NATO stymuluje napięcie w Europie Wschodniej

W zeszłym tygodniu Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg skrytykował apel białoruskich władz o zmniejszenie składu ambasad Polski i Litwy.

Białoruskie MSZ zaleciło Polsce i Litwie zmniejszenie liczby zatrudnionych dyplomatów na Białorusi z odpowiednio 50 do 18 i z 25 do 14 osób. „Z uwagi na jednoznacznie destrukcyjną działalność Polski i Litwy zaproponowano, aby do 9 października 2020 roku zrównały one skład swoich misji dyplomatycznych na Białorusi z białoruskimi misjami zagranicznymi w poszczególnych krajach” – powiedział wtedy rzecznik białoruskiego MSZ Anatol Hłaz.

„Decyzja o ograniczeniu dyplomatycznej obecności sojuszników w Mińsku jest nieuzasadniona i żałujemy tego kroku. Wzywamy Mińsk do ponownego rozważenia tej decyzji” – oświadczył Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg.

Zastanawiam się, dlaczego Szef Sojuszu w ogóle postanowił skomentować tę decyzję białoruskich władz, gdy leży ona wyłącznie na płaszczyźnie stosunków dyplomatycznych, a temat ten dotyczy sfery dwustronnych spraw pomiędzy Polską i Białorusią. Czy mu się to podoba, czy nie – przestrzeganie zasady parytetu oznaczącej zrównanie ilości dyplomatów na podstawie przepisów prawa dyplomatycznego i konsularnego, jest prawem strony białoruskiej jako państwa gospodarza.

Odpowiedź nasuwa się sama. Jeżeli przetłumaczymy „potępienie” z języka dyplomatycznego w język militarny jest to niczym innym jak groźbą zastosowania siły militarnej NATO w razie nieprawidłowego zachowania przez oficjalny Mińsk. Już teraz liczebność natowskich wojsk w pobliżu granic z Białorusią przekracza liczbę żołnierzy w siłach zbrojnych wschodniego sąsiada. A nowa polsko-amerykańska umowa o rozszerzeniu współpracy obronnej umożliwia zwiększenie obecności wojsk amerykańskich w Polsce o ok. 1 tys. do co najmniej 5,5 tys. Niestety Polska suwerenna przez 30 lat armię zrujnowała i teraz musi prosić na wysokim szczeblu Amerykanów o tysiąc rotacyjnych żołnierzy, co jest odrabiane jako wielki sukces.

Decyzja o zwiększeniu wojsk amerykańskich w Polsce podana jest przez NATO jako spowodowana przez agresywną politykę Rosji. No tak, to Rosja stymuluje napięcie, a NATO skuli się ze strachu. Jakoś nikt z NATO nie zająknął się o ,,wzbudzaniu niepokoju” strony przeciwnej, kiedy odbywały się ćwiczenia Defender czy Anakonda, które miały miejsce w bezpośredniej bliskości granic Federacji Rosyjskiej.

Rosja po prostu dmucha na zimne, a robi to na własnym terytorium. Bo ma solidne podstawy, by się obawiać agresji. Nie amerykańskiej, bo ci są zbyt mądrzy, by to robić. Ale mają do tego kundli typu Ukraina czy Polska, które z największą radością rzuciły by się kąsać nogawki Rosji, gdy pan poszczuje. Przecież ta antyrosyjska i wojenna histeria u nas i na Ukrainie nie bierze się znikąd. A Polska zawsze była i jest i chyba będzie terenem najbardziej poszkodowanym w razie wybuchu jakiegośkolwiek konfliktu zbrojnego na większą skalę.

EDYTA WOLSKA

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*