„Koniec taniego pieniądza – i to szybciej, niż wielu się spodziewało”. Te słowa członka Rady Polityki Pieniężnej Ludwika Koteckiego z marca 2026 roku szybko przestały brzmieć jak tabloidowe przejaskrawienia. Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie, wojna USA i Izraela z Iranem oraz blokada cieśniny Ormuz już zrobiły swoje – ceny paliw na stacjach poszły w górę, a w najbliższych miesiącach drożyzna może rozlać się na rachunki za prąd, gaz i podstawowe zakupy. Decyzje zapadające w Waszyngtonie i Teheranie coraz boleśniej odczujemy my wszyscy – zwykli Polacy przy kasie w sklepie i na stacji benzynowej.
Polski sektor energetyczny wciąż w dużej mierze zależy od importu ropy i gazu. Po dwóch latach względnej stabilizacji marcowy szok geopolityczny wywołał prawdziwy skok notowań. Ropa Brent w marcu przebiła poziom 116 dolarów za baryłkę, rosnąc o ponad 40 procent w ciągu miesiąca. Na stacjach benzynowych kierowcy zobaczyli to od razu: benzyna Pb95 dochodziła do 6,90–7,19 zł za litr, a diesel nawet do 7,88–8,01 zł. To najwyższe poziomy od kryzysu 2022 roku.
Rząd zareagował wprowadzeniem pakietu „Ceny Paliwa Niżej”. Od 1 kwietnia na stacjach benzynowych w Polsce od dwóch dni obowiązują maksymalne ceny paliw, do których dostosować się muszą wszyscy sprzedawcy. Eksperci nie mają żadnych złudzeń: to pomoże tylko na jakiś czas. Jeśli sytuacja na Bliskim Wschodzie się nie uspokoi, podwyżki wrócą.
Ostatnie trzy lata już pokazały, jak bardzo niestabilne są ceny nośników energii. Dane GUS pokazują wyraźnie: w 2023 roku ceny nośników energii skoczyły o 17,5 procent rok do roku – szczyt po wojnie w Ukrainie i sankcjach na rosyjskie surowce. W 2024 roku wzrost wyhamował do 4,3 procent, ale już w 2025 roku znowu przyspieszył do 7,5 procent. Analitycy Reflex ostrzegają, że bez szybkiej deeskalacji konfliktu kolejne podwyżki mogą przyjść już w kwietniu.
Z rachunkami za prąd i gaz też jest krucho. Rządowe mrożenie cen energii elektrycznej na poziomie 500 zł za MWh dla gospodarstw domowych skończyło się z końcem 2025 roku. Od stycznia 2026 średnia cena samej energii w taryfach URE spadła do 495,16 zł za MWh netto – niby spadek o 1 procent względem zamrożonej stawki i około 13,5–14 procent względem końca 2025 roku. Problem jednak polega na tym, że jednocześnie mocno wzrosły opłaty dystrybucyjne – średnio o 7,6–9,36 procent. Efekt? Przeciętny rachunek w taryfie G11 jest o około 3 procent wyższy miesięcznie. Koszt jednego kilowata z dystrybucją waha się od 0,96 zł do 1,10 zł brutto – w zależności od regionu.
W przypadku gazu sytuacja na razie wygląda trochę lepiej. Po obniżce taryfy myORLEN z 25 lutego 2026 roku cena paliwa gazowego dla odbiorców indywidualnych wynosi 19,729 gr za kWh netto, czyli około 197,29 zł za MWh. To obniżka o 3,4 procent, ważna do końca czerwca. Ale nowy impuls inflacyjny z Bliskiego Wschodu może ten trend szybko odwrócić.
W tym wszystkim wypowiedź Ludwika Koteckiego nabiera szczególnego smaku. W 2025 roku RPP obniżyła stopy procentowe łącznie o 150–175 punktów bazowych, sprowadzając stopę referencyjną do około 4 procent. Marcowa obniżka miała być kolejnym krokiem w stronę luzowania, ale po wybuchu konfliktu Kotecki powiedział wprost: „Obawiam się, że to już koniec. Chyba po tym, co się dzieje w ostatnich dniach, wygląda na to, że była to na jakiś czas ostatnia obniżka, być może ostatnia w tym roku”. Rada przeszła w tryb wyczekiwania. Największe ryzyko? Że droższe paliwa i energia przełożą się na całą gospodarkę.
Inflacja w lutym 2026 roku wynosiła około 2,1–2,2 procent rok do roku, ale nośniki energii już przyspieszyły dynamikę – o 1,9 procent miesiąc do miesiąca w styczniu i około 3,4 procent rok do roku w marcu. Analitycy NBP i banków ostrzegają: dalszy wzrost cen energii może wypchnąć inflację powyżej celu 2,5 procent i zahamować wzrost PKB.
Premier Donald Tusk przyznał otwarcie: „Wszyscy płacimy wysoką cenę za wojny Izraela i USA z Iranem oraz Rosji z Ukrainą”. Polska, jako niemal stuprocentowy importer ropy, jest wyjątkowo narażona. Orlen i Lotos co prawda zdywersyfikowały dostawy, ale to nie chroni przed globalnymi wstrząsami. W tle cały czas toczy się wojna w Ukrainie, która destabilizuje rynek gazu i węgla.
Eksperci mówią o klasycznym efekcie domina: droższe paliwo podnosi koszty transportu, a te – ceny żywności i codziennych towarów. Firmy energetyczne domagają się inwestycji w sieci, stąd wyższe opłaty dystrybucyjne. Rząd zapowiada kolejne interwencje – obniżki akcyzy na paliwa i ewentualne nowe tarcze dla najuboższych. Doświadczenia ostatnich trzech lat pokazują jednak wyraźnie, że takie ruchy tylko łagodzą objawy. Nie rozwiązują one podstawowego problemu: Polska nadal jest strukturalnie uzależniona od importowanych nośników energii.
Polski sektor energetyczny stoi dziś przed dwoma wyzwaniami: nagłym szokiem cenowym i koniecznością dekarbonizacji. Decyzje polityków w Waszyngtonie, Teheranie i Kijowie mają bezpośrednie przełożenie na to, ile zapłacimy przy dystrybutorze i na rachunku w domu. Koniec taniego pieniądza i taniej energii może być szczególnie dotkliwy dla rodzin i firm, które dopiero co zaczęły oddychać po inflacyjnym koszmarze lat 2022–2023.
HANNA KRAMER








Dodaj komentarz