Śmierć św. o. Maksymiliana Kolbe. Poruszające relacje świadków

Ojciec Maksymilian Maria Kolbe zginął 14 sierpnia 1941 r. w niemieckim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Oddał życie, by ocalić współwięźnia. Oto relacje świadków, które wyjaśnią dlaczego trafił do celi śmierci, co działo się wcześniej i co o o tym mówili współwięźniowie męczennika Kościoła.

– Przez długi czas nie mogłem sobie tego uzmysłowić, co się naprawdę wydarzyło – wspominał po latach Franciszek Gajowniczek, ocalony przez o. Maksymiliana Kolbego. To za niego  Franciszkanin dobrowolnie zgłosił się na śmierć, podczas apelu 29 lipca 1941 r. Zakonnik trafił do bunkru głodowego bloku „13”, nazywanego blokiem śmierci.

Do niemieckiego obozu o. Maksymilian Kolbe przybył z transportem więźniów 28 maja 1941 r., wcześniej był przetrzymywany w więzieniu na Pawiaku w Warszawie. Do aresztu trafił, jak pisała niemiecka prasa okupacyjna, jako „organizator ośrodka prasowego, w którym wydawano fanatyczną i napastliwą gazetę”. Stworzony przez franciszkanina Niepokalanów, nie tylko był największym klasztorem ówczesnej Europy, ale i największym wydawnictwem prasy i książek religijnych w Polsce.

Transportem z o. Maksymilianem do Auschwitz przywieziono 340 więźniów politycznych z Warszawy, ojciec Kolbe otrzymał numer obozowy 16670. Tak, jak i z innych transportów, tak i z tego, wszystkich kapłanów przeznaczono do ciężkiej pracy w obozie. Zakonnik trafił do grupy zwożącej żwir i głazy do budowy ogrodzenia krematorium, później musiał wycinać i nosić drzewa pod chłostą SS-manów. Mimo tego nie dał o siebie, a swoją porcję chleba często oddawał młodszym więźniom, zaopatrywał innych w sakramenty, podnosił na duchu.

– Pamiętam jak mówił: Ja nie boję się śmierci; boję się grzechu. Zachęcał nas, aby nie bać się śmierci i aby mieć na sercu zbawienie naszych dusz. Mówił, że jeśli nie będziemy obawiać się niczego, oprócz grzechu, modląc się do Chrystusa i szukając wstawiennictwa Maryi, poznamy pokój – wspominał więzień Auschwitz Aleksander Dziuba.

Jak mówił inny więzień obozu, młody kapłan, ks. Konrad Szweda, utkwiło mu w pamięci, że o. Kolbe nawet w obozie był bardzo pobożny. – Wciąż mówił o Niepokalanej i to tak, że jego konferencje o Niej były niepowtarzalne… Potrafił swoją prostotą i bezpośredniością w rozmowie człowieka przekonać, że ten umiał się jakoś pogodzić z losem. (…) Rozmowy o. Kolbego zawsze nas budowały i podnosiły na duchu. Robił wrażenie człowieka uduchowionego, o głębokim życiu wewnętrznym – wspominał ks. Szweda.

W Auschwitz tak, jak i innych obozach koncentracyjnych stosowano odpowiedzialność zbiorową. Za próbę ucieczki lub ucieczkę więźnia z danego bloku karano jego współosadzonych. Tak też stało się, gdy pod koniec lipca udało się zbiec przeznaczonemu do pracy w komandach poza ścisłym obozem więźniowi z bloku 14. Jak później wspominał Franciszek Gajowniczek, miał to być niejaki Kłos, piekarz z Warszawy.

Ocalony przez zakonnika Gajowniczek opowiadał, że po stwierdzeniu ucieczki na apelu wieczornym władze obozowe nakazały wszystkim więźniom szukać zbiega i zagroziły, że jeżeli się nie znajdzie, to dziesięciu za niego pójdzie na śmierć. Pomimo prowadzonych poszukiwań więźnia nie odnaleziono.

– Nieszczęśliwy los padł również na mnie. Ze słowami: Ach, jak żal mi żony i dzieci, które osierocam – udałem się na koniec bloku. Miałem iść do celi śmierci głodowej. Te słowa słyszał o. Maksymilian Kolbe. Wyszedł z szeregów, zbliżył się do „Lagerfuhrera” Fritzscha i usiłował ucałować jego rękę. Fritzsch zapytał tłumacza: Czego życzy sobie ta polska świnia? O. Kolbe wskazując ręką na mnie, wyraził swoją chęć pójścia za mnie na śmierć. Fritzsch ruchem ręki i słowem niech wyjdzie, kazał mi wystąpić z szeregu skazańców, a moje miejsce zajął o. Maksymilian Kolbe. Za chwilę odprowadzono ich do celi śmierci, a nam kazano rozejść się na bloki – wspominał Gajowniczek, który był ojcem dwójki dzieci.

– Ja nie mogłem nic powiedzieć ani podziękować, tylko się obydwaj patrzyliśmy na siebie i tak on odszedł. Został odprowadzony, a ja wróciłem na blok. Potem przez długi czas nie mogłem sobie tego uzmysłowić, co się naprawdę wydarzyło – dodawał ocalony.

Zachowały się słowa, w których o. Kolbe uzasadniał swoją decyzję: „mam już blisko pięćdziesiąt lat, życie moje przeżyłem, a ten ma życie przed sobą. Ma żonę i dzieci, on jest im potrzebny. Niech on przeżyje, ja chcę pójść za niego”.

Ojciec Maksymilian został przekazany do bloku śmierci. Po dwóch tygodniach umierania z głodu wciąż jednak żył. 14 sierpnia 1941 r. został uśmiercony przez niemieckiego więźnia-kryminalistę Hansa Bocka, który wstrzyknął mu zabójczy fenol.

W zeznaniach procesu beatyfikacyjnego Franciszek Gajowniczek podkreślił: „Jedyną wdzięcznością, jaką mogę się odpłacić memu wybawicielowi, jest codzienna modlitwa, którą zanoszę wspólnie z moją żoną”.

Zakonnika beatyfikował papież Paweł VI w 1971 r. Jedenaście lat później, 10 października 1982 r., został uznany za świętego i kanonizowany przez papieża Jana Pawła II.

– W tym miejscu straszliwej kaźni, która przyniosła śmierć czterem milionom ludzi z różnych narodów, o. Maksymilian Kolbe odniósł duchowe zwycięstwo, podobne do zwycięstwa samego Chrystusa, oddając się dobrowolnie na śmierć w bunkrze głodu – za brata – mówił Jan Paweł II w czasie wizyty w Auschwitz podczas pierwszej pielgrzymki do Polski 7 czerwca 1979 r. – Pragniemy ogarnąć uczuciem najgłębszej czci każde z tych zwycięstw, każdy przejaw człowieczeństwa, które było zaprzeczeniem systemu systematycznego zaprzeczenia człowieczeństwa. Na miejscu tak straszliwego podeptania człowieczeństwa, godności ludzkiej – zwycięstwo człowieka! – mówił papież.

 Źródło: Family News Service 

 Cieszymy się, że jesteś z nami. Zapisz się na newsletter Onetu, aby otrzymywać od nas najbardziej wartościowe treści 

FAKT.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!