile LPG zużywamy w skali roku?

2,5 mln ton, z czego 1,3 mln ton braliśmy z Rosji.

To ponad połowa.

W kwietniu była u nas dyskusja nad wprowadzeniem embarga na rosyjski LPG, ale go nie wprowadzono.

Dlaczego?

Bo ktoś był wystarczająco przytomny, żeby stwierdzić, że nie da się tych dostaw przeorientować, a to z kilku powodów. Po pierwsze, większość infrastruktury importowej jest ulokowana na wschodzie Polski, a te 1,3 mln ton LPG trzeba by sprowadzać przez Bałtyk, czyli północ kraju lub drogą lądową z portów w Antwerpii, Rotterdamie i Amsterdamie [tzw. porty ARA – red.]. Po drugie, porty ARA, przez które tradycyjnie idzie LPG, są zarezerwowane przez firmy traderskie, którym trzeba płacić olbrzymie kwoty za wynajem przestrzeni magazynowych. Po trzecie, polskie porty nie są w stanie przyjąć bezpośrednio największych dostaw LPG, więc trzeba je przeładowywać w portach ARA, a stawki za czartery statków, które byłoby trzeba przeładowywać w tych portach, wzrosły trzykrotnie.

Jak duże są te kwoty?

Dla przykładu stawka czarterowa za tonę LPG z USA do Amsterdamu wynosi 50 dol., a z Amsterdamu do Gdyni – 150 dol. Zresztą, prawie wszystkie czartery wynajęli Szwedzi i Norwedzy. Do tego wszystkiego trzeba dodać problem przepustowości na naszej kolei.

Skąd te nagłe problemy z koleją?

Mało Polaków pewnie zadaje sobie pytanie, dlaczego od czasu rozpoczęcia rosyjskiej ofensywy na Ukrainę nagminne stały się spóźnienia pociągów w Polsce. W jedną stronę wozimy zboże, w drugą broń. Nikt też nie zadaje sobie pytania, na czyim paliwie jeżdżą ukraińskie czołgi i dlaczego rafineria Lotos w Gdańsku, która produkuje diesel, ma rekordowe zyski [śmiech]. Przypomnę tylko, że ukraińskie czołgi jeżdżą na dieslu i nie wszystkie rafinerie nastawione są na produkcję diesla. Kiedy więc opozycja narzeka, że sprzedajemy Lotos, a ten ma rekordowe zyski, to warto się zastanowić, czy nie jest to związane z pewną czasowością.

Wracając do LPG…

Na szczęście nie podjęto decyzji o odcięciu od rosyjskiego LPG, więc ono nadal płynie. Potrzebujemy około 2-3 lat, żeby je odciąć. W tym czasie musimy zbudować nowe przestrzenie magazynowe i nowe terminale nad Bałtykiem. Ale tu znowu jest problem: kluczowy terminal dla naszego importu LPG, w Gdyni, przez który importujemy 250 tys. ton LPG, jest w upadłości.

Reasumując temat polskiego LPG – opieramy się na Rosji.

Tak.

A czy jest możliwe, że Rosjanie, podobnie jak zrobili to z gazem, jednostronnie zerwą z nami umowę i przestaną wysyłać LPG?

Zawsze jest taka możliwość, choć raczej się na to nie zanosi.

To dlaczego Rosjanie zakręcili nam kurek z gazem, a dalej dostarczają nam LPG?

Oba paliwa to inna infrastruktura, inne realia. Ciężko to porównywać. Co do gazu ziemnego powiedziałbym tak: w tej konkretnej rozgrywce nie chodzi głównie o Polskę. Mamy do czynienia w bezprecedensowym momentem w historii Europy: po brexicie Brytyjczycy zostali wypchnięci od stołu, a Francja jest rekordowo słaba. W tej sytuacji główny ciężar decyzji spoczywa na Niemcach, którzy są patologicznie uzależnieni od rosyjskiego gazu. Dlatego Rosjanie wcisnęli gazowy guzik, by uzyskać koncesję na skalę całego Starego Kontynentu.

Czyli Rosja naciska na Niemcy gazem, jednocześnie bezpiecznie zarabiając na LPG do Polski, zawsze jest jakiś pieniądz na nowe czołgi.

Podobnie robią z ropą. Jest ją stosunkowo łatwo zdywersyfikować, więc nie ma sensu jej natychmiast odcinać, choć to się oczywiście dzieje od wybuchu wojny.

PO i PiS: paliwo ponad podziałami

Żeby ta energetyczna układanka była pełna, trzeba dodać do niej paliwa.

Tutaj mamy najwygodniejszą sytuację, ponieważ w latach 2014-2022 ograniczyliśmy w naszych rafineriach zużycie rosyjskiej ropy z 80 proc. do 50 proc. To jest spektakularna historia ponadpartyjnego porozumienia – o czym dziś nie pamięta nikt ani w PO, ani w PiS – ponieważ pierwszy długoterminowy nierosyjski kontrakt na dostawę ropy z saudyjskim Saudi Aramco został wynegocjowany przez PKN Orlen za zarządu Jacka Krawca z PO, a podpisany już przez nowego prezesa Orlenu Wojciecha Jasińskiego z PiS.

Dziś znowu Saudi Aramco jest mocno obecne w polskiej rozgrywce paliwowej.

To, co się dzieje obecnie, czyli wpuszczenie Saudi Aramco na mniejszościowe udziały do Rafinerii Gdańskiej i przy okazji wynegocjowanie 20 mln ton ropy z Arabii Saudyjskiej, która pokryje 50 proc. zapotrzebowania instalacji Orlenu, to jest część tej samej historii, chociaż politycy skaczą sobie z tej okazji do gardeł w telewizji.

Czyli w telewizji się nawalamy, ale za kulisami realizujemy wieloletni, ponadpartyjny plan.

Plan, który postawił nas w najkorzystniejszej sytuacji, jeśli chodzi o źródła energii, bo tu plan pełnej dywersyfikacji, która uniezależnia nas od Rosji, jest prawie domknięty.

Nie ma powrotu do paliw kopalnianych

W świetle tego wszystkiego trudno uwierzyć w to, co powiedziałeś na początku naszej rozmowy, że Polska powinna poradzić sobie tej zimy lepiej niż większość europejskich krajów.

Tak naprawdę przedstawiłem poziom komfortu Polaków w porównaniu do reszty Europy. Większość Europejczyków będzie się zmagać z dużo większymi wyzwaniami. Sytuacja będzie też oczywiście zależeć od wielu dodatkowych czynników.

Jak na przykład?

Choćby warunków pogodowych. Niedawno odbyła się duża konferencja, na której przemysł wiatrakowy chwalił się, że ma najlepsze modele meteorologiczne ze wszystkich dostępnych w Polsce. To jest prawda, bo elektrownie wiatrowe pracują tylko wtedy, kiedy jest wietrznie i muszą dostarczać operatorowi systemu dane meteorologiczne, które mówią, kiedy wygenerują energię. Więc według ich modeli meteorologicznych listopad i grudzień mają być ciepłe i wietrzne.

Podwójna korzyść.

Tak, bo dzięki wyższej temperaturze nie będziemy musieli zużywać tyle gazu czy węgla na opał, a dzięki wietrznej pogodzie wiatraki będą mogły wytwarzać więcej energii.

Ale wiatr nie generuje wiele energii w Polsce.

To prawda. Ważniejsze jest to, że konsumentowi indywidualnemu nie powinno zabraknąć gazu, także z powodu jego sporego wydobycia w Polsce. Oddano też kilka inwestycji, które powinny nas wspomóc, jak na przykład niewielkie połączenie z Litwą, więc są realizowane dostawy LNG przez litewski terminal. To drobnica, ale zawsze coś.

Czy obecny kryzys odłożył na długi czas dyskusje o ekologii, czy zielonych źródłach energii?

Wprost przeciwnie. Konkluzja tego wszystkiego – z czym muszą się zmierzyć polscy politycy, ale na razie to do nich nie dotarło – jest następująca: obecny kryzys zostanie wykorzystany przez Komisję Europejską do zintensyfikowania polityki klimatycznej i będzie jeszcze większy nacisk na odnawialne źródła energii.

PiS liczył na to, że kryzys udowodni reszcie Europy, że tradycyjne źródła energii, jak węgiel, powinny mieć dłuższą żywotność na kontynencie.

Tymczasem w Europie narracja jest całkowicie odwrotna: tylko rozwój odnawialnych źródeł energii zapewni nam zerwanie ze splamionymi krwią surowcami z Rosji. Kryzys nie potrwa dłużej niż dwa lata. A potem Europa ostro przyspieszy w kierunku zielonych rozwiązań energetycznych.

onet.pl

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Więcej postów