Generał nie miał litości dla Dudy: „Chciałbym prezydenta, który nie będzie robił sobie jedynie selfie z żołnierzami w dniu weterana”

Generał nie miał litości dla Dudy

– Gdy poprosiłem parlamentarzystów i prezesów spółek skarbu państwa, które wchodzą w skład polskiej grupy zbrojeniowej o udział w licytacji koszulek na rzecz weteranów, nikt nie wziął w niej udziału. To pokazuje, jak postrzegana jest w naszym kraju kwestia weteranów. Parlamentarzyści chętnie się z nimi fotografują. Jestem przekonany, że dzisiaj, w Dniu Weterana Działań poza Granicami Państwa, wielu polityków sobie przypomni o weteranach i będzie nawet przypisywać sobie jakieś zasługi – mówi Mirosław Różański, generał rezerwy, jeden z założycieli fundacji Stratpoints, która działa na rzecz weteranów – osób, które wracają z misji i zwraca uwagę na problemy, z jakimi się borykają.

Ewa Raczyńska/Onet: Nie ma Pan wrażenia, że w naszym społeczeństwie słowo weteran przede wszystkim kojarzy się z żołnierzami biorącymi udział w pierwszej bądź drugiej wojnie światowej. Rzadko kiedy w tych kategoriach myślimy o żołnierzach wracających z misji.

gen. Mirosław Różański: To taka nasza przywara narodowa, że czasem dyskutujemy o problemie nie ustalając, czy wspólnie posługujemy się tymi samymi definicjami.

Dzisiaj w naszej przestrzeni funkcjonują dwa pojęcia – kombatant i weteran. One czasem są traktowane jak synonim, co jednak jest błędem. Chciałbym uniknąć wykładu akademickiego, ale jest to konsekwencją pojawienia się na przestrzeni lat różnego rodzaju regulacji prawnych. Jestem zwolennikiem, aby dzisiaj mówiąc o kombatantach mieć na uwadze właśnie wszystkich tych zacnych seniorów, którzy uczestniczyli w walkach o naszą niepodległość w pierwszej i drugiej wojnie światowej, czy w tak zwanym międzyczasie.

Myślę, że ten rozdźwięk wywołany jest także tym, że nie dostrzegamy dzisiaj w naszym kraju weteranów wracających z misji. Weteran pojawia się w amerykańskich filmach, są to żołnierze po misjach w Iraku, w Afganistanie i na tym nasza wiedza się kończy. A przecież ci żołnierze są także u nas.

Weteran, jako pojęcie, pojawiło się w naszym kraju niedawno, bo tak naprawdę w przestrzeni publicznej funkcjonuje od 2003 roku, od momentu naszego zaangażowania się w wojnę w Iraku.

Prawda jest jednak taka, że wtedy bardziej skupialiśmy się na tym, czym jest ta misja dla Polski, a nie dla polskich żołnierzy, mówiliśmy, jakie będziemy mieć profity, etc. Politycy oczywiście podkreślali, że na te misje jeżdżą tylko ochotnicy, mimo, że prawo stanowiło inaczej. Osobiście też uważam, że żołnierz powinien być skierowany na misję rozkazem. Po to poszedł na służbę, żeby być dyspozycyjnym.

Sytuację weteranów zaczęto dostrzegać od pierwszej śmierci polskiego żołnierza na misji – majora Kupczyka. To wtedy dotarło do nas, że misja niesie za sobą pewne ryzyko i niebezpieczeństwa. Kolejni żołnierze ginęli i w wielkim bólu rodzin wracali do domu przed czasem.

Na początku też nie mówiło się o żołnierzach, którzy wracali okaleczeni, a jeśli już, to zwracano tylko uwagę na obrażenia fizyczne. Nikt nie myślał o zespole stresu bojowego, że to także z nim mierzą się weterani, którzy nie byli ukonstytuowani i zdefiniowani. My tylko mieliśmy żołnierzy na misjach.

Na szczęście – choć brzmi to przewrotnie, dzięki zdarzeniom tragicznym, zaczęto dostrzegać, że ten problem. Wcześniej nasze środowisko wojskowe wstydziło się przyznać do tego, że ktoś wracający z misji ma jakiś defekt psychiczny. Zresztą wśród żołnierzy też panuje takie przekonanie. Oni mają duże opory, by poprosić o pomoc, udać się do kliniki stresu bojowego, bo obawiają się stygmatyzacji pod tytułem: nie dał rady, siadła mu psycha.

Na szczęście zaczęto dostrzegać, że nie tylko Polska, ale też inne kraje borykają się z żołnierzami, którzy wracają z misji, a w ich rodzinach rozgrywają się domowe dramaty. Sensacyjne medialnie stały się doniesienia o tych, którzy po powrocie odbierali sobie życie.

Myślę, że mimo wszystko nasze społeczeństwo pomału dojrzewa do tego, że jednak taka instytucja jak weteran istnieje.

Wraz z kolegami założył Pan fundację Stratpoints, która pomaga polskim weteranom wracającym z misji.

Z chwilą, kiedy odszedłem z armii w 2017 roku, a był to czas, gdy wielu z nas na taki krok się zdecydowało, bo musiało odejść, bo zostali zwolnieni, zrodził się projekt powołania fundacji, która zadomowiła się już trochę przestrzeni publicznej.

Z kolegami, kiedy budowaliśmy te najbardziej fundamentalne cele i definiowaliśmy misję naszej fundacji, stwierdziliśmy, że oprócz tego, co nas zajmuje, czyli dyskutowanie w kwestiach bezpieczeństwa, rozwoju z czym zawodowo byliśmy związani, będziemy też zajmować się weteranami.

Większość z nas ma za sobą doświadczenie misyjne, ale jesteśmy w większości generałami, pułkownikami i uznaliśmy, że naszą powinnością jest zadbanie o naszych podwładnych. Ubolewam nad tym, ale mam jednak świadomość, że głos generała mimo wszystko jest zauważalny szybciej niż szeregowego żołnierza. I pewnie dlatego dzisiaj cieszymy się, że wśród naszych szeregów są też chłopaki w stopniach podoficerskich. Naszym ekspertem do spraw weteranów jest Przemek Wójtowicz, który wrócił z Afganistanu na wózku, jest wspaniałym facetem, który niesie pomoc innym swoim kolegom.

Są też tacy, którzy działają incognito, bo postrzegani jako antysystemowi nie spotykamy się z przyjaznym nastawieniem szczególnie środowiska resortu obrony narodowej. Część kolegów z nami współpracuje i nie piszemy o nich z imienia i nazwiska dla ich komfortu.

Jak dzisiaj wygląda sytuacja prawna weteranów?

Właściwie od początku działalności fundacji skupiliśmy się właśnie na tym, jak wygląda status prawny i regulacje w tym zakresie idące. Nie ma co ukrywać, że są mocno niedoskonałe. Proszę sobie wyobrazić, że jeszcze dwa lata temu koledzy, którzy służyli na misjach ONZ, a trzeba powiedzieć, że jesteśmy na nich od 1953 roku, nie byli postrzegani jako weterani. Weteranami, według regulacji, które zostały wprowadzone, byli tak naprawdę ci, którzy od 2003 roku spędzali minimum trzy miesiące na misjach.

Dyskutowaliśmy publicznie, że trzeba to zmienić i cieszę się, że pierwsze przyczółki zostały zdobyte, bo już o status weterana mogą się ubiegać żołnierze, którzy służyli po ‘53 roku.

Dochodzi jednak do absurdu, bo żeby zostać weteranem, trzeba aplikować, złożyć wniosek, zaświadczenie, że było się na misji. Musi to być potwierdzone przez dowódcę albo Wojskową Komisję Uzupełnień. Do tego trzeba dodać zaświadczenie o niekaralności. A jeżeli chce się mieć status weterana pokrzywdzonego, to należy posiadać stosowne dokumenty potwierdzające, że jest się inwalidą. Największy paradoks polega na tym, że te wszystkie dane są dostępne w agendach Ministerstwa Obrony Narodowej.

W związku z całą tą sytuacją, zdecydowałem się na współpracę z Szymonem Hołownią, który wpisał się w naszą narrację i złożył deklarację w swoim programie wyborczym, że doprowadzi do tego, żeby wszyscy żołnierze, funkcjonariusze i pracownicy serwisowi mogli po powrocie z misji stać się weteranami. Szymon po naszych sugestiach idzie dalej mówiąc, że status weterana z automatu powinna nadawać instytucja pod tytułem MON swoimi agendami. Jeżeli państwo wysyła młodego człowieka – chłopaka czy dziewczynę, na misję, to powinno dopełnić wszelkiej staranności, żeby mógł on taki status uzyskać.

Wiadomo, ilu dzisiaj mamy weteranów w Polsce?

MON podaje, że dotychczas w misjach uczestniczyło 114 tysięcy osób. Celowo mówię osób, bo wśród nich są też między innymi policjanci, ludzie z BOR-u. Jednak według mnie to wielkość zaniżona. Wystarczy odnieść się do prostej matematyki: od 2003 roku mieliśmy 10 zmian w Iraku, gdzie średnia wielkość misji wynosiła prawie 3,5 tys. żołnierzy, w Afganistanie też byliśmy na 10 zmianach i każda zmiana to około 3 tysiące osób. W międzyczasie były kraje bałkańskie, Czad, a jeśli dołożymy do tego misje wcześniejsze ONZ – Kambodża, Bliski Wschód, czyli granica syryjsko-izraelska, Liban, Egipt, liczba uczestników misji z pewnością jest wyższa.

Jednak, jeśli się skupić tylko na danych MON, to proszę sobie wyobrazić, że na 114 tysięcy biorących udział w misjach, mamy 22 482 weteranów. Nikt nie zadaje sobie pytania, co z pozostałymi.

Właśnie, co z pozostałymi?

Żołnierze mówią wprost, że ubieganie się o status weterana, składanie dokumentów im uwłacza. To samo jest z weteranami pokrzywdzonymi. Dzisiaj ich liczba wynosi 857, przy czym każdy powinien wiedzieć, że weteranem poszkodowanym zostaje się dopiero wtedy, gdy wykaże się 30 procentowy uszczerbek na zdrowiu.

Dzisiaj już się przyznaliśmy i wiemy, że ci, którzy wracają z misji mają zespół stresu bojowego, który jest domeną niewidzialną, bo to nie boli, tego się nie czuje, to się objawia po pewnym czasie. W przepisach jest zapis, że jeżeli ktoś popełnił jakieś wykroczenie czy przestępstwo, nie może już być weteranem. Moje pytanie zatem brzmi – jeśli to zdarzenie jest konsekwencją stresu bojowego, to oczywiście nie zwalnia tej osoby z odpowiedzialności za czyn, którego się dopuścił, ale kto mu pomoże, kto się nim zajmie? Zespół stresu bojowego demoluje psychikę.

Koledzy ze Stanów Zjednoczonych zainicjowali kiedy akcję: “22 ugięcia dla weteranów”, ugięcia, czyli pompki. Skąd te 22? Bo według statystyk amerykańskich, dziennie umiera 22 weteranów, czy to w wyniku odniesionych obrażeń czy popełnianych samobójstw. Mu w tej akcji także wzięliśmy w czynny udział.

Wróćmy do działalności fundacji Stratpoints, w jaki sposób i w jakim zakresie jesteście w stanie pomóc weteranom?

Tu najpierw muszę oddać ukłon w kierunku moich kolegów. m.in. Przemka Wójtowicza, bo to on zaproponował, by o weteranach mówić w kategoriach osób, które nie są roszczeniowe. Chcemy cały czas prowadzić działalność, która będzie z jednej strony ich motywować, aktywizować i dopiero na końcu pomagać.

Niestety w tych dwóch pierwszych obszarach mamy bardzo dużo do zrobienia. Dyskusja o tym jest dość złożona, bo każdy, kto w naszym społeczeństwie wyciągnie rękę oczekując wsparcia, a wiemy, jaka jest kondycja państwa, zawsze będzie wywoływał komentarze w stylu: “czego wy jeszcze chcecie”. Dlatego dzisiaj zupełnie świadomie nie postuluję i nie zwracam się do rządzących o szczególne przywileje dla weteranów. Już nie wspominam o tych, które okresie międzywojennym wprowadził Piłsudski dla weteranów powstań narodowościowych, którzy otrzymywali renty.

My dzisiaj byśmy chcieli, żeby weterani zostali dostrzeżeni, że są grupą społeczną i byli traktowani jako ci, którzy jeszcze mogą się przydać w społeczeństwie. To nie są ludzie chromi, którzy nie mogliby wykonywać dodatkowych zadań.

Rynek pracy dzisiaj jest u nas naprawdę otwarty i gdyby państwo wskazało, że weterani mogliby w jakiś sposób być uprzywilejowani przy staraniu się o pracę w urzędach, instytucjach, które się zajmują zarządzaniem kryzysowym, to myślę, że nie byłoby to nadmiernym obciążeniem dla państwa.

Wsparcie i motywowanie to obszar, który wymaga pracy organicznej tego środowiska, bo nie dotyczy to tylko fundacji. My za bardzo nie możemy liczyć na pomoc rządu, instytucji państwowych czy spółek skarbu państwa. Trudno jest nam konkurować i oferować takie rozwiązanie, jakie są w USA, Kanadzie, czy Wielkiej Brytanii, gdzie każda taka organizacja jak Stratpoints natychmiast byłaby dostrzeżona przez agendę rządową i moglibyśmy liczyć na pomoc. I już nie chodzi mi o takie wsparcie, jakie otrzymuje Polska Fundacja Narodowa, która dysponuje bajońskimi pieniędzmi.

To jeśli nie na wsparcie rządu, można liczyć jednak na społeczeństwo?

Muszę powiedzieć, że w naszym społeczeństwie jest dużo empatii. Uruchomiliśmy program “Weterani są wśród nas”, którego konsekwencją jest oznaczanie miejsc przyjaznym weteranom. Jest kilkadziesiąt takich podmiotów. Są to samorządy, hotele, przychodnie lekarskie, zakłady, które zaoferowały, że chcą pomagać weteranom na zasadzie udzielenia pewnego bonusu, gdyby ktoś chciał korzystać z ich usług. Informacja o takich miejscach jest ogólnie dostępna na stronie fundacji.

Poza tym wiem, że są podejmowane takie inicjatywy poza nami, na co my się nie obrażamy, bo wychodzę z założenia, że nawet jeżeli ktoś podejmie jakąś inicjatywę, to ona nie musi być pod naszymi auspicjami. Ważne, że będzie pomagała weteranom, trzymamy kciuki za każdy taki projekt.

Dla weteranów organizujemy pewne rzeczy związane z ich aktywizowaniem. Muszę się pochwalić, że udało się nam zorganizować kilka spektakularnych przedsięwzięć. Nasi weterani udali się między innymi na Spitsbergen. To była hardcorowa wyprawa, którą dedykowaliśmy Jarkowi Maćkowiakowi, żołnierzowi z 17 brygady, który zginął w Afganistanie. W tej wyprawie wzięli udział m.in weterani poszkodowani, jeden bez nogi. W warunkach arktycznie ekstremalnych wszyscy spisali się świetnie.

Inicjując takie przedsięwzięcia, po pierwsze chcemy pokazać, że weteran może, chcemy ich wyciągać z ich domów, środowisk, tak, żeby mogli uwierzyć w siebie, że jeszcze wszystko jest możliwe.

Jednak nie ma co ukrywać, że te projekty są obarczone jednym ograniczeniem. Dżentelmeni o tym nie mówią, ale rozmawiając z panią, muszę powiedzieć, że chodzi oczywiście o pieniądze. I dlatego każdej osobie, która nam zechce pomóc i drobną złotówką się z nami podzieli, serdecznie dziękujemy.

Udało się nam także zorganizować podróż dla weteranów i ich żon, partnerek. Wspólnie polecieli do Jordanii.

Dlaczego akurat tam?

Po pierwsze w Jordanii mamy przyjaciół nawet w osobie króla Jordanii, który mocno się zaangażował w realizację tego projektu. Znaleźliśmy w Polsce sponsora – firmę Helicon-Tex, który pokrył koszty tego wyjazdu i małżeństwa pojechały tak naprawdę zabierając ze sobą tylko kieszonkowe.

Chcieliśmy, by małżonki naszych weteranów znalazły się w podobnym środowisku kulturowym, jak ich mężowie w czasie służby. Żeby też posłuchały śpiewu z minaretów, spędziły czas na pustyni. Oczywiście było obarczone pewnym ryzykiem, ale wszyscy wrócili stamtąd uszczęśliwieni.

Ta podróż miała kilka wymiarów, ale dla nas była przede wszystkim podróżą terapeutyczną dla rodzin, żeby oni mogli pobyć ze sobą. W wyprawie wzięło między innymi udział małżeństwo, które ma dzieci specjalnej troski. To był ich jedyny wyjazd w życiu, kiedy mogli się cieszyć tylko sobą.

Takich aktywności chcemy dedykować naszym weteranom jak najwięcej i muszę jednak ponarzekać, że problemem są dla nas zamknięte drzwi spółek skarbu państwa.

Nie możecie liczyć na żadne wsparcie z ich strony?

Kiedyś zorganizowałem licytację, bo chłopaki, którzy pełnią służbę w Afganistanie, przysłali 30 unikalnych koszulek. Zaprosiłem do ich wylicytowania parlamentarzystów i prezesów spółek skarbu państwa, które wchodzą w skład polskiej grupy zbrojeniowej. Jak pani myśli, ile osób wzięło udział?

10?

Żadna. Pojawili ludzie, którzy wpłacali po kilkaset złotych, ale to były tak zwane osoby fizyczne, które wspierały nasze działania. Będę może cynikiem, ale dla mnie ta sytuacja to był sprawdzian, jak parlamentarzyści dostrzegają kwestię weteranów. Oni się chętnie z nimi fotografują. Jestem przekonany, że dzisiaj, w Dniu Weterana Działań poza Granicami Państwa wielu polityków sobie przypomni i weteranach i będzie nawet przypisywać sobie jakieś zasługi.

Dlatego wrócę jeszcze do Szymona Hołowni, który zaangażował się w dyskusję o sytuacji weteranów, czego dowodem jest to, że kwestie ich dotyczące zapisał w swoim programie, który opublikował na samym początku kampanii wyborczej. Trzymam mocno kciuki za to, żebyśmy mieli prezydenta, który nie będzie tylko i wyłącznie robił sobie selfie, albo zdjęcia, w dniu weterana, tylko będzie się na co dzień zajmował tymi złożonymi problemami tej grupy społecznej.

A tak, jak powiedziałem wcześniej, weterani nie są roszczeniowi, chcieliby jednak być postrzegani jako wartościowi ludzie, którzy mogliby zrobić jeszcze dużo rzeczy dla Polski. Może to brzmi patetycznie, ale tak to wygląda.

Z tego, co Pan mówi, wybrzmiewa jednak smutna konstatacja, że weterani czują się przez państwo, rząd wykorzystani i opuszczeni.

I taka niestety jest prawda. My wiemy, że można by już dziś wprowadzić rozwiązania, które nic nie kosztują. Jest choćby banalna rzecz – legitymacja weterana. Na tym kawałku plastiku nie ma zdjęcia człowieka. Ktoś powie: “Różański, jesteś małostkowy”, ale dlaczego taki dokument nie mógłby mieć rangi ID NATO-wskiego, czy dowodu osobistego. Tym bardziej, że to nie jest nadmierny koszt. Chcielibyśmy, żeby te identyfikatory były spersonalizowane, żeby było widać, że to ten facet, ta dziewczyna. Tymczasem administracja jest bezduszna w tym wymiarze.

Z czym dzisiaj wiąże się uzyskanie statusu weterana?

Weteran ma prawo do dodatkowego urlopu, do skorzystania z pobytu w domu weterana. To akurat jedno sanatorium będące pod auspicjami MON. Weterani poszkodowani mogą korzystać z pomocy medycznej i wsparcia, jeśli chodzi o medykamenty, ale tu nadal pojawia się ograniczenie dotyczące uszczerbku na zdrowiu.

Oczywiście, że dobrze, że są poczynione jakiekolwiek kroki w tym zakresie, natomiast jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Bo znowu, by uzyskać wszystkie te “korzyści” trzeba pokonywać jakieś bariery biurokratyczne, trzeba znowu coś złożyć, dołączyć jakieś kolejne zaświadczenie, a wiadomo, jak to każdego potrafi zniechęcić.

Oczywiście często nasi koledzy zerkają za ocean w kierunku USA, gdzie powołany jest specjalny departament zajmujący weteranami… Nawet nie chciałbym mówić że powinniśmy czerpać z wzorców amerykańskich, bo jestem świadom, że dzisiaj państwa jako instytucji nie byłoby stać na takie zabezpieczenie jak w Stanach. Uważam jednak, że trzeba o tym dyskutować, mówić.

Nie można zapominać, że armia i wojsko są jednym z narzędzi prowadzenia polityki zagranicznej. Dlatego właśnie powinniśmy stworzyć takie warunki, że jeśli żołnierz wróci, a nie daj Boże wróci w jakiś sposób poszkodowany z misji, to będzie miał świadomość, że państwo o nim nie zapomni. Jeśli młody człowiek wstępując do armii będzie widział, że gdyby cokolwiek się wydarzyło, to jego rodzina nie zostanie pozostawiona sama sobie, że on w razie czego też będzie objęty opieką, to zaufanie do armii i chęć służby będzie dużo większa niż jest obecnie.

EWA RACZYŃSKA / ONET.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*