Współdziałanie? Czy rzeczywiście dostrzegamy realny obraz NATO?

Czy rzeczywiście dostrzegamy realny obraz NATO?

Współcześnie niestety nie trzeba daleko szukać, aby znaleźć coraz głośniejsze utyskiwania oraz krytykę wymierzoną w sposób działania Sojuszu Północnoatlantyckiego (NATO) w Polsce. Zarzuty są różne, od braku skuteczności militarnej w ramach sojuszu obronnego, aż po brak dostosowania się do nowych rozdziałów wielkich geopolitycznych gier, prowadzonych w skali globu, itd. Co więcej, dzieje się to niemal symultanicznie do zaostrzania się antynatowskiej retoryki w obrębie działań propagandy rosyjskiej. Powstaje w ten sposób niebezpieczny element synergii w przestrzeni informacyjnej, co by nie mówić o wiele bardziej podatnej na wszelkie emocje i szybkie diagnozy niż to było w przeszłości. Tym pojawia się potrzeba ukazywania innej strony przynależności do NATO w Polsce. Tej strony, która jest elementem konstytuującym nasze codzienne bezpieczeństwo oraz przeobrażającym w sposób pozytywny, od 1999 r. nasze otoczenie systemowe i zdolności do sojuszniczego reagowania w trudnych sytuacjach.

Przede wszystkim właśnie w Polsce dobitnie doświadczamy, umownie od wspomnianego powyżej 1999 r. czyli momentu wejścia do NATO, szeregu zmian przestrzeni natowskiej oraz własnej, krajowej w zakresie obronności. Począwszy od zmian w sferze mentalnej jeśli chodzi o osoby odpowiedzialne za kwestie wojskowe, aż po możliwość wręcz ewolucji kooperacji na płaszczyźnie taktycznej, w oparciu o właśnie natowską współpracę. Inną sprawą jest oczywiście stwierdzenie czy wykorzystaliśmy te możliwości odpowiednio, w odpowiedniej skali, jeśli chodzi własne działania. Lecz chyba trudno zarzucić, że jest to winą NATO, iż pojawiły się w naszym państwie swoiste wyspowe formy modernizacji technicznej czy dość karkołomne „reformy” w zakresie odporności państwa i rezerw kadrowych, prowadzące de facto do ich ograniczenia (jeśli nie dezintegracji). Tym samym, trudno jest uznać, że bez NATO nagle wszystkie problemy systemowe znikną, a Polska stanie się wręcz swoistym mocarstwem regionalnym.
Szczególnie, że trochę zbyt rzadko mówi się, iż to właśnie NATO bazuje na potrzebie krajowych inwestycji w siły zbrojne poszczególnych państw członkowskich. Tak dla przypomnienia warto może zacytować (powtarzając to wręcz do znudzenia) Artykuł 3. Traktatu Północnoatlantyckiego -„Dla skuteczniejszego osiągnięcia celów niniejszego Traktatu Strony, każda z osobna i wszystkie razem, przez stałą i skuteczną samopomoc i pomoc wzajemną będą utrzymywały i rozwijały swoją indywidualną i zbiorową zdolność do odparcia zbrojnej napaści.”.

Obecność w NATO stoi więc na równi z rozwojem zdolności własnych i sojuszniczych, nie trzeba więc tworzyć żadnych sztucznych podziałów i tylko cieszyć się z synergii dwóch elementów. Przede wszystkim nie trzeba wybierać, wręcz przeciwnie – zapewne wszyscy nasi sojusznicy oraz kwatera główna NATO z wielką przyjemnością widzieliby postępy we wzmacnianiu Polski i odwrotnie. Siła NATO leży właśnie w uzupełnianiu się w przestrzeniach krajowych i sojuszniczych, a nie ich zastępowaniu czy też jakiejś formie konkurencji. To ostatnie może być wyzwaniem jeśli chodzi o przyszłość relacji NATO-UE w zakresie bezpieczeństwa i obronności, ale z nastawieniem na słowo „może”. Gdyż obecnie to właśnie NATO oferuje efektywny i istniejący model działania, a w przestrzeni europejskiej od 1950 r. (idea EWO) toczą się nadal niejako prace koncepcyjne.

Przy czym wysoce realną wartość geostrategiczną przynależności do NATO mogliśmy ustalić w Polsce i naszym regionie niejako z autopsji w 2014 r. To wówczas Rosja napadła na sąsiednią Ukrainę i do dziś okupuje część terytorium tego suwerennego państwa, nie zapominając o groźbach kolejnej inwazji (z końca 2021 r.). W kontekście wspomnianego kryzysu dało się dobrze zauważyć konkretne działania w ramach NATO, mające na celu zwiększenie możliwości do działania w naszym regionie. Począwszy od czasowego zwiększenia liczebności maszyn operujących w ramach Air Policing Bałtyk, aż po późniejsze budowanie batalionowych grup bojowych w ramach wzmocnionej Wysuniętej Obecności (eFP).

Dziś należy śmiało stwierdzić, że obecność eFP oraz wartość tej inicjatywy natowskiej jest niestety zbyt mało doceniana i nagłaśniana, co ciekawe nawet w debacie w naszym kraju. A przecież to Szczyt w Warszawie nakreślił ważne dla przeobrażania NATO kierunki rozwoju. Być może dzieje się tak dlatego, że ponownie niejako liczbowo nie pasują osiągnięcia eFP do wartości w zakresie umownych tabel z Excela. Jeśli chodzi o zwykłe zestawianie i późniejsze obrazowanie liczby czołgów, żołnierzy, etc. Jednakowoż, w samej tylko Polsce pojawiła się grupa z państwem ramowym jakim są Stany Zjednoczone, a także Wielką Brytanią, Rumunią i Chorwacją. Wszyscy ci sojusznicy nie wysyłają przecież żołnierzy bez własnej refleksji strategicznej i operacyjnej, odnoszącej się do rejonu działania. Tak samo, jak nie robi tego Polska w przypadku obecności wojskowej w Łotwie.

Stąd też należy zaakcentować, że eFP jest podbudowana natowską i krajowymi formami analiz zasobów własnych oraz potencjalnego agresora. O czymś takim nawet nie mogliśmy myśleć, gdy wchodziliśmy do NATO i następowały kolejne rozszerzenia w naszym regionie. Dziś zapewnienia polityczne pokrywają się z decyzjami polityczno-wojskowymi i dalszą pracą w ramach NATO. Kolejne rotacje przynoszą ważne sygnały z zakresu interoperacyjności, potrzeb w zakresie zmian doktrynalnych czy też w elementach uzbrojenia. Nie bez przyczyny, obecność NATO (w tym amerykańska) w naszym regionie stała się kanwą do szerszej debaty nad zdolnościami do rozwoju systemów VSHORAD i wzmacniania obrony powietrznej na niższych pułapach dla manewrujących komponentów sił krajowych i w ramach działań sojuszniczych. Nie mówiąc o roli artylerii rakietowej, itp. problemach dla różnych państw NATO, które muszą modernizować własne siły zbrojne.
To cenna lekcja, ale jej jakość poznajemy nie w jednym momencie, tylko w sytuacji analizy pewnych procesów długofalowych. Spójrzmy, że tak mało uwagi w przestrzeni narracji odnoszących się do krytyki NATO mówi się o kwestii zmiany podejścia do kwestii testowania i usprawnienia transportu w obrębie przestrzeni transatlantyckiej, w tym w relacji z UE. Jak już pojawiają się głosy, że jest to wielki problem, a NATO nie potrafi sobie z nim poradzić.
Jednak, chociażby Amerykanie ćwiczą przerzuty sił wsparcia do Polski, Grecji, ale też rozwijając wykorzystanie modernizowanej infrastruktury istniejącej np. w Niderlandach czy Niemczech. Ci sami Amerykanie wznowili funkcjonowanie struktury V Korpus US Army, dedykowanego Europie. Żeby obraz był pełniejszy, wspomniana korelacja starań NATO-UE uwidoczniła się chociażby przez dołączenie Stanów Zjednoczonych, Kanady oraz Norwegii do unijnego projektu w ramach PESCO i odnoszącego się do poprawy mobilności wojskowej na kontynencie europejskim. Analogicznie do mobilności, skromnie lub w ogóle nie są akcentowane efekty rozwoju zdolności ISR (rozpoznania, nadzoru i wywiadu) NATO.

Przykładem tego jest rozbudowa floty platform bezzałogowych RQ-4D „Phoenix”, nie wspominając o tym, że jakoś do porządku dziennego przeszliśmy nad zasobami natowskimi w zakresie AWACS-ów. Jakoś tak do argumentacji krytykujących NATO nie przebijają się doświadczenia z działania Strategic Airlift Capability (SAC), etc. Znów koncentrując się na tabelowych zestawieniach ilościowych, nie widząc zmian jakościowych względem potencjalnego agresora, który co by nie mówić jest obrazowany najczęściej w bardzo pozytywnych barwach. Od, swego czasu nieprzeniknionej i złowrogiej bańki antydostępowej A2/AD, aż po zdolność do wręcz systemowego zaskoczenia NATO. Tak jakby strona natowska nadal mentalnie pozostawała w niebezpiecznych oparach dywidendy pokoju (co oczywiście miało miejsce, ale to już historia).

Chciałoby się stwierdzić, że w takim przypadku o Rosji (ale też coraz częściej Chinach) można mówić jedynie w kategoriach modernizacji i przebiegłości działań, a o NATO w kategoriach ociężałego systemu, osadzonego w realiach lat 90-tych XX w. Takie ujęcie pasuje jednak najlepiej do wszelkich alarmistycznych i mocno apokaliptycznych diagnoz rzeczywistości. Jest bowiem pozbawiane wszelkich szarości, występujących zarówno w rosyjskich siłach zbrojnych, jak i siłach zbrojnych państw należących do NATO. Przy czym, NATO ma jedną wielką przewagę w zakresie właśnie sedna rozumienia relacji sojuszniczych – możliwość agregacji siły wielu podmiotów, o zróżnicowanych zasobach. Szczególnie, gdy w grę wchodzi zwiększanie się skali interoperacyjności poprzez doświadczenia wyniesione z prac analityków, planistów, ale przede wszystkim oficerów mogących przetestować się w wymiarze poligonowym. Zaś interoperacyjność jest osiągana zarówno poprzez rozumienie obecnych potrzeb, ale też wyciąganie wniosków np. z ISAF-u (lessons learned).

Nie wolno zapomnieć, że pojawienie się żołnierzy w grupach międzynarodowych to również doskonała okazja do rotacyjnego zapoznawania się z potrzebami interoperacyjności coraz to większego grona żołnierzy i oficerów różnych szczebli. Wobec czego warto przypomnieć ile kontrowersji budziło słowo „rotacje” w naszych debatach o wzmocnieniu flanki wschodniej NATO. Bez zauważenia, że właśnie dzięki tej rotacyjności wiele państw jest w stanie przetestować swoje możliwości wystawiania kolejnych nowych kontyngentów, a skala przygotowania żołnierzy do potencjalnego działania sojuszniczego na flance jest również wyższa. To także testowanie współdziałania z krajowymi siłami zbrojnymi. Czyli można śmiało powiedzieć, że krytykowanie skali zaangażowania jedynie z perspektywy krytyki ilościowej przesłania całe spektrum pozytywnych aspektów rozwoju nie tylko eFP.

Spójrzmy, że za zasłoną jakże łatwych narracji o „katastrofalnym stanie sił zbrojnych Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, (…)”, w każdym z państw widzimy zmiany planistyczne i modernizacyjne, wyrażone w konkretnych działaniach. Jakoś nie pasują do apokaliptycznych narracji słowa wygłoszone przez generała Thierryego Burkharda o potrzebie wzmocnienia sił lądowych i prowadzenia manewrów na dużą skalę przez Francję. Nie pasują też rozważania strategiczne w Wielkiej Brytanii, połączone z planami prowadzenia ćwiczeń w rozrzuceniu sił RAF w kraju, tak aby były mniej podatne na uderzenia w konflikcie pełnoskalowym. Nie pasują też zapisy umowy koalicyjnej partii rządzących w Niemczech, które zakładają utrzymanie floty samolotów bojowych o podwójnym przeznaczeniu DCA. Dostrzegana jest w ostatnim czasie, w przestrzeni debaty o kwestiach oceny NATO jako całości, łatwość w wycinkowym obrazowaniu sił zbrojnych państw natowskich w zestawieniu z często dość optymistycznymi analizami możliwości przede wszystkim strony rosyjskiej. Świetnie to oddaje widzenie chociażby rosyjskich zasobów WRE, bez rozdzielania komponentów lądowych i lotniczych. Generalnie, niestety z różnych powodów przyjmowana jest częstokroć zasada zero-jeden przy ocenie możliwości potencjałów obronnych państw w Europie. Czy jednak to właśnie nie w Polsce powinniśmy najlepiej rozumieć, że nie ma łatwych diagnoz jeśli chodzi o całościowy obraz jakichkolwiek sił zbrojnych, to tak tylko retorycznie można zapytać.

Wracając do samych sił w ramach eFP to oprócz tego, że nastąpiło zwiększenie zdolności w zakresie obrony (w ograniczonej skali), to nie zapominajmy, że przede wszystkim o wiele bardziej uwypuklony został element odstraszania. Odstraszania mającego na celu zniechęcenie potencjalnego agresora do użycia siły przeciwko przestrzeni chronionej przez system więzów sojuszniczych. Poprzez potrzebę brania pod uwagę, że jego uderzenie (nawet w jakimś stopniu punktowe i selektywne) byłoby związane z zagrożeniem dla kontyngentów różnych państw należących do jednego sojuszu obronnego. Tego zaś nie dałoby się ukryć pod żadnym formatem „zielonych ludzików”. Można pokusić się o dygresję, że zbyt często w obecnych analizach uwaga jest skupiona jedynie na segmencie obrony po zaistnieniu już starcia orężnego, a mniej lub zupełnie nie dąży się do uwypuklenia roli odstraszania. Szczególnie, że jest ono niejako pojęciowo spychane jedynie do wysoce zawężonej kategorii odstraszania atomowego.
Odstraszanie to natomiast pojęcie o wiele szersze, bazujące w dodatku na analizach polityczno-wojskowych po stronie potencjalnego agresora. Powiedzmy szczerze, Rosja nie akcentowałaby krytyki zwiększonej obecności NATO na flance wschodniej, gdyby nie była ona realnym elementem odstraszania. Jak już nawet przechodzimy do analizy z pozycji czysto realistycznych, to przecież dla Kremla tych umownie „kilku” żołnierzy z innych państw NATO przy całej statystycznej potędze sił Zachodniego Okręgu (wzmocnionych innymi) powinno być zbagatelizowanych. Zaś jednak cały czas swoiste odepchnięcie NATO do przestrzeni sprzed 1997/1999 jest traktowane jako priorytet. Warto czasami spojrzeć na rosyjskie przesłanie ukryte pomiędzy wierszami.
Rzeczywiście również do Europy ponownie zawitały problemy stricte militarne, o dość szerokim spektrum oddziaływania na nasze bezpieczeństwo. Począwszy od podstawowego elementu destabilizującego sytuację regionalną czyli agresywnej polityki Rosji, aż po nieklasyczne formy zagrożeń (działania podprogowe, działania w nowych domenach prowadzenia operacji i aktywności wojskowej, działania aktorów niepaństwowych). Przy czym, mowa o całym kontynencie, albowiem nie chodzi tylko o zawężone postrzeganie problemu jedynie przez pryzmat słynnej koncepcji „przesmyku suwalskiego” czy nawet ujęcia całej wschodniej flanki NATO lecz raczej nowego, wysoce elastycznego pod względem myślenia strategicznego podejścia bazującego na perspektywie 360 stopni. Lecz to właśnie NATO wykazuje się elastycznością w transformacji własnych zasobów oraz wspierania transformacji w państwach członkowskich. Twarde zestawienia czołgów nie mogą obrazować chociażby dorobku różnych Centrów Doskonalenia NATO (CoE NATO).

Gdzie przykładem jest wielka praca w zakresie chociażby odporności w dziedzinie informacyjnej po stronie osadzonego w Łotwie Centrum Komunikacji Strategicznej. Trochę przewrotnie można uznać, że tam, gdzie ocenia się zasoby rosyjskie i możliwości tego państwa to z wielką łatwością akcentowane są kwestie miękkich zdolności, ale po umownej stronie natowskiej ponownie pomija się tego rodzaju mozolną pracę i osiągnięcia. A wystarczy spojrzeć na efekty w kontekście narracji wokół kolejnych manewrów rosyjskich i ich bezpośrednich sojuszników ZAPAD. Najpierw w państwach natowskich mogliśmy zauważyć wręcz oznaki strachu, odpowiednio wzmacniane przez samych Rosjan, którym było to na rękę. Dziś już sytuacja jest diametralnie bardziej ustabilizowana i reakcje mają charakter wyważony.

Poszukując jakże kuszących medialnie i być może nawet politycznie alternatyw dla NATO, nie należy zapominać o podstawowym fakcie w ocenie tego podejścia do problematyki obronności. To właśnie wspomniany transatlantycki sojusz obronny istnieje bez przerwy od 1949 r., istnieją jego struktury i zasoby. Zaś sam okres funkcjonowania jest najlepszym dowodem na sprawne działanie w podstawowym aspekcie działania NATO czyli obronie państw członkowskich. Takie postawienie sprawy nie oznacza oczywiście negowania potrzeby pracy nad poprawą NATO jako struktury, która jak wszystko w zakresie współczesnej obronności musi się transformować i dostosowywać do zmieniającego się świata.

Mowa o działaniach w wymiarze aktywności poniżej progu artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego czy też wchodzeniu na płaszczyznę dynamicznej rywalizacji o jak najlepsze rozwiązania odnoszące się do nowych przełomowych technologii (EDTs). Jednakże, jednorazowe, swego rodzaju „medialne i polityczne rozwiązywanie NATO” jest grą wysoce ryzykowną i co by nie mówić szkodzącą przestrzeni bezpieczeństwa przede wszystkim w Europie Wschodniej i Środkowej. Lecz, patrząc na krótki okres samodzielności amerykańskiej w Iraku w 2003 roku, czego symbolem jest operacja pk. Iracka Wolność, zapewne także Stany Zjednoczone są już dalekie od widzenia swoich możliwości jako elementu swoistej autarkii strategicznej.

Tak czy inaczej, z wizją tworzenia elastycznych form działania (koalicje chętnych, nowe i „lepsze” struktury w miejsce NATO, etc.) czy też uznawania prymatu możliwości narodowych można uszkodzić sprawne narzędzie natowskie, w dodatku nie uzyskując de facto nic w zmian, no może oprócz niestabilności. Trzeba przyznać jedno, wszelkie łatwe i proste koncepcje opierające się na myśleniu pozantaowskim lub wprost kontr-natowskim, tak częstokroć efektowne jeśli chodzi o wymiar narracyjny, będą rozbijały się o podstawowe etapy realizacji długofalowego odstraszania i obrony. Na mapach można bowiem kreślić zaawansowane plany kooperacji, ale do tego należy dodać sprawdzone rozwiązania planistyczne, zaplecze instytucjonalne, a nawet sferę pewnych, ugruntowanych wartości (leżące u podstaw kreowania się sojuszy i realcji sojuszniczych). Co by nie mówić o NATO, to nie tylko w ostatnim okresie (po 2014 r.) akurat ten sojusz obronny ma to wszystko, co powinno charakteryzować sojusz obronny. W tym także, element bliskości Polski i innych członków NATO w Europie.

Stąd też tak kluczowe jest dla nas rozumienie się z partnerami niemieckimi, francuskimi, włoskimi, brytyjskimi, rumuńskimi, itd. Nie zapominając o jeszcze jednym ważnym aspekcie NATO – zdolności do przechodzenia przez trudne momenty w swojej historii. Przecież, to nie tylko dziś pojawiają się głosy sprawdzające NATO do formy „geostrategicznej wydmuszki” czy też sojuszu skazanego na porażkę. Ile to raz również dzielono interesy państw z Ameryki Północnej i tych z Europy. Jednak za każdym razem jakoś, w tym jak kto woli być może ułomnym formacie polityczno-wojskowym, udawało się wypełnić finalny cel w postaci uniknięcia zbrojnej napaści na kraj członkowski NATO. W dodatku NATO potrafiło się rozszerzyć i jednocześnie wypracować nowe narzędzia w relacji ze swoimi nowymi członkami, niezależnie czy mowa o naszym regionie czy też Bałkanach. Co więcej, nikt w NATO nie spoczywa na laurach i cały czas ten żywy organizm pokazuje wolę poszukiwania nowych możliwości, przy zachowaniu podstawowych cech obronnych i odstraszania.

Podsumowując, można jedynie uznać, że w obecnych warunkach Polska powinna być państwem stale zainteresowanym wzmacnianiem obecności w NATO i wzmacnianiem NATO jako całościowej struktury dostosowanej do formatuy 360 stopni. Zaś wszelkie poszukiwania autonomii strategicznej i zrywania, jak to pojawia się w niektórych przekazach narracyjnych „skostniałych zasad”, na rzecz wyłącznie własnego potencjału, stanowią dość niebezpieczną grę w trudnym okresie. Szczególnie, że jak należy wskazać raz jeszcze, rozbudowa własnego potencjału militarnego oraz odporności kraju członkowskiego jest elementem konstytuującym NATO od założenia sojuszu w 1949 r. Nawet jeśli chodzi o kwestie poza wojskowe, czego świetnym przykładem jest NATO Civil Emergency Planning (CEP). Nic nie stoi więc na przeszkodzie, żeby modernizować własne siły zbrojne, inwestować w system obrony powszechnej, itd. NATO jest filarem, który może to jedynie ułatwiać, a także być może takim elementem, który będzie sprzyjał większej refleksji. Szczególnie, w momentach, gdy należy wykonać wielokrotnie bardzo trudną i wymagającą pracę w zakresie działań dyplomatyczno-politycznych w ramach Rady Północnoatlantyckiej (NAC). Może więc warto, szukając łatwych diagnoz odnośnie obronności nie szukać problemów w strukturze NATO, a także sojuszników, zaś skupić się na polskich zdolnościach w ramach Sojuszu.

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!