Pomoc przyjdzie zza oceanu? Albo nie przyjdzie wcale

Kończące się ćwiczenia Anakonda i nadchodzący szczyt NATO skłaniają do refleksji, że bezpieczeństwo Polski ma się wprawdzie lepiej niż przed rosyjską agresją na Ukrainę, ale widać też wyraźnie, że w razie wojny tylko jedno państwo mogłoby przyjść nam z realną pomocą – Stany Zjednoczone. O ile oczywiście w przyszłości zechcą podtrzymać swoją determinację.

 

Nie wynika ona zresztą z zobowiązań nałożonych przez NATO, ale z interesów geopolitycznych Waszyngtonu. Warto to mieć na uwadze.

NATO jest wspaniałym mechanizmem bezpieczeństwa, ale koniec końców pakt to USA. Wszyscy inni jego członkowie w sprawach bezpieczeństwa wiszą u amerykańskiej klamki. I nic nie wskazuje na to, by w dającej się przewidzieć przyszłości miało być inaczej.

Pokazały to nadto wyraźnie manewry Anakonda. Symulowano podczas nich właśnie zabezpieczenie przerzutu wojsk i sam ich przerzut w strefę walk. Nie były to manewry hipotetyczne, testujące sprawność wojsk i dowodzenia w ogóle, ale bardzo konkretne ćwiczenia potencjalnego scenariusza konfliktu zbrojnego z Rosją. Tylko Stany Zjednoczone pokazały pełnowymiarową zdolność do przerzutu wojsk na dużą skalę, bo też tylko one ją mają. Nikt inny.

Amerykanie cenią NATO jako mechanizm zbiorowego bezpieczeństwa, który wiąże politycznie kraje europejskie i buduje militarną solidarność Zachodu, ale wcale tak bardzo go nie potrzebują, by gwarantować komuś bezpieczeństwo. Ostatnio podpisali np. porozumienie o współpracy obronnej z niebędącą członkiem sojuszu Szwecją, wcześniej zaś ćwiczyli na szwedzkim terytorium użycie systemu obrony powietrznej Patriot. Nie oznacza to, że należy zaniedbywać NATO jako element polskiego bezpieczeństwa, przede wszystkim jednak trzeba chuchać i dmuchać na relacje z USA.

Kwatera Główna NATO potwierdza, że po lipcowym szczycie paktu w Polsce zostanie rozmieszczonych na Litwie, Łotwie i w Estonii po jednym natowskim batalionie. To bardzo pożądane posunięcie, bo w razie konfliktu kraje delegujące żołnierzy, w tym Niemcy, Wielka Brytania i USA, automatycznie wejdą do wojny. Pamiętajmy w tym miejscu, że artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego będący podstawą kolektywnej obrony wcale nie nakłada na państwa członkowskie obowiązku udzielenia napadniętemu natychmiastowej pomocy militarnej.

Owe cztery bataliony nie gwarantują realnego wzmocnienia obrony, co innego planowane posunięcia amerykańskie. Jeśli nowy prezydent nie zmieni planów Obamy, możemy się spodziewać w naszym regionie ciężkiej brygady USA wraz z pełnym wyposażeniem, przekraczającym nawet jej potrzeby, a więc do wykorzystania przez dodatkowych żołnierzy ponad stan osobowy brygady. Byłoby ono przechowywane na wschodniej flance na stałe, żołnierze zaś przebywaliby tam rotacyjnie.

Oprócz tego w magazynach w Belgii, Holandii i Niemczech pojawi się gotowy do użycia sprzęt dla kolejnej takiej formacji, która mogłaby być w szybkim tempie przewieziona mostem powietrznym zza oceanu. Razem z już obecnymi w Europie 173. Brygadą Powietrzno-Desantową (Włochy) i 2. Pułkiem Kawalerii (Niemcy) oddziały te tworzyłyby pełnowymiarową dywizję gotową do rzucenia na zagrożony odcinek. To już konkretna siła o dużej sile ognia mogąca wzmocnić polską obronę.

Jakkolwiek byśmy jednak hołubili Amerykanów, to, czy w czasie próby pomogą nam czy nie, będzie zależało od ich oceny sytuacji. W myśl swojej długoterminowej strategii USA nie mogą pozwolić, by jakiekolwiek państwo opanowało Europę, jeśli więc ocenią atak rosyjski jako krok w tym kierunku – uderzą, jeśli jednak oszacują go jako lokalne przesunięcie strefy wpływów – może być różnie.

Stąd po Anakondzie i przed szczytem sojuszu prosta refleksja. Po pierwsze, europejskie państwa NATO nie mają zdolności, by nam pomóc (pomińmy chęci). Po drugie, mają je tylko USA, nasz jedyny prawdziwy sojusznik w sensie militarnym. Po trzecie, jeśli Stany Zjednoczone z jakiegoś powodu nie zechcą nam pomóc, musimy obronić się sami.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

ANDRZEJ TALAGA

Więcej postów