Tam umierają samoloty. Cmentarzysko w USA. Skąd przylecą do Polski C-130

Skąd przylecą do Polski C-130

To jedyny miejsce na świecie, gdzie zgromadzono tyle samolotów wojskowych. Rząd za rzędem ciągną się po horyzont. Razem jest ich tyle, że w teorii są drugim lotnictwem wojskowym świata. To mekka miłośników lotnictwa – Tucson w amerykańskim stanie Arizona. Mieści się tam wielkie cmentarzysko samolotów wojska USA. Polska uratuje kilka z nich.

Większość samolotów przylatuje do Tucson definitywnie skończyć swoją karierę. Część ma jednak przez pewien czas uniknąć pił i palników. Choć są bowiem stare, to nadal mogą być użyteczne dla mniej wymagających „klientów”. Takim jest polskie wojsko, które chce wyciągnąć z cmentarzyska pięć samolotów transportowych C-130 Herkules. Władze USA już formalnie ogłosiły, że zgodziły się na ich przekazanie. MON tego jednak oficjalnie jeszcze nie ogłosił.

Nasi lotnicy byli już na miejscu oglądać i wybierać. Interesują nas bowiem konkretnie C-130 w wersji H, czyli tej produkowanej od połowy lat 70. do końca XX wieku. Na składowisku w Tucson jest ich obecnie niemal 70. Trzeba wybrać możliwie najlepsze. Zwłaszcza, że nie jesteśmy jedyni. Starymi, ale nadal przydatnymi C-130H, interesuje się też kilka innych państw.

Herkulesy mają trafić do Polski w ramach programu EDA (Excess Defense Articles), którego istotą jest przekazywanie sojusznikom nadmiaru zbędnego sprzętu wojska USA. Klient musi tylko zapłacić za jego doprowadzenie do użyteczności. Na tej zasadzie dekadę temu do Polski trafiło pięć obecnie wykorzystywanych C-130E, pamiętających wojnę w Wietnamie. Na naprawdę nowe samoloty tej klasy nie mamy pieniędzy, więc musimy się ratować tymi „pustynnymi”.

To przykład na jedną z podstawowych funkcji cmentarzyska. Nazwa wskazywałaby co innego, ale jego zadaniem nie jest ciąć stare samoloty na złom. Jego głównym zadaniem jest recykling, wydobycie jak największej wartości z tego, co wojsko uznało za zbędne. Jest to robione na kilka sposobów. Bardzo duże znaczenie ma przy tym miejsce, w którym utworzono cmentarzysko.

Tucson to miasto położone w rozległej dolinie tuż przy granicy z Meksykiem. Okolica jest górzysta i pustynna. Słynie między innymi z olbrzymich kaktusów, osiągających wiele metrów wysokości. Pada tam bardzo rzadko. Klimat jest suchy. Rzadko występują silniejsze wiatry. Ziemia, kiedy jest wyschnięta, czyli właściwie cały rok, jest bardzo twarda. Na dodatek ma zasadowy odczyn.

Wszystko to sprawia, że gdyby chcieć przechowywać coś z metalu pod gołym niebem, trudno o lepsze miejsce niż Tucson. Zjawisko korozji postępuje tutaj bardzo, ale to bardzo powoli. Dodatkowo jest bardzo dużo płaskiego i naturalnie utwardzonego terenu. Nie trzeba budować żadnych betonowych dróg do kołowania i postoju. Natura zapewniła Amerykanom pełen serwis.

Z tego powodu położona na przedmieściach Tucson baza Davis-Monthan, tuż po II wojnie światowej, została wyznaczona do przechowywania zbędnych samolotów. Rozpędzony amerykański przemysł wyprodukował ich podczas wojny ponad 300 tysięcy. Kiedy się skończyła, nie było co zrobić z większością z nich. Wiele lotnisk w USA zostało zawalonych nowymi i nowoczesnymi maszynami, które nikomu nie były już potrzebne. Do Davis-Monthan wysyłano bombowce B-29 oraz transportowce C-47. Kilkaset maszyn rozstawiono na płaskim terenie w pobliżu pasa startowego.

Wraz z nastaniem zimnej wojny produkcja samolotów wojskowych znów urosła. Jednocześnie miał jednak miejsce gwałtowny postęp techniczny, wobec czego produkowane tysiącami maszyny były przestarzałe w ciągu dekady. Składowisko pod Tucson puchło. Swój maksymalny rozmiar osiągnęło w połowie lat 70., po zakończeniu wojny w Wietnamie. Na pustyni stało wówczas sześć tysięcy maszyn.

Dzisiaj jest ich już mniej, choć nadal bardzo dużo. Około 4,4 tysiąca. W ramach reform i optymalizacji wydatków, cmentarzysko w Tucson jest obecnie jedynym tego rodzaju składowiskiem w USA. Trafiają tam wszystkie zbędne maszyny latające posiadane przez państwo amerykańskie. Gwoli ścisłości nie chodzi bowiem tylko o samoloty. Są tam również śmigłowce, drony i rakiety. Zdecydowanie najliczniejsze są jednak samoloty. Szczyt listy okupują maszyny, które nadal służą w wojsku USA. F-16 jest 383. C-130 311. Do tego 163 F-15 i 105 F-18. Na papierze to potężna siła. To wszystko są jednak maszyny starych wersji, sięgających korzeniami zimnej wojny. Dodatkowo zużyte.

Wszystkie 4,4 tysiąca maszyn na cmentarzysku jest podzielonych na cztery kategorie. W pierwszej są takie, które trafiły do Davis-Monthan jedynie na stosunkowo krótkie przetrzymanie. Na przykład na czas przygotowania procesu modernizacji. W drugiej są takie, które są utrzymywane w gotowości do ewentualnego przywrócenia do lotów. Na przykład na wypadek wojny, gdyby USA nagle potrzebowały zastrzyku jakichkolwiek maszyn. Mogą też posłużyć mniej zasobnym państwom. Na przykład Polsce. Mogą też zostać przebudowane na latające cele, tak jak jest obecnie robione z F-16. 210 najstarszych ma stać się zdalnie sterowanymi QF-16. Pierwszy zestrzelono podczas ćwiczeń w 2017 roku.

Trzecia kategoria to takie, które już nigdy nie polecą i służą jako źródło części zamiennych. Ta jest najliczniejsza. Wiele maszyn ciągle wykorzystywanych przez wojsko USA i szereg innych państw na świecie było produkowanych na przestrzeni dekad. Dodatkowo nawet ich zmodernizowane warianty mają wiele elementów wspólnych ze starszymi wersjami. W efekcie stare i zużyte maszyny mogą być ciągle cenne. Na przykład w 2017 roku awaryjnie wykręcano ze składowanych pod Tucson kilkudziesięciu ciężkich transportowców C-5 Galaxy, elementy przedniego podwozia. Okazało się bowiem, że wiele zmodernizowanych C-5M Galaxy, ma je wadliwe. Wytworzenie nowych byłoby bardzo drogim przedsięwzięciem, bo trzeba by wznowić produkcję skończoną lata temu. Te z cmentarzyska były prawie za darmo i umożliwiły szybkie usprawnienie floty najcięższych latających transportowców USA.

Ostatnia kategoria samolotów składowanych pod Tucson to takie, które czekają na swój ostateczny koniec, czyli złomowanie. Kiedy już naprawdę, naprawdę nie da się z nich nic więcej wydobyć, są sprzedawane prywatnym firmom, które działają na obrzeżach cmentarzyska. Samoloty i śmigłowce to w większości wysokiej jakości aluminium, kilometry kabli i elementy z rzadkich materiałów, jak na przykład tytan. Złom z cmentarzyska jest więc dobrym interesem. Zarządzająca nim 309. Aerospace Maintenance and Regeneration Group twierdzi, że za każdego dolara wydanego na jej utrzymanie, w zamian podatnicy otrzymują 11 dolarów w częściach zamiennych i złomie.

Na cmentarzysko trafiały i trafiają też maszyny unikalne. Pojedyncze egzemplarze takich, które kupiono za granicą do testów, które różnymi sposobami „pozyskano” z krajów wrogich podczas zimnej wojny, czy takie, które nie wyszły poza fazę eksperymentów i prób. Wiele z nich uniknęło palników i trafiło do znajdującego się za płotem bazy muzeum lotnictwa Pima. Dzięki cmentarzysku ma jedną z najbardziej imponujących kolekcji na świecie. Muzeum organizuje też wycieczki do bazy. Obecnie to jedyna możliwość dla cywili, by dostać się na cmentarzysko. Kiedyś swoje wycieczki organizowało jeszcze wojsko, ale zrezygnowano z nich. Niestety w ramach muzealnej wyprawy cywile nie mogą opuszczać autobusu, który ma na dodatek przyciemnione szyby utrudniające wykonywanie fotografii.

Pozostaje więc podziwiać cmentarzysko na zdjęciach i nagraniach wykonanych przez wojsko oraz wybranych cywili, wpuszczonych na specjalnych zasadach. Można jeszcze zajrzeć przez ciągnący się kilometrami płot. Nawet w ten sposób widok robi wrażenie. Rząd za rzędem samolotów i śmigłowców. Od tych wielkich po te małe. Wszystko ciągnące się po horyzont. Dla fanów lotnictwa, mających okazję odwiedzić Arizonę, przystanek obowiązkowy.

MACIEJ KUCHARCZYK, GAZETA.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*