Lotniczy pech roku

Trzy najważniejsze typy samolotów myśliwskich Zachodu mają w ostatnich dniach kłopoty. Z powodu ludzi, techniki, a nawet pogody.

To nie był dobry tydzień dla lotnictwa. Operacje najnowszych samolotów bojowych F-35 zostały zawieszone, huragan zniszczył bazę maszyn najbardziej legendarnych F-22, a niezdarny technik odpalił serię do stojącego na ziemi F-16, powodując jego pożar i utratę. Różne to historie, zupełnie odmienne powody problemów, ale łącznie pokazują, że nieprzewidywalność w lotnictwie czasem dotyczy sytuacji… nie do przewidzenia.

Najbardziej kuriozalne zdarzenie miało miejsce w belgijskiej bazie lotniczej Florennes. Samoloty F-16 Królewskich Sił Powietrznych spokojnie stały na zewnątrz, podczas gdy w pobliskim hangarze technik dokonywał przeglądu innego samolotu. Konkretnie wykonywał czynności przy jego 6-lufowym działku Vulcan kalibru 20 mm. Coś poszło nie tak. Działko zaczęło strzelać. Brzmi to niewiarygodnie, bo przecież lotnictwo wojskowe to świat rygorystycznych procedur, planowego działania, skrupulatnie przestrzeganych regulaminów. Nic z tego – w czasie przygotowania samolotu do lotu ćwiczebnego działko zostało załadowane i przez przypadek wystrzeliło. Żeby było jeszcze dziwniej, pociski trafiły w stojący na płycie postojowej inny samolot F-16. W efekcie Królewskie Siły Powietrzne mają już tylko 54 vipery.

F-16 „strącony” na ziemi

Zdjęcie spalonego myśliwca o numerze FA-128 opublikowane przez holenderski portal lotniczy Scramble Magazine obiegło świat. Samolot jest prawie całkowicie zwęglony. To oczywiście zarazem dowód skuteczności pocisków z działka Vulcan, jeśli szukać na siłę optymizmu. Sytuacja jest jednak o wiele bardziej straszna niż śmieszna. Rzecz jasna natychmiast wdrożono wszelkie postępowania – cywilne i wojskowe.

Co się stało, na razie nie wiadomo. Czy winny jest technik obsługi naziemnej, czy jego wyszkolenie nie było wystarczające, czy w procedurach bezpieczeństwa jest jakaś nieznana wcześniej luka, czy nie były one respektowane, czy zawiodła jednak technika – samo działko? Pytań jest mnóstwo, a zainteresowanych odpowiedziami wynikającymi z belgijskiego śledztwa jest kilkanaście sił powietrznych świata, nie wyłączając amerykańskich – bo jeśli zdarzyło się to w Belgii, to mogło gdziekolwiek indziej. F-16 to nadal koń roboczy lotnictwa Zachodu, a taki wypadek – prawdopodobnie pierwszy w historii – zadziwia i niepokoi.

Trzeba nadmienić, że i Polacy będą się przyglądać rezultatom dochodzenia. Nasze 48 samolotów F-16 to podstawa polskich sił powietrznych. Jakakolwiek luka wykazana w systemie ich obsługi – z pozoru jednolitym, bo opartym na amerykańskich wzorcach – albo, co gorsza, usterka techniczna elementu wyposażenia maszyny byłaby i dla nich groźna. Na uspokojenie można tylko przypomnieć, że polskie F-16 są ponad ćwierć wieku młodsze od belgijskich, i ufać, że ma to w tym przypadku znaczenie.

Florydzka masakra huraganem

Ale cieniem na sytuacji lotnictwa wojskowego kładą się nie tylko relacje człowiek–maszyna. Czasem do gry w nieprzewidziany sposób wchodzi też pogoda. To, co huragan Michael uczynił z bazą lotniczą Tyndall na Florydzie, da się opisać tylko jednym słowem: masakra. Zniszczone budynki mieszkalne, pozrywane dachy hangarów, poprzewracane samoloty z wystawy „archeo” – czyli historyczne maszyny używane przez lotników na Florydzie. Tyndall jest bazą szczególną. To tam prowadzone jest szkolenie pilotów i obsługi naziemnej najbardziej zaawansowanych technicznie samolotów US Air Force – myśliwców przewagi powietrznej piątej generacji F-22 Raptor. W bazie stacjonuje oczywiście również eskadra bojowa czasem wysyłana poza USA – cztery samoloty z literami TY na statecznikach pionowych widzieliśmy choćby 15 sierpnia na paradzie lotniczej nad Warszawą.

Huragan Michael wyrządził w ich macierzystej bazie zniszczenia określane mianem katastroficznych, obiekt nie nadaje się do użytku. Senatorowie z Florydy w liście do sekretarz sił powietrznych i ich dowódcy piszą, że szybka odbudowa bazy to kwestia interesu bezpieczeństwa narodowego USA. Oczywiście w Stanach idą wybory i politycy czują, że muszą zaznaczyć swoją aktywność, ale sprawa jest naprawdę poważna. F-22 to symbol amerykańskiej przewagi nad Rosją i Chinami. Jeden z najważniejszych.

Ile raptorów zniszczył Michael?

Huraganu Michael nie obawiano się tak bardzo jak niedawnej Florence. Siła wiatru miała nie być tak duża. Jednak tuż przed wejściem znad Zatoki Meksykańskiej na ląd Florydy – od zachodu – jego siła gwałtownie wzrosła. Kiedy uderzył, masy powietrza przemieszczały się z prędkością 250 km/h. Baza Tyndall, położona koło miasta Panama City, znalazła się w samym środku korytarza, jakim poruszał się Michael. Całe szczęście przynajmniej 33 z 55 stacjonujących tam raptorów zostało przed nadejściem huraganu odesłanych z Florydy do bazy Wright-Patterson w stanie Ohio, na północy, daleko poza zasięgiem żywiołu.

Nie wiadomo jednak, czy reszta również została ewakuowana. Dla samolotu najbezpieczniejszym środowiskiem w czasie huraganu jest powietrze, tak jak dla okrętu otwarte morze. Jednak część mediów w USA donosi, że „pewna liczba samolotów musiała zostać na Florydzie ze względu na trwające prace obsługowe i względy bezpieczeństwa”. Nigdy nie jest tak, że wszystkie samoloty danego typu w danej bazie są w stanie lotnym. Planowe remonty, nieprzewidziane awarie, konieczność wymiany podzespołów – wiadomo, technika to tylko technika. Zwłaszcza że samoloty piątej generacji są wyjątkowo praco- i kosztochłonne w utrzymaniu, wymagają znacznie więcej pracy niż np. F-16. Lotniczy eksperci na zdjęciach zniszczonych hangarów już dopatrzyli się… F-22 stojącego pod częściowo zerwanym dachem.

Charakterystyczny obrys statecznika poziomego Raptora trudno pomylić z czymkolwiek innym. Nie wiadomo jednak, czy jest to samolot z jednostki bojowej w czasie obsługi, niezdatny do lotu, czy może makieta służąca szkoleniu. Każdy utracony raptor to nie tylko strata w sensie finansowym – jako że to bez wątpienia najdroższy myśliwiec świata. USA mają ich tak niewiele, a zalety tej maszyny są tak duże, że każdy samolot mniej w linii to poważny ubytek możliwości bojowych.

Straty we flocie

Jeśli z Tyndall ewakuowano rzeczywiście tylko 33 raptory, a 22 pozostały na miejscu i mogły doznać uszkodzeń, to z teoretycznie 184 samolotów w służbie US Air Force mogło w ciągu jednego dnia zostać ledwie 162. Minus jeszcze jeden. W czasie lądowania na Alasce uszkodzeniu uległ jeden z raptorów stacjonujących w bazie Elmendorf-Richardson. Zdjęcia pokazują prawdopodobną awarię lewej goleni podwozia, która sprawiła, że samolot dotknął lewym skrzydłem podłoża. To już trzeci przypadek awaryjnego lądowania raptora w tym roku. Każda naprawa jest niezwykle kosztowna i długotrwała, bo samolot z uwagi na konieczność utrzymania małej powierzchni odbicia radarowego (stealth) pokryty jest specjalną „skórą”, zbudowany jest w znacznej części z materiałów kompozytowych, które trzeba wymieniać w całości, a prace remontowe musi wykonywać specjalnie przeszkolony personel w miejscach zapewniających odpowiedni poziom zabezpieczeń antyszpiegowskich. To nie jest kwestia młotka, śrubokręta i klucza francuskiego. Czyli raptorów może być faktycznie mniej niż 160 i to na dłuższy czas.

W zeszłym roku kongresmeni i senatorowie USA pytali na fali obronnego wzmożenia administracji Trumpa, czy nie można by wznowić produkcji tych samolotów, ale efekt zamówionych w wojsku i przemyśle analiz był negatywny. Koszty uruchomienia ponownie linii produkcyjnej w Lockheed Martin byłyby przeogromne. A zresztą producent ma też inne kłopoty.

Supernowoczesne nieloty

Od wyeliminowania części raptorów dużo poważniejszym problemem dla US Air Force i wielu sił powietrznych sojuszników USA jest sytuacja samolotów F-35. Pod koniec września w pobliżu bazy Beaufort w Karolinie Południowej doszło do pierwszej w historii katastrofy tego typu samolotu. Rozbiła się maszyna F-35B używana w Piechocie Morskiej – F-35 to bowiem „myśliwiec jednolity”, który ma zastąpić samoloty różnych typów, używane do tej pory w lotnictwie trzech rodzajów wojsk.

Pilot rozbitego samolotu zdołał się katapultować. Wstępnie też wykluczony został jego błąd jako przyczyna katastrofy. To paradoksalnie niezbyt dobra wiadomość, bo może oznaczać, że kłopot tkwi w konstrukcji samolotu. Z powodu podejrzeń o usterkę przewodów paliwowych flota amerykańskich F-35 została uziemiona i czeka na przeglądy. Nie wszystkie maszyny mają instalacje identyczne z tą z rozbitego samolotu, ale na wszelki wypadek loty na jakiś czas wstrzymano. „Jeśli podejrzane przewody paliwowe są zainstalowane, będą usunięte i wymienione” – głosi oświadczenie biura F-35 zarządzającego flotą tych maszyn w siłach zbrojnych USA i zagranicznych partnerów programu.

Inspekcje miały zostać dokonane w czasie 48 godzin, na razie ich rezultaty nie są znane. Problem dotyczy prawie 250 samolotów w USA i w sumie kilkudziesięciu w innych państwach: Izraelu, Wielkiej Brytanii, Norwegii, Holandii, Włoszech, Japonii, Turcji, Australii, Korei Południowej (tylko część maszyn została przekazana klientom, w większości zagraniczni piloci szkolą się na F-35 w USA). Trzeba jednak pamiętać, że F-35 to największy program zbrojeniowy świata i konsekwencje każdej wykrytej usterki mają globalne skutki, liczone w setkach milionów dolarów.

Pech ma swoje plusy

Każda awaria – również każda katastrofa – prowadzi na dłuższą metę do poprawy bezpieczeństwa. Wnioski o przyczynach wypadków służą temu, by dana sytuacja nigdy więcej się nie powtórzyła. Postęp lotnictwa pisany jest krwią – zdanie to w takiej czy innej formie znają wszyscy w branży.

Dobrze, gdy nie chodzi o krew, tylko o dolary. O ile jednak przypadek z Belgii mógł być po prostu błędem człowieka – stosunkowo łatwym do wyeliminowania przy zaostrzeniu procedur – a sytuacja z F-35 po prostu kolejną „dziecięcą chorobą” nowego typu samolotu, wymagającą inwestycji w jego przebudowę, o tyle zniszczenia w bazie lotniczej wywołane huraganem pokazują nam inną skalę problemu.

Zmiany klimatyczne, w tym nasilenie częstotliwości i siły występujących od zawsze huraganów, wpływają nieuchronnie na kwestie bezpieczeństwa militarnego, w tym na umiejscowienie instalacji wojskowych. Kto wie, czy w efekcie przejścia huraganu Michael przez kluczową bazę Tyndall w USA nie zacznie się myśleć o jej relokacji w miejsce spokojniejsze.

Zmiany klimatyczne, w tym nasilenie częstotliwości i siły występujących od zawsze huraganów, wpływają nieuchronnie na kwestie bezpieczeństwa militarnego, w tym na umiejscowienie instalacji wojskowych. Kto wie, czy w efekcie przejścia huraganu Michael przez kluczową bazę Tyndall w USA nie zacznie się myśleć o jej relokacji w miejsce spokojniejsze.

Na pewno do pilnego rozstrzygnięcia będzie kwestia wzmocnienia znajdujących się tam budynków, jeśli mają w przyszłości oprzeć się kolejnym huraganom. Może w ogóle trzeba przyjrzeć się mapie występowania cyklonów i powodzi, by odsunąć ważne instalacje wojskowe od pogodowych niebezpieczeństw.

Nas w środkowej Europie problem jeszcze nie dotyczy w takiej skali co krajów w cieplejszych, bardziej niestabilnych rejonach globu. Ale z czasem, liczonym w dekadach, i do nas może dotrzeć. Trąby powietrzne zdarzają się co lato. Co by było, gdyby na ich trasie znalazła się baza powietrzna? Generalnie większa solidność stawianych u nas budynków każe mieć nadzieję, że poważnych strat by nie było, ale nigdy nie wiadomo, z jaką siłą żywioł uderzy. Michaela w USA też nikt za bardzo się nie bał.

MAREK ŚWIERCZYŃSKI

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*