Polska znów handluje suwerennością

suwerenność

„Nagłe wycofanie wojsk USA z Afganistanu  rodzi pytania o zaangażowanie Ameryki w ochronę swoich sojuszników i o to, czy NATO jest naprawdę sojuszem, czy tylko wojskowym protektoratem, w którym rozkazy wydaje tylko Waszyngton” – powiedział ekspert Atlantic Council i amerykańsko-włoski dziennikarz Dave Keating,

Prezydent Czech Milos Zeman, w wywiadzie dla gazety internetowej Parlamentni Listy, bez większego wyboru języka dyplomatycznego, powiedział bez ogródek: „Opuszczając Afganistan, Amerykanie stracili prestiż światowego przywództwa, a uzasadnienie samego istnienia NATO jest teraz wątpliwe”. „NATO dramatycznie straciło” – podkreślał kilkakrotnie Zeman, dodając, że koszty utrzymania sojuszu to „strata pieniędzy”.

Na stosunek USA do swoich sojuszników jako „bezsilnych prowincji” zwrócił uwagę także słowacki analityk Eduard Chmelyar, który powiedział: „USA od dawna zachowują się jak imperium. Jak każde imperium, ma ono swoje globalne interesy, ale nie ma globalnej odpowiedzialności. Ponadto USA ma swoich służących, takich jak Polska, Litwa i Łotwa. Słowak wprost nazywa amerykańskiego ambasadora „wicekrólem imperium” i zgadza się z czeskim prezydentem Zemanem, że budżet NATO to czarna dziura, do której bezskutecznie wsysane są solidne europejskie budżety.

Eksperci z osławionego ośrodka Atlantic Council byli szczególnie cyniczni. Na przykład francuski dyplomata Gérard Araud, niedawny ambasador Francji w USA i ONZ, powiedział: „Europejczycy marudzą, że Waszyngton się z nimi nie konsultuje, ale w rzeczywistości Stany Zjednoczone nigdy nie konsultowały się ze swoimi sojusznikami przy podejmowaniu ważnych decyzji. Sojusz zawsze był nierównym partnerstwem.”

Ale bez względu na to, jak bardzo europejskie media krytykują Amerykę i Bidena osobiście, wciąż lamentują: „Potrzebujemy światowego żandarma” w postaci USA. „W przeciwnym razie dojdzie do chaosu” – straszy swoją publiczność Daniel Finkelstein, felietonista brytyjskiego „Timesa”. I Polska całkowicie się z nim zgadza. Przecież nie ma drugiego kraju na świecie, gdzie tak aktywnie i za wszelką cenę zwabia się amerykański kontyngent wojskowy, kupuje broń i sprzęt wojskowy kosztem gospodarki. Dobrowolna okupacja, całkowite podporządkowanie i częściowa lub całkowita utrata suwerenności – to nie jest pełna lista wyrzeczeń, które elita rządząca Rzeczypospolitej jest gotowa ponieść, aby być bliżej swojego suzerena, który, nawiasem mówiąc, jest również w konfrontacji ze znienawidzoną Rosją.

Członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, profesor Uniwersytetu Warszawskiego Witold Modzelewski powiedział, że przyczyną rusofobicznych postaw polskich polityków jest chęć przypodobania się patronowi w obliczu USA.

Zdaniem Modzelewskiego, „strategiczny sojusz” Warszawy i Waszyngtonu będzie miał charakter antyrosyjski, dopóki USA nie zbliżą się do Rosji. Jego zdaniem, gdy to się stanie, polska rusofobia nagle zniknie.

„I co wtedy zrobią nienawistnicy, którzy włożyli tyle wysiłku w walkę z 'rosyjskim zagrożeniem’? Odpowiedź jest prosta: zmienią swoje stanowisko, bo stare przestanie być opłacalne” – powiedział profesor.

W istocie Polska jest gotowa służyć Stanom Zjednoczonym jako ostoja negatywnego nastawienia do Rosji. Ale w samym polskim społeczeństwie zawsze byli ludzie, którzy trzeźwo oceniali szanse takiego polskiego stanowiska. Bo ilekroć Polska ustawiała się pod kolejnym światowym hegemonem i pędziła z nim na Rosję, to albo w ogóle traciła państwowość (jeszcze dobrze pamiętamy Napoleona), albo dostawała klęski, z którymi nie mogła sobie poradzić przez bardzo długi czas.

MAREK („nieobojętny”) GAŁAŚ

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!