Inwigilacja dziennikarzy. Dziwne losy kluczowego świadka

Czy były naczelnik ABW Marcin S. – jeden z kluczowych świadków w sprawie tzw. inwigilowania dziennikarzy – został wmanewrowany w sprawę płatnej protekcji, by służby specjalne miały na niego haka? Prokuratura prowadzi w tej sprawie śledztwo.

Śledztwo dotyczące inwigilowania dziennikarzy w latach 2007-2015 (a więc za rządów PO i PSL) wciąż prowadzi Prokuratura Regionalna w Krakowie. Marcin S. miał podpisywać kluczowe dokumenty w tej sprawie. W 2017 r. wraz z innymi osobami został on również oskarżony o płatną protekcję.

Krakowska prokuratura potwierdza, że Marcin S. z tych dwóch postępowań to ta sama osoba:

– W sprawie inwigilowania dziennikarzy (…) wykonywano czynności z udziałem wskazanej w piśmie osoby [pytaliśmy o Marcina S. – przyp.red.]. Miały one charakter niejawny, co uniemożliwia udzielnie dalszych informacji w tym zakresie – informuje prok. Elżbieta Potoczek – Bara, rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Krakowie.

Osoby, które są zamieszane w sprawę płatnej protekcji uważają, że mogła być ona prowokacją CBA i ABW – Jestem przekonany, że ich celem był właśnie Marcin S. Służby chciały mieć na niego „trzymanie” tak, by złożył korzystne z ich punktu widzenia zeznania obciążające decydentów z rządu PO- PSL – uważa mecenas Filip Dopierała, który jest świadkiem w sprawie płatnej protekcji.

Czy tak było w rzeczywistości? Od początku 2017 r. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga bada okoliczności postępowania służb specjalnych w tej sprawie.

„Śledztwo (…) prowadzone jest w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy CBA w związku z zatrzymaniem i konwojowaniem zatrzymanej Sary W. (…) oraz tworzenia fałszywych dowodów i zastraszania świadków w tej sprawie, czego dopuścić się mieli funkcjonariusze ABW (…) Dotychczas w śledztwie nikomu nie przedstawiono jakichkolwiek zarzutów. Aktualnie jest sporządzana przez prokuratora decyzja końcowa” – informuje prokurator Marcin Saduś, rzecznik prasowy tej prokuratury.

Czy ktoś fabrykował dowody?

Dlaczego zeznania Marcina S. są tak ważne? Bo zakończenie śledztwa dotyczącego podsłuchiwania dziennikarzy wielokrotnie zapowiadał obecny koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński, szef CBA do 2009 r.

Po przejęciu władzy przez PiS grzmiał o rzekomych nadużyciach za rządów PO-PSL. Sprawa nie została jednak wyjaśniona do dziś. W sprawie płatnej protekcji kluczowy jest zaś wątek „tworzenia fałszywych dowodów i zastraszania świadków przez agentów ABW”.

Wszystko zaczęło się od Jacka P., biznesmena z Wolsztyna, który zajmuje się m. in. handlem bronią i szkoleniami militarnymi. Może być powiązany z CBA, a jego nazwisko przewija się w śledztwie Prokuratury Regionalnej w Warszawie dotyczącym nadużyć funkcjonariuszy tej służby, polegających na próbie wyłudzania łapówek od biznesmenów w zamian za pomoc w sprawach rzekomych afer, w jakie mieli być ci biznesmeni zamieszani.

W 2016 r. Jacek P. został przyłapany przez straż graniczną w Słubicach na nielegalnym przewożeniu broni wraz ze swoim pracownikiem Jakubem D. Ostatecznie niedawno obaj zostali za to skazani, Jacek P. dostał nieprawomocny wyrok, formalnie za przekazania broni osobie nieuprawnionej. Obecnie przebywa na wolności za kaucją, gdyż jest podejrzany o pobicie i zastraszanie tegoż Jakuba D. jako świadka w związku z innymi sprawami.

Mimo to, niedawno, w 2019 r. firma, która formalnie należy do obecnej żony Jacka P., a w której jest on pełnomocnikiem, brała udział w dużym przetargu na dostawę broni dla policji, chociaż MSWiA w 2016 r. cofnęło jej koncesję na handel bronią. Decyzja ta jednak od 3 lat się nie uprawomocniła, gdyż firma ciągle się od niej odwołuje. Obecnie zajmuje się tym Naczelny Sąd Administracyjny, natomiast policyjny przetarg został odwołany, oficjalnie z powodów formalnych.

Mimo swoich kłopotów z prawem Jacek P. ma również doskonałe kontakty z wojskiem i innymi służbami mundurowymi. Swoją strzelnicę z Babimoście udostępniał on na ćwiczenia strzeleckie zarówno dla wojska jak i funkcjonariuszy Straży Granicznej, ówczesnego BOR czy jednostek antyterrorystycznych policji. Prócz tego w listopadzie 2016 Wolsztyn odwiedzili wysocy oficerowie zarówno Sił Zbrojnych jak i Wojsk Obrony Terytorialnej, którzy uczestniczyli w prezentacji mobilnych magazynów broni, skontrowanych w jednej z firm Jacka P. wraz z innymi lokalnymi przedsiębiorstwami. Ostatecznie jednak z planów sprzedaży tych kontenerów wojsku nic nie wyszło. O Jacku P. jego działalności i kłopotach z prawem wielokrotnie pisała Rzeczpospolita.

To właśnie od problemów z tą koncesją wszystko się zaczęło. Podczas jednego ze szkoleń, we wrześniu 2015 r. na strzelnicy w Babimoście, którą prowadzi Jacek P., doszło do postrzelenia mężczyzny. To był powód do wszczęcia postępowania w celu odebrania koncesji na handel bronią.

Jacek P. zwrócił się o pomoc prawną do kancelarii LTA mecenasa Dopierały. Ten poprosił o zajęcie się sprawą współpracowników: Andrzeja K., Piotra W., Jolantę S.–H. i właśnie Marcina S., wtedy już poza ABW.

Doszło do kilku spotkań, podczas których sprawa była omawiana i uzgadniane zostały warunki obsługi prawnej. W lipcu 2016 r. Jacek P. w jednym z zajazdów w okolicach Konina, na trasie Wolsztyn – Warszawa, przekazuje Marcinowi S. 55 tys. zł w gotówce. W tym momencie Marcina S. zatrzymuje CBA. Tuż po tym Jacek P. składa ustne zawiadomienia o przestępstwie. Aresztowane zostają pozostałe osoby: Andrzej K., Piotr W. oraz Sara W.

W 2017 r. warszawska Prokuratura Okręgowa wysłała do sądu akt oskarżenia w tej sprawie. Proces toczy się do dziś.

Jacek P. twierdzi, że oskarżeni powoływali się na swoje znajomości w MSWiA i pieniądze były przeznaczone na łapówkę dla urzędnika tego resortu. Oskarżeni i mecenas Dopierała twierdzą, że była to umówiona zapłata.

– Kancelaria wystawiła fakturę Jackowi P. na 5 tys., której ten nigdy nie zapłacił. Kolejne 50 tys. miało być wynagrodzeniem za usługi prawne. Jacek P. zwlekał z podpisaniem dokumentów, choć wielokrotnie go o to prosiliśmy – zapewnia Dopierała.

Sieć wzajemnych powiązań

Co ciekawe, osoby, które są zamieszane w sprawę płatnej protekcji nie są anonimowe i pojawiały się już w mediach w różnych kontekstach. Mec. Filip Dopierała to były prokurator, założyciel kancelarii prawnej LTA Doradztwo Prawne Dopierała i Wspólnicy. Blisko 10 lat temu był obrońcą polityka Pawła Piskorskiego, któremu zarzucano przestępstwa finansowe. Mec. Dopierała założył fundację O., w której władzach zasiadali pozostali oskarżeni.

– Współpraca kancelarii z fundacją O. polegała na tym, że ja im zlecałem różne działania detektywistyczne, a oni z kolei podsyłali mi klientów do kancelarii – mówi Filip Dopierała.

Prezesem fundacji O. jest oskarżona w tej sprawie Jolanta S. – H. Po wyjściu za mąż i urzędowej zmianie imienia posługuje się obecnie nazwiskiem Sara W.

Zarówno o fundacji jak i Sarze W. głośno zrobiło się w mediach w ubiegłym roku, gdyż opiekowała się ona i występowała w imieniu Karoliny Piaseckiej, która, w bulwersującej opinię publiczną sprawie oskarżała swojego męża, Rafała P., radnego PiS, o znęcanie się nad nią.

Ostatecznie Rafał P. pozwał Sarę W. do sądu, a ona często zaczęła pojawiać się w ogólnopolskich mediach (Dzień Dobry TVN czy Uwaga! TVN), gdzie wypowiadała się na temat przemocy w rodzinie.

Co ciekawe, przeszłości Jolanty S. – H. vel Sary W. w lipcu br. poświęcona była jedna z audycji Piotra Nisztora „Kulisy spraw” na antenie publicznego Polskiego Radia 24. Opowiadał o niej zaproszony na antenę…Jacek P., przedstawiony jako „współwłaściciel firmy zajmującej się handlem bronią oraz szkoleniami”. O jego kłopotach z prawem jednak słuchacze Polskiego Radia nie mieli szans się dowiedzieć, gdyż prowadzący nie wspomniał o nich ani słowem.

Z kolei Andrzej K. to były żołnierz Grom, współautor książki pt. „Trzynaście moich lat w JW GROM”, opowiadającej o jego służbie w tej jednostce. Współpracował on z Jackiem P., prowadząc w jego firmie szkolenia militarne.

Natomiast, według naszych informacji, Marcin S. w 2010 w stopniu porucznika pracował w departamencie IIA ds. Interesów Państwa i Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej ABW. Następnie, po reorganizacji tej służby i utworzeniu delegatury stołecznej, był tam naczelnikiem IV wydz., również zajmującym się przestępstwami gospodarczymi.

W czasie, kiedy pełnił tę funkcję doszło do afery obyczajowej z jego udziałem – wdał się on w romans z funkcjonariuszką ABW – sekretarką dyrektora innego wydziału, która zaszła z nim w ciążę. Marcin S. miał nakłaniać ją do aborcji, za co miał sprawę karną. Reprezentował go wtedy nikt inny a mec. Dopierała, a sprawa zakończyła się ugodą.

Sprawę opisał w 2014 roku tygodnik Wprost. Na skutek tej afery Marcin S. został usunięty z ABW z końcem 2013 r., ale odwołał się do sądu, został przywrócony do pracy, ale do obowiązków już nie wrócił. Został zawieszony, na krótko „zesłany” do ośrodka szkoleniowego ABW w Emowie, a ostatecznie w 2015 r. przeszedł na emeryturę.

– Po tym, jak ABW skierowała sprawę nakłaniania do aborcji do prokuratury, Marcin S. obraził się na służbę. Chodził po korytarzach i mówił, że będzie głośno mówił o tym, co dzieje się w ABW. Doszło wtedy do małej wojny między nim a Agencją. Dosłownie pluł jadem na tych, którzy go zwalniali i bardzo liczył na zmianę kierownictwa – słyszymy od jednego z byłych wysoko postawionych funkcjonariuszy ABW, który służył w tym samym czasie co Marcin S..

Według naszych informatorów po dojściu do władzy PiS i zapowiedziach Kamińskiego o zbadaniu tej sprawy, dokumenty jej dotyczące zaginęły. Jednak Marcin S.miał zabezpieczyć te kluczowe i nadal być w ich posiadaniu. Nie wiadomo, co w nich dokładnie jest, ale właśnie dlatego może on być tak ważny dla śledczych i służb.

O naciskach służb na Marcina S. przebywającego w areszcie słyszymy od wielu osób uczestniczących w tym śledztwie. Jest o tym przekonany m. in. mec. Dopierała, który powtórzył to w trakcie zeznań przed prokuratorem w sprawie dotyczącym nadużyć służb.

Podobnie uważają Andrzej K. oraz Sara W. Jej pełnomocnik złożył w prokuraturze wniosek o przesłuchanie Marcina S., gdyż Sara W. twierdzi, że były naczelnik ABW miał się nawet zgodzić na współpracę z agentami ABW lub CBA w zamian za zwolnienie z aresztu.

O sprawie Marcina S. i jego roli w sprawie inwigilowania dziennikarzy rozmawialiśmy z jednym z byłych wysoko postawionych funkcjonariuszy CBA, zbliżonym do kierownictwa tej służby. Nie zgodził się na podanie nazwiska.

– O sprawie Marcina S. w kontekście inwigilowania dziennikarzy mówi się w środowisku tzw. służb specjalnych czyli osób, które są lub były w nimi związane. Niektórzy uważają, że faktycznie ma on moce „kwity” dotyczące inwigilowania dziennikarzy, inni mówią, że wcale nie ma on żadnych dokumentów. Spotkałem się też z opinią, że może faktycznie ma jakieś dokumenty, ale są one słabe. Ja osobiście uważam, jeśli faktycznie był tam jakiś układ ze służbami specjalnymi czy wymiarem sprawiedliwości, to wytargował by znacznie więcej, gdyby miał jakieś mocne dokumenty w ręku.

Prokurator Saduś nie odpowiedział nam na pytanie w tej sprawie. Z Marcinem S. próbowaliśmy skontaktować się poprzez jego adwokata, ale otrzymaliśmy odpowiedź, że nie chce z nami rozmawiać:

– Pan Marcin S. nie jest już funkcjonariuszem i zależy mu na ochronie prywatności, nie udziela żadnych wywiadów ani w żaden sposób nie chce uczestniczyć w sprawach odnoszących się do jego zawodowej przeszłości – odpowiedziała adwokat Beata Cywińska, jego pełnomocnik.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Marcin S. podczas prokuratorskiego przesłuchania zaprzeczył, by był odwiedzany w celi przez CBA. Zarówno rzecznik służby więziennej jak i Aresztu Śledczego w Warszawie – Białołęce odmówili nam informacji o widzeniach Marcina S., powołując się na ochronę danych osobowych aresztowanych. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się jednak, że o informacje te wystąpiła również prokuratura.

Marcin S. jako jedyny przyznał się jednak do winy i złożył wyjaśnienia. Wyszedł też na wolność najwcześniej z grona aresztowanych, po miesiącu, podczas gdy pozostali zostali zwolnieni dopiero w październiku 2016 r., po trzech miesiącach pobytu za kratami. Również tylko on złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze, a na ostatnim posiedzeniu w czerwcu br. sąd podjął decyzję, by jego sprawę „wyłączyć do odrębnego postępowania, albowiem uznał, że istnieje możliwość zakończenia postępowania na jednym terminie wobec tego oskarżonego”.

Tajne przez poufne

Stanisław Żaryn, rzecznik koordynatora służb, nie odpowiedział na nasze pytania:

– (…) w interesującej Pana sprawie do prokuratury trafiły zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. Wobec powyższego instytucją właściwą do udzielania informacji o stanie aktualnym oraz szczegółowych informacji nt. śledztwa jest prokuratura – odpisał w e-mailu.

ABW zaś odniosła się jedynie do naszych pytań dot. Marcina S., Sary W oraz Piotra W. i działań tej służby wobec tych osób:

– Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie podaje informacji na temat byłych jak i czynnych w służbie/zatrudnieniu funkcjonariuszy/pracowników, ponadto nie podaje do wiadomości publicznej informacji na temat prowadzonych działań, bez względu na to, czy w konkretnym przypadku są lub nie są podejmowane pewne czynności – odpisał na nasze pytania zespół prasowy tej służby.

Jacek P. nie odpowiedział na nasze pytania, a w mejlu, który od niego dostaliśmy, czytamy: „Wszelkie pytania dotyczące tego postępowania proszę kierować do Prokuratury Okręgowej w Warszawie lub do sądu, który prowadzi to postępowanie.”

TOMASZ BODYŁ

 

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*