Zamieszki made in USA

Fala protestów i zamieszek jaka przetacza się obecnie przez Stany Zjednoczone nie jest żadnym niespodziewanym, „antyamerykańskim” ekscesem lecz produktem systemu politycznego, ekonomicznego i społecznego USA.

Skala wystąpień ludności w USA, jakie trwają tam trzeci tydzień zaskoczyła część polskich komentatorów. Nie wiedzieć czemu. W amerykańskim  melting pot  od dawna wrzało i kipiało. To, że wykipiało w warunkach kryzysu epidemiologicznego i ekonomicznego nie powinno nikogo dziwić. Nie zaskakują natomiast polskie reakcje na te wystąpienie, które okazały się tak przewidywalne, że aż schematyczne.

Morderstwo George’a Floyda stało się detonatorem tak wielkiego wybuchu dzięki działaniu mediów społecznościowych. USA doświadczają ich siły w sposób w jaki doświadczyły ich państwa arabskie w 2011 r. gdy uliczne protesty, a potem wręcz rebelie podważyły stabilność państw na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Zaczynały się on zwykle od upubliczniania dramatycznych nagrań i skrzykiwania się właśnie za pośrednictwem Facebooka bądź Tweetera. W tym przypadku obraz jaki dotarł do ich amerykańskich użytkowników był niezwykle dramatyczny, wszak nagrano i opublikowano całą niemal scenę duszenia człowieka. Byłoby dziwnym gdyby w obecnych warunkach nie wywołało to jakiejś formy mobilizacji społecznej. Jednak, niestety, takie zdarzenia nie są w USA niczym szczególnie wyjątkowym. Tylko w tym roku policja zastrzeliła 429 osób. 88 ofiar stanowili czarnoskóry. W zeszłym roku ofiar amerykańskich policji było 1004. Było wśród nich 235 murzynów. Przy czym statystyka ta określa wyłącznie przypadki zaprotokołowanego użycia broni palnej przez funkcjonariuszy. Czarnoskórzy stanowią tylko 12,6 proc. mieszkańców USA, zatem w statystykach ofiar policji są nadreprezentowani. Jednak są znacznie nadreprezentowani także wśród sprawców przestępstw, w tym  tych najpoważniejszych. Według danych z 2013 r. czarnoskórzy obywatele stanowili 37 proc. wszystkich osadzonych w amerykańskich więzieniach. Według danych z 2010 r. murzyni popełniali zabójstwa siedmiokrotnie częściej niż biali, ale też sześciokrotnie częściej byli ich ofiarami. Społeczność ta jest więc w toksyczny sposób dotknięta kryminalnymi zjawiskami bardziej niż jakakolwiek inna grupa społeczna w USA.

Policjantom w USA wolno dużo, bardzo dużo. Mogą szybko i pod byle pretekstem stosować środki przymusu bezpośredniego, łącznie z tymi śmiercionośnymi. I często, jak widać, je stosują. Bardzo trudno natomiast pociągnąć w Stanach Zjednoczonych policjanta do odpowiedzialności za interwencje ze skutkiem śmiertelnym. Nawet wtedy, gdy okazuje się, że podjęte przez niego środki były zdecydowanym nadużyciem. Jednak wspomniana wyżej statystyka nie jest jak sądzę efektem wyjątkowego sadyzmu amerykańskich policjantów. Choć powszechne przekonanie o wysokim poziomie bezkarności policjantów może skłaniać ich do nadużywania przemocy, to funkcjonariusze nadużywają jej raczej ze strachu. Taka policja jest bowiem produktem liberalnego podejścia Amerykanów do broni. Amerykański policjant w kraju, w którym posiadanie broni jest jednym z fundamentalnych praw obywatelskich, gdzie nasycenie społeczeństwa bronią krótką jest najwyższe na świecie, przy każdej interwencji liczy się z jej użyciem przez ewentualnego podejrzanego. Trzyma więc rękę na swojej broni, a to w sytuacjach interwencji jest zawsze ryzykowne. W efekcie liberalny system korzeniami sięgający rebelianckiego źródła państwowości amerykańskiej założonej w toku zbrojnego buntu kolonistów przeciwko państwowej armii, a także anarchicznego Dzikiego Zachodu, obrósł już kulturą gloryfikującą posiadanie broni palnej.

Morderstwo Floyda wykraczało zresztą poza granice większości policyjnych nadużyć – ani zatrzymywany nie posiadał broni, ani nie użył jej nawet zatrzymujący. Nie mieliśmy też  do czynienia z żadną nagłą reakcją funkcjonariusza Dereka Chauvina, na nagłą akcję zatrzymywanego. Konsekwentnie dusił on człowieka wbrew alarmistycznym nawoływaniom przechodniów. Chauvin, obecnie oskarżony o zabójstwo drugiego stopnia, był wcześniej 18 razy zaskarżany za przekroczenie swoich uprawnień i dwa razy ukarany dyscyplinarnie. Trzy razy brał udział w strzelaninie. W jednej z nich zginął człowiek. Za dwie takie akcje Chauvin otrzymał odznaczenia. Bez względu na postać ofiary i jej zabójcy, zapalnika detonacji społecznego wybuchu szukać należy przede wszystkim w szerszym kontekście.

  W poprzednich artykułach   publikowanych na portalu Kresy.pl pisałem, że zakres pandemii nowego koronawirusa ujawnił jak niskie są standardy amerykańskiego systemu ochrony zdrowia i jak niska jest sprawność amerykańskiego systemu administracyjnego oraz poziom obecnej elity rządzącej USA. Standardy te odzwierciedlają zresztą tę hegemoniczną ideologię jaką dla amerykańskiego państwa i społeczeństwa jest liberalizm. W USA trudno mówić o powszechności służby ochrony zdrowia. Jej dostępność jest ściśle uzależniona od indywidualnego statusu materialnego. Brak powszechnej państwowej służby zdrowia jest szczególnie niebezpieczny w przypadku epidemii, bowiem prywatne podmioty nie są przygotowane do walki z tego typu zagrożeniem. Żadnemu prywatnemu szpitalowi nie opłaca się przygotowywać swojej struktury, kadry i wyposażenia na zjawisko, które następuje rzadko. W dodatku aby odpowiadać na zjawisko o zakresie tak szerokim, tak masowym, potrzeba scentralizowanego, rozgałęzionego, koordynowanego systemu. Takiego systemu w USA w zasadzie nie było. Wirus uderzył więc najbardziej w biedniejszą część społeczeństwa, w tym w 27 mln obywateli nie posiadających żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. A ponieważ status materialny społeczności murzyńskiej jest wyraźnie niższy od przeciętnego toteż i ofiary SARS COVID-19 były wśród społeczności proporcjonalnie wyższe i można sądzić, że to jedno ze źródeł frustracji, które tak spektakularnie wyładowały się w ostatnich tygodniach. Niski status materialny ludności murzyńskiej odbija się też w jej taniej i niezdrowej diecie powodującej częstsze występowanie dolegliwości takich jak cukrzyca czy nadciśnienia, które sprzyjają ciężkiemu przechodzeniu COVID-19.

Innych przyczyn wybuchu trzeba szukać na poziomie ekonomicznym. Liberalna amerykańska gospodarka zareagowała na pandemię w sobie właściwy sposób. Na Wall Street właśnie trwa hossa jakiej dawno nie widziano. Wskaźnik SP 500 poszybował do góry. W czasie gdy finansowa arystokracja liczyła kolejne zyski, ponad 30 mln amerykańskich pracowników wylądowało na bruku. Na amerykańskim „elastycznym” rynku pracy zwolnić pracownika można nawet przez telefon czy komunikator internetowy i menadżerzy skorzystali z tego prawa natychmiast, gdy pierwsze oznaki kryzysu stworzyły tylko potencjalną perspektywę zagrożenia płynności finansowej ich firm. I w tym przypadku Afroamerykanie zostali proporcjonalnie bardziej poszkodowani przez kryzys, jako grupa stojąc generalnie niżej w hierarchii zawodowej. Bezrobocie jest wśród tej społeczności o 3,5 punktu procentowego wyższe niż wśród ogółu Amerykanów. Ze wszystkich tych względów wystąpienia społeczne znacznie przekroczyły swoim zasięgiem to co działo się w czasie poprzednich znaczących zamieszek na tle rasowym z 1992 r., które wywołane pobiciem czarnoskórego obywatela przez grupę policjantów ograniczyły się w zasadzie do Los Angeles. Obecnie mamy do czynienia z ogólnokrajowym pożarem.

Bez względu na przyczyny społecznego wybuchu jego formy są równie specyficzne. Nie ulegając uprzedzeniom trzeba przyznać, że większość protestujących przedstawicieli społeczności Afroamerykanów zachowuje się w sposób cywilizacowany. Jednak skala wydarzeń o charakterze czysto kryminalnym jest tak szeroka, że nie pozwala na ich bagatelizowanie. Agresja przeciw inaczej wyglądającym, bezmyślny wandalizm, a w końcu masowe rabunki, nie tylko przez zorganizowane grupy, ale też, przez tłum przechodniów, gapiów, mieszkańców sąsiedztwa, to obrazy, które pojawiały się regularnie w różnych zakątkach USA. Na jednym z nagrań można była zobaczyć jak zadbana kobieta w średnim wieku podjeżdża dobrej klasy samochodem pod sklep firmowy znanej marki odzieżowo-obuwniczej będący celem masowego rabunku. Sama również zabiera kilka pudełek obuwia, nie krępując się faktem, że jest nagrywana przez obserwatora.

Tego rodzaju aktywność zbieracko-łowiecką trudno przecież połączyć z jakkolwiek rozumianą formą protestu przeciw policyjnemu bezprawiu, czy za formę działania politycznego. Uwidacznia raczej głęboko wykrzywioną przez kompleksy i demoralizację kulturę quasi-plemienną niemałej części Afroamerykanów, którzy traktują współobywateli nie należących do ich rasowo-lokalnych społeczności niczym cudzoziemców, społeczne <>. Każdemu kto chciałby przypisywać ich izolację wyłącznie ciągle obecnemu w USA rasizmowi białych należy przypomnieć, że w tym płynnym społeczeństwie i zderegulowanym państwie mamy nie tylko przestrzenie poniżania i defaworyzacji czarnych, ale też zinstytucjonalizowane formy ich dowartościowywania i uprzywilejowania. Tych ostatnich jest wiele i dotyczą przecież przestrzeni ważących na stosunkach społecznych takich jak uczelnie wyższe, środki masowego przekazu czy przemysł rozrywkowy, w pełni ogarniętych multikulturalistyczną poprawnością polityczną. Mimo tego prawie 150 lat od zakończenia wojny secesyjnej i zniesienia niewolnictwa, ponad pięćdziesiąt od zniesienia segregacji rasowej i cztery lata od końca dwukadencyjnych rządów Afroamerykanina jako prezydenta, murzyni nadal nie roztopili się w  melting pot  tak jak chcieliby tego teoretycy i zwolennicy tego modelu.

Wydaje się, że ciągłe istnienie w USA równoległego społeczeństwa murzyńskiego, zajmującego dość wąską niszę społeczną, wytwarzającego odrębny, w wielu przypadkach dysfunkcyjny habitus (odrębny nawet w sensie terytorialnym – 70 proc. czarnoskórych mieszka w miejscowościach lub dzielnicach zamieszkanych zwarcie przez osoby tej rasy), jest wielkim ciosem w liberalną teorię społeczeństwa i liberalną ideologię. Okazuje się, że funkcjonalne społeczeństwo i państwo nie może być wynikiem żadnego – stanowiącego rdzeń liberalnej ideologii – kontraktu społecznego zawieranego przez ludzkie atomy i obwarowanego kazuistyką prawną. Funkcjonalne społeczeństwo tworzone jest na bazie silnego moralnego związku wynikającego z przekonania o wspólnocie pochodzenia, na bazie wspólnej historii i zrodzonej w jej trakcie wspólnej kultury, w której członek danego społeczeństwa socjalizowany jest od najmłodszych lat. Stany Zjednoczone, w zamyśle projekt inżynierii społecznej oświeceniowego liberalizmu, działały tak długo jak kontrahentami umowy społecznej byli Anglosasi. Tak długo jak WASPowie sprawowali w nim formalną, a potem nieformalną hegemonię. Ta hegemonia kruszeje od końca lat 60 XX wieku. Kruszeje tym szybciej im szybciej zmniejsza się proporcja WASPów i szerzej białych w społeczeństwie amerykańskim, a przecież możemy się spodziewać tylko kontynuacji tego procesu.

Objawem końca tej kulturowej hegemonii jest podpalenie muzeum Konfederacji i  obalenie pomnika Kolumba w dawnej stolicy Skonfederowanych Stanów Richmond  , tudzież monumentu jedynego prezydenta Południa, Jeffersona Davisa. Pomnik Kolumba został zniszczony także w samym Minneapolis, a w Bostonie stracił głowę. Idą za tym oficjalne decyzje, takie jak zakaz używania konfederackiej symboliki w amerykańskiej armii. Jej flagi już wcześniej poznikały z urzędów w stanach południowych. Jedna z telewizji wycofała się z emisji filmu tak emblematycznego dla amerykańskiej popkultury jak  „Przeminęło z wiatrem”  , by potem przywrócić go, ale już z poprzedzającym go ideologicznym miniwykładem. W USA trwa głęboki konflikt o kulturę, o tożsamość. A konflikty takie są najbardziej zażarte, bo dotyczą przecież sfery, w której niemal nie ma pola dla negocjacji i kompromisu, jak w dyskusjach o poziomie podatków czy wysokości zasiłków dla bezrobotnych.

Problem w tym, że potencjał społeczności murzyńskiej jest wyłącznie negatywny. Jej przedstawiciele obalają pomniki i podpalają muzea, jednak sami pomników i muzeów nie budują, nie dźwigają na scenę życia społecznego żadnych konstruktywnych symboli, żadnego etosu, który mógłby być fundamentem modelu społeczeństwa jakie chcieliby ujrzeć, lub przynajmniej konsolidował i stanowił twórczy punk odniesienia dla ich własnej społeczności. Nic dziwnego. Społeczność murzyńska jest bowiem społecznością cywilizacyjnych sierot. Ich przodkowie przemocą wyrwani z afrykańskiego matecznika, w kolejnych pokoleniach w kajdanach nie mieli żadnej szansy podtrzymać swoistej kultury z której zostali gruntownie wykorzenieni. Setki lat w roli „mówiących narzędzi” oznaczało nie tylko fizyczną eksploatacje, także seksualną, której potwierdzeniem jest dziedzictwo kilkunastu procent europejskich genów w genomie grupy kilkuset amerykańskich murzynów badanych przed dekadą. Oznaczały coś gorszego – całkowite pozbawienie grupowej tożsamości. Takie dziedzictwo historyczne może być raczej brzemieniem, źródłem potężnego resentymentu i kompleksów, nie budulcem. Afroamerykanie nie mogą dziś już nawiązać do kultury zachodnioafrykańskich plemion z XVII czy XVIII wieku. Nie sposób też przeszczepiać do Brooklynu współczesnej kultury z ziemi przodków, Nigerii czy Ghany. Łączność została zerwana. Kilkadziesiąt lat pełnego korzystania ze zdefiniowanych liberalnie, uniwersalistycznie „praw człowieka i obywatela” w ramach amerykańskiego państwa prawa nie uczyniły z amerykańskich murzynów integralnej części amerykańskiego społeczeństwa, a z tego społeczeństwa nie uczyniły integralnej wspólnoty. I jest to bardzo dobitnym potwierdzeniem ograniczeń liberalnej ideologii.

Amerykański melting pot nie stworzył funkcjonalnego narodu. Wraz ze wzrostem ilościowym społeczności nieeuropejskiego pochodzenia i jej coraz bardziej asertywnym funkcjonowaniem, sprzeczności społeczno-kulturowe tylko narastają. Nie może więc być już mowy nie tylko o żadnym wielorasowym narodzie, ale coraz trudniej o utrzymanie stabilności tego ukształtowanego za Atlantykiem systemu multikulturowego. Wszyscy mieszkańcy USA zaczynają mieć problem z własną tożsamością. Podkreślić trzeba, że uczestnikami protestów i zamieszek jakie tam trwają są także osoby rasy białej, które nietrudno znaleźć i w awangardzie ataku na pomniki, a intelektualiści anglosaskiego czy żydowskiego pochodzenia na humanistycznych katedrach amerykańskich uniwersytetów od lat zajmują się głównie dekonstrukcją mitów mających tworzyć fundament wspólnoty obywateli Stanów Zjednoczonych. Nie tyko Afroamerykanie, ale też ich biali współobywatele mają coraz większy problem z odpowiedzią na pytanie postawione przez Samula Huntingtona w tytule jego głośnej książki – „Kim jesteśmy?”. Liberalna koncepcja „patriotyzmu konstytucyjnego” ponosi klęskę, bowiem każde prawo potrzebuje legitymizacji, fundamentu w postaci wspólnego systemu wartości zapośredniczonego w kanonie kulturowym. Tymczasem w trakcie obecnych zamieszek Amerykanom zaczyna brakować nawet wspólnego dla wszystkich lub znacznej ich większości pojęcia prawa własności.

Konflikt kulturowy i socjo-ekonomiczny nakłada się i potęguje polaryzację polityczną. Według Centrum Badawczego PEW, aż 91 proc. czarnoskórych obywateli zagłosowało w wyborach prezydenckich w 2016 r. na Hillary Clinton, co znacznie przerosło poparcie dla niej nawet wśród ludności latynoskiej, a to przecież imigranci z państw Ameryki Łacińskiej byli jednymi z głównych negatywnych bohaterów wyborczej narracji Donalda Trumpa. Po wybuchu protestów obecny prezydent USA rozpoczął krytykowanie ich uczestników formułując narrację obliczoną głównie na swoich dotychczasowych zwolenników. Po tym gdy skrył się przed protestującymi w bunkrze pod Białym Domem, Trump zamarzył wrócić do roli samca alfa, nakazując ich rozpędzenie z użyciem gazu łzawiącego. Tym samym jeszcze bardziej podniósł temperaturę sporu. Nie dodało to Trumpowi politycznej siły. Wszystkie sondaże pokazują już jego polityczną stratę do kandydata Partii Demokratycznej Joe Bidena. Ciosy wyprowadzają w prezydenta nawet współpracownicy. Ci byli, jak  dawny sekretarz obrony James Mattis  , który oskarżył Trumpa właśnie o dzielenie społeczeństwa i uchybianie konstytucji, oraz obecni jak następca Mattisa Mark Esper, który także dość zdecydowanie skrytykował pomysł prezydenta wyprowadzenia wojska na ulicę. Obecna fala protestów może się stać katalizatorem tendencji prowadzącej do wyborczej klęski Trumpa. Jeśli tak się stanie jeszcze bardziej zdestabilizuje to Stany Zjednoczone pokazując ich mieszkańcom, że generalną polityczną zmianę można przeforsować na ulicy.

Kariera dziejowa USA opiera się na dwóch filarach. Pierwszy to wyjątkowo korzystne położenie geopolityczne. Pozwoliło ono założycielom Stanów Zjednoczonych na stopniową lecz konsekwentną eksterminację tubylców i kolonizację całego kontynentu, skonstruowanie skomplikowanego systemu politycznego, a w końcu toczenie wojen z innymi mocarstwami zawsze na czyimś, a nigdy na własnym terytorium. To położenie na oddalonym kontynencie z szerokim wyjściem na dwa największe oceany światowe pozwoliło też USA jeszcze w XIX wieku stać się centrum globalnego kapitalizmu, zająć pozycję gwarantującą eksploatację ekonomiczną całego świata, w XX wieku także poprzez emisję globalnego środka rozliczeniowego – dolara. Ten wyjątkowy status globalnego imperium pozwalał USA skutecznie funkcjonować mimo wewnętrznych sprzeczności. Dziś, gdy naprzeciw nich wyrósł rywal jakie Amerykanie nigdy wcześniej nie widzieli – Chiny, sprzeczności te mogą podważyć legitymizację i uszczuplić siły Imperium Americanum.

Tożsamościowy konflikt i atrofia wspólnoty w USA powinna stanowić przestrogę dla wszystkich tych na polskiej prawicy, którzy właśnie to państwo stawiają nam za wzór. Dla wszystkich tych, którzy, jak politycy Prawa i Sprawiedliwości, szeroko otwierają granice Polski przed imigracją zarobkową by śrubować wskaźnik PKB i tych, którzy, jak konserwatywni liberałowie, uważają, że jedyną sankcją przynależności do społeczeństwa polskiego powinna być zdolność do pracy i płacenia podatków. Dla intelektualistów z Nowej Konfederacji wzywających Polaków do rezygnacji z obrony etnicznych podstaw życia narodowego i tych z Klubu Jagiellońskiego proponujących Polakom wizję „narodu ejdetycznego” bardzo podobną do formuły amerykańskiej.

Zobacz także:  Prawicowe dzieci we mgle  

W masie polskich samookreślonych prawicowców dominują jednak odruchowe i bezrefleksyjne reakcje, wskazywanie winnego w postaci społeczności murzyńskiej, koncentrowanie się na marginalnym w sumie, nieformalnym ruchu „Antify”. Tymczasem działania jednych i drugich, i sam charakter murzyńskiej społeczności nie są żadnym antyamerykańskim spiskiem „lewactwa” i George’a Sorosa. Są produktem setek lat rozwoju systemu made in USA. Systemu, który na poziomie kulturowym, politycznym czy ekonomicznym wytworzył większość tego, co dziś kontestują ludzie określający się w Polsce mianem prawicowców.

 Karol Kaźmierczak 

FAKT.PL

Więcej postów