Dał żonie bukiet róż i wbił jej nóż

Nie umiał z nią żyć, a bez niej nie chciał. Gdy dowiedział się, że jego udręczona żona złożyła w sądzie pozew rozwodowy, był zdesperowany. Kupił bukiet róż i padł jej do stóp, ale Monika już nie chciała z nim gadać. Wtedy Przemysław K. (47 l.), mieszkaniec Chełma na Lubelszczyźnie, wbił jej kuchenny nóż w brzuch, potem podciął sobie żyły i wyskoczył przez okno.

Ona nie żyje, on jeździ na wózku. Bo jakimś cudem przeżył desperacką próbę samobójczą, ale zrujnował sobie zdrowie i jest pod stałą opieką lekarzy. Do Sądu Okręgowego w Lublinie, w którym w środę ruszył jego proces, przywiozła go karetka.

Proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, ale wiadomo, że Przemysław K. nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że to Monika (?45 l.) sama wbiła sobie nóż. Jednak będzie mu ciężko przekonać sąd do swoich racji, bo w aktach sprawy aż roi się od dowodów domowej przemocy. W śledztwie wyszło na jaw, że przez ostatnich 10 lat regularnie znęcał się nad żoną. Bił ją, wyzywał, szantażował. Robił jej nagie zdjęcia i groził, że pokaże je jej kolegom z pracy. Znaleziono ich tysiące. Któregoś razu tak zmasakrował Monikę, że sprawa trafiła na policję i założono mu niebieską kartę, ale niewiele to zmieniło. Tyle że ośmielona kobieta zaczęła myśleć o rozwodzie.

Feralnego dnia – w lipcu ub.r. – Przemysław niespodziewanie zjawił się domu przy ul. Mickiewicza w Chełmie. Mieszkał już wtedy u matki, ale wciąż liczył, że Monika zmieni zdanie i pozwoli mu wrócić. Przyniósł 19 róż – tyle, ile lat byli małżeństwem. 18 białych i jedną czerwoną. Nic nie wskórał. Dowiedział się za to, że Monika właśnie złożyła pozew rozwodowy. To go rozwścieczyło. Z akt sprawy wynika, że chwycił duży kuchenny nóż i zaatakował żonę. Wbił ostrze w jej brzuch, przekręcił i jeszcze mocniej wepchnął w ciało żony. Potem ułożył na jej ciele przyniesione róże, podciął sobie żyły i wyskoczył przez okno z trzeciego pietra.

SE.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*