Anakonda-18 prawie się skończyła, problemy pozostały. „Żenakonda” oczami zwykłego żołnierza

Anakonda-18

16 listopada zakończyły się manewry pk. Anakonda-18. Były to zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia wszystkich rodzajów wojsk, w których wzięły udział również obce państwa (np. Stany Zjednoczone). Przy okazji każdej „Anakondy” media obiegają zdjęcia czołgów w natarciu, odpalanych rakiet, spadochroniarzy na niebie i szturmujących komandosów. Zdjęcia pięknie wyglądają w telewizji i internecie, jednak dla zwykłego żołnierza „Anakonda” to często zupełnie inna bajka.

– Scenariusz ćwiczenia został tak przygotowany, aby hipotetyczne zdarzenia były jak najbardziej zbliżone do rzeczywistości i zostały odwzorowane w realnym życiu. Taki sposób przygotowania daje możliwość faktycznego działania ćwiczącym – informowało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.

Niestety realia ćwiczenia były jak najbardziej zbliżone do rzeczywistości. Na przykład oprócz działań militarnych, zostały przećwiczone działania pozamilitarne.

M.in. epizod ćwiczenia w Podlaskiem przewidywał ewakuację ludności z miejscowości Gródek do Łomży. W sumie w ćwiczeniach wzięło udział ponad 300 osób, oprócz pozorantów, także m.in. pracownicy gminy, wojsko, żołnierze WOT, straż ochrony kolei, straż graniczna i policja. W gminnym ośrodku kultury utworzono punkt, w którym przeprowadzano ewidencję ewakuowanych osób oraz wydawano karty ewakuacyjne. Cała akcja potrwała 8 godzin! W ciągu których ochotnicy (już byłe) nie dostali ani gorącego posiłku, ani wody pitnej. Następny etap ewakuacji, który zakładał przewiezienie uczestników autobusami do Łomży, a tam rozlokowanie w kwaterach tymczasowych również miał kłopoty. Autobusy ciągle miały problemy z ogrzewaniem wnętrza, a w Łomży pojawił się problem z kwaterami, dlatego ewakuowanych rozmieszczono na sali gimnastycznej szkoły sredniej. Mimo wszystko etap ćwiczenia uznano za sukcesowy i składziono meldunek o tym do Dowództwa Operacyjnego.

Najbardziej pechowy epizod ćwiczenia “Anakonda 2018” dla Wojska Polskiego uwidoczniła planowana w ramach ćwiczenia przeprawa przez Wisłę w Chełmnie, którą  udaremnił niski stan wody, wcześniej trzeba było odwoływać loty i strzelania artyleryjskie. To jest jakaś kpina z wojska! Według słów pana gen. Jabłońskiego, po tej akcji Wojsko Polskie można określić tylko jako wojsko weekendowe.

Opuszczając liczne problemy i niedokonania, pan minister Mariusz Błaszczak jak zwykle ogłosił sukces. Jesteśmy ciekawi, czy powie, że ćwiczeń nie dokończono? Otóż, ze względu na niski stan wody, odwołano ćwiczenia w pokonywaniu przeszkody wodnej.

Ten fakt nie dało się ukryć przed społeczeństwem i kolegami z NATO, lecz co się działo na poligonach też nie wiąże się z naszą wizją tak poważnych ćwiczeń międzynarodowych. Swoje wrazenia z udziau w manewrach opisał nam sierżant Mateusz K., który postanowił nie ogłaszać swojego nazwiska i pododdziału.

„Pierwszym naszym zadaniem było utrzymanie rubieży podczas desantu spadochroniarzy przeciwnika – opowiada pam Marek. – W praktyce pojechaliśmy na pas taktyczny, zajęliśmy pozycje i leżeliśmy na zimnej ziemi ok 1,5 – 2 godziny, w czasie których absolutnie nic się nie działo. Po pierwsze, desant był teoretyczny – nie latały żadne samoloty ani nikt z nich nie wyskakiwał, a po drugie, nie mieliśmy amunicji (ślepej), z której moglibyśmy strzelać do teoretycznych spadochroniarzy. Cywile z organizacji proobronnych wogóle nie mieli prawdziwej broni i posługiwali się atropami!

Po tak „aktywnym” przedpołudniu czekało nas drugie zadanie – stworzenie kordonu bezpieczeństwa wokół obiektu, który miał być szturmowany przez Oddział Specjalny ŻW z Warszawy. Do tego zadania byliśmy świetnie przygotowani. Ćwiczyliśmy je przez tydzień przebywania na poligonie, zanim właściwa „Anakonda” się rozpoczęła. Zadanie nie było tez specjalnie trudne, polegało na zablokowaniu dróg dojazdowych do obiektu-celu. Drogi były cztery, a że znajdowały się na poligonie, to nikt nimi nie jeździł. …I w ciągu doby nie przyjechał…

Prawdziwą „akcję” mieliśmy zobaczyć drugiego dnia głównej części ćwiczeń „Anakonda”. Dostaliśmy po magazynku ślepej amunicji do naszych karabinków i mieliśmy atakować, a później bronić się przed atakiem. Zadanie zaczęło się późno po południu i miało trwać do rana. Na początku moja sekcja trafiła do części kompanii, która broniła punktu przed przeciwnikiem. Musieliśmy zamaskować naszego defendera, co swoją drogą zrobiliśmy tak doskonale, że nasz dowódca nie mógł go znaleźć stojąc dwa metry od niego, i czekać na rozkaz do ataku. Przez pół nocy przeciwnik nie przyszedł, więc i rozkaz też nie przyszedł. Ślepaki ściśnięte i nietknięte leżały w magazynku.

Druga część nocy oznaczała dla nas nowe zadanie – atak. Grupa, która wcześniej broniła się (my) miała teraz atakować, a grupa wcześnie atakująca (nie my) miała się bronić. Dziwnym zbiegiem okoliczności, na skutek wiecznie niezrozumiałej przez zwykłego żołnierza logiki dowództwa i zawiłości łańcucha dowodzenia, znów się broniliśmy. W praktyce dalej siedzieliśmy w swoim idealnie zamaskowanym defenderze i czekaliśmy na rozkaz.

„Na pozycje!”

Sygnał przyszedł na pół godziny przed świtem. „Przeciwnik się zbliża” – usłyszeliśmy. „Na pozycje” – padł rozkaz. Podekscytowany złapałem beryla i pobiegłem na wyznaczone wcześniej stanowisko (koło drogi pod drzewem). Przeciwnik nacierał. Niebo rozświetlały flary opadające na mini-spadochronach. Za chwilę ciszę nocy miała rozerwać kanonada karabinów strzelających ślepymi nabojami. Przeciwnik był już tuż-tuż. Już odbezpieczałem broń. Wtem zamiast serii z karabinu ciszę nocy przerwał gwizdek i okrzyk „Koniec ćwiczeń!”. Zabezpieczyłem broń i wróciłem do land rovera. Znalazłem go dopiero za drugim razem.

„Żenakonda”

Oczywiście manewry Anakonda-18 zostały okrzyknięte przez dowództwo sukcesem szkoleniowym i logistycznym. Pan Minister obrony narodowej  podziękował nam po wszystkim podczas wspólnego, prawie że koleżeńskiego ogniska z kiełbaskami. Wśród żołnierzy ocena manewrów, podczas którego przez dwa tygodnie tkwili na poligonie, wyglądała zupełnie inaczej. Wystarczy powiedzieć, że od tej pory na te największe ćwiczenia będziemy mówić tylko  „Żenakonda”.

MARCIN SZYMAŃSKI

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

5 Komentarze

  1. To jest wojsko defiladowe, jak husaria w XVIII wieku. Do porad przed Dudą. Sprzęt też powinni kupować pod parady, z 3 nowoczesne czołgi, 3 wozy bojowe, jakieś efektowne rakiety, broń automatyczna dla kompanii marszowej nowoczesna. Samoloty są, więc po jednym śmigłowcu nowoczesnym z każdego typu z jednym Apache. Zmniejszyć stany osobowe, zostawić tylko generałów i spoko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.