Gen. Polko: Żołnierze WOT będą TANIĄ SIŁĄ ROBOCZĄ, eksperci od rakiet „łopata–ziemia–powietrze”?

„Największe zagrożenie, jakie widzę, polega na tym, że ściągniemy tych ludzi, powiemy, że już mamy Obronę Terytorialną i dopiero wtedy zaczniemy się zastanawiać, co z nimi zrobić”, mówi były dowódca jednostki GROM.

Z gen. Romanem Polko rozmawia Łukasz Pawłowski

Łukasz Pawłowski: Jak podają przedstawiciele MON, Wojska Obrony Terytorialnej (WOT) mają trojakie cele: „wzmocnienie potencjału odstraszania przez wsparcie wojsk operacyjnych”, „uzyskanie zdolności do samodzielnego prowadzenia działań nieregularnych” oraz „wzmocnienie patriotycznych i chrześcijańskich fundamentów naszego systemu obronnego oraz sił zbrojnych”. Zacznijmy od początku – czy rzeczywiście 35 tys. członków WOT wzmocni nasz „potencjał odstraszania”?

Roman Polko: To zależy od tego, jak ta ogólna wytyczna będzie realizowana w praktyce. Trzeba przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, czym mają być WOT. Czy to ma być dublowanie profesjonalnych wojsk, w takiej trochę mniej profesjonalnej wersji, bądź nieco bardziej rozbudowane szkolenie rezerw, czy przede wszystkim – i taką mam nadzieję – ma to być coś na wzór amerykańskiej Gwardii Narodowej, która naprawdę pozwala wykorzystać na rzecz działań obronnych potencjał, jakim dysponują specjaliści z różnych branż. Mam tu na myśli chociażby informatyków, którzy na co dzień pracują w rożnego rodzaju firmach i korporacjach, a wojsku mogliby pomóc w wojnie w cyberprzestrzeni.

Czy zatem WOT to mają być specjalistyczne jednostki, uzupełniające potencjał obronny w obszarach, które często cierpią na braki – informatyka, łączność, pomoc medyczna – czy też tania siła robocza, jak żartobliwie mówimy: wojska „rakietowe”, „łopata–ziemia–powietrze”, które trochę nauczymy strzelać, a jak nadejdzie jakaś klęska żywiołowa, to będą worki z piaskiem napełniać. Mam nadzieję, że polskie władze wyciągną wnioski z klęski programu Narodowych Sił Rezerwowe, gdzie przyuczono przypadkowych ludzi do strzelania i maszerowania, a następnie ogłoszono publicznie, że jest to wzmocnienie potencjału regularnych wojsk. Entuzjazm społeczeństwa, chcącego wspomóc potencjał obronny państwa, nie powinien zostać zmarnowany.

A obecnie jest?

Rozmawiałem niedawno z dyrektorem renomowanej firmy zajmującej się budowaniem systemów bezpieczeństwa dla korporacji, m.in. dla Orlenu, inżynierem, entuzjastą obronności, który został powołany na ćwiczenia rezerwy i… do robienia czegokolwiek kompletnie się zniechęcił. Dostał jakiś mundur, pokazano mu sprzęt starej generacji i kazano czekać. Był przeszczęśliwy, kiedy znalazł się w końcu jakiś porucznik, który zorganizował im strzelanie do nieruchomej tarczy, bo to była jedyna atrakcja tygodniowego szkolenia. To pokazuje, jak bardzo marnowany jest potencjał ludzi, którzy chcą coś robić, nawet za darmo, ale zgodnie ze swoimi kwalifikacjami.

Krótko mówiąc – profesjonalne wojsko z pewnością do obrony ojczyzny nie wystarczy. Przygotowanie rezerw, wsparcia jest potrzebne. Liczące 35 tys. żołnierzy Wojska Obrony Terytorialnej to też jest za mało, ale WOT, wykorzystując potencjał ludzi i stale przyjmując nowych rekrutów, jest w stanie przeszkolić przyszłych rezerwistów. Pytanie tylko: kogo i jak?

Czy WOT to mają być specjalistyczne jednostki, czy też tania siła robocza, eksperci od rakiet „łopata–ziemia–powietrze”?

Roman Polko

W jakim kierunku idzie pana zdaniem obecny projekt?

Chciałbym, żeby była to spójna, przemyślana struktura, która rzeczywiście zwiększy nasz potencjał obronny. Ale do tego jest potrzebna dobra koncepcja i dobry sprzęt, bo jeżeli powołamy ludzi, a nie zabezpieczymy systemu szkolenia, to dostaniemy co najwyżej mięso armatnie, które może dobre było do prowadzenia walk w czasie II wojny światowej, ale z pewnością nie dzisiaj, kiedy wyzwania na polu walki są zupełnie inne i kiedy coraz częściej wykorzystuje się nowoczesne narzędzia.

MON już zapowiedziało, że w czasie pokoju WOT będą wykorzystywane m.in. do walki z klęskami żywiołowymi. To źle?

Obrona Terytorialna, wszędzie gdzie funkcjonuje, realizuje zadania zarówno obronne, jak i współpracuje z władzami lokalnymi, pomagając chociażby w zwalczaniu klęsk żywiołowych. Tyle że tych ludzi nie należy odsyłać do obsługi łopat i napełniania worków z piaskiem, ale dać im maszyny i wykorzystać to, że potrafią je obsługiwać.

 

A w czasie wojny?

Oprócz wiedzy eksperckiej, wartość WOT może polegać na doskonałej znajomości własnego terenu i lokalnych uwarunkowań, co z pewnością pozwoli im na prowadzenie wspomnianych na początku działań nieregularnych, czyli krótko mówiąc: dywersji na tyłach wroga. Gdyby komuś kiedyś przyszło do głowy wtargnąć na terytorium Polski, wówczas przydziela się dobrych instruktorów z jednostek specjalnych, którzy pomagają WOT w dezorganizowaniu zaplecza przeciwnika.

W mojej karierze wojskowej właściwe podczas każdych działań – symulowanych ćwiczeń, ale też podczas realizowanych w praktyce misji poza granicami kraju, np. w dawnej Jugosławii – bez wsparcia lokalnej ludności, która pomagała nam chociażby w zakresie logistyczno-informacyjnym, właściwie nie bylibyśmy w stanie działać skutecznie.

Czy nie łatwiej byłoby po prostu zwiększyć liczbę etatów w wojsku?

Nie – i to z prostego powodu. Jeżeli przeciętnie czas służby w armii zawodowej wynosi, powiedzmy, 20 lat, to łatwo wyliczyć, że w ten sposób nie zwiększymy stanu rezerw. W WOT przeciętny czas służby będzie się zapewne wahał w granicach 2–5 lat, dzięki czemu można przeszkolić znacznie większą liczbę ekspertów w tych dziedzinach, które są nam potrzebne. Przecież oni, po wyjściu, zdobytej wiedzy nie stracą i w razie zagrożenia będą z niej korzystać.

Ja oczywiście mówię o tym, jak to być powinno. Jak będzie, trudno mi w tej chwili powiedzieć. Zbyt często tego typu reformy – tak samo było przy Narodowych Siłach Rezerwy – dokonywane są pod presją politycznego chciejstwa decydentów, którzy chcą mieć wyniki już i teraz, a takiego projektu nie da się zrealizować w krótkim czasie. Potrzeba i spójnej koncepcji, i sprzętu, i pozyskania właściwych ludzi, którzy muszą być weryfikowani przez służby, bo to nie mogą być jakieś przypadkowe grupy.

Przez wiele lat jednak słyszeliśmy, że masowa armia jest niepotrzebna. Kiedy rezygnowaliśmy z powszechnego poboru do wojska, mówiono, że ważniejsza jest profesjonalizacja, nawet kosztem liczby żołnierzy. Czy coś się zmieniło?

Nie, nic się nie zmieniło. Myślenie, że zadepczemy przeciwnika butami naszych żołnierzy jest bez sensu. Masowa armia, licząca 400–450 tys. żołnierzy, jak w czasach PRL, nie jest nam potrzebna. Potrzebne są nam wykwalifikowane kadry oraz żołnierze, którzy będą zdolni do obrony własnej ojczyzny, gdyby nasz kraj był okupowany. A świadczenia obronne dzisiaj nie dotyczą jedynie bezpośredniego działania na polu walki, ale chociażby budowy systemów informatycznych do prowadzenia walki w cyberprzestrzeni. Pan z kolei jako dziennikarz zmobilizowany do wojska może pomagać w wojnie informacyjnej, co – jak pokazuje przebieg konfliktu na Ukrainie – jest dziś równie ważne. Obecnie wojny nie wygrywa się jedynie armatami, ale prowadzi na wielu innych obszarach. Chociażby w mediach społecznościowych, co doskonale widać na przykładzie tzw. Państwa Islamskiego.

Właśnie podczas tego typu konfliktów hybrydowych, jak te na Krymie czy w Donbasie, czyli takiej „pełzającej” wojny, bardzo ważna jest mobilizacja społeczeństwa i edukacja, która pozwala w porę dostrzec zagrożenie oraz wspierać wojska piórem, internetem i karabinem.

Zbyt często tego typu reformy dokonywane są pod presją politycznego chciejstwa decydentów.

Roman Polko

A jak jest w innych państwach europejskich? W większości krajów NATO taka formacja jak Obrona Terytorialna funkcjonuje.

Są bardzo różne modele – w Szwajcarii właściwie każdy obywatel ma swoją broń w szafie i jest gotowy do działania w bardzo szybkim czasie – ale muszą być one dopasowane do konkretnej mentalności. Najważniejsze jednak, żeby żołnierze WOT mieli poczucie dumy z tego, że są w tej formacji. Nie mogą więc być traktowani jak wojsko drugiej kategorii, albo – jak NSR – jak jakaś pokrętna droga dostania się do „normalnego” wojska.

Kiedy odwiedziłem koszary takich jednostek obrony terytorialnej w stanie Illinois w Stanach Zjednoczonych, gdzie służy najwięcej Amerykanów polskiego pochodzenia, byłem zdumiony świetną infrastrukturą, wspaniałymi obiektami szkoleniowymi i doskonałym wyposażeniem, które tak naprawdę nie ustępowało profesjonalnym wojskom, ale było przeznaczone właśnie do zadań obejmujących przede wszystkim kwestie związane z likwidacją klęsk żywiołowych i działaniami o charakterze bardziej logistycznym. Warto popatrzeć, jak to dzisiaj funkcjonuje we Francji czy w Belgii – ludzie z tych formacji mogą być wykorzystywani chociażby do wsparcia policji w działaniach antyterrorystycznych, gdzie atut znajomości własnego terenu jest naprawdę bezcenny.

Z tego, co pan mówi, wynika jednak, że stworzenie WOT wiąże się z ogromnymi kosztami. Czy nie straci na tym regularne wojsko, któremu odbierze się środki na nowy sprzęt?

Dlatego trzeba czasu i środków z kilku lat budżetu MON wydawanych racjonalnie, bez zaburzeń dla armii regularnej. Najpierw należy stworzyć infrastrukturę, która jest w stanie żołnierzy WOT przyjąć i właściwie obsłużyć, obiekty szkoleniowe, na których będą mogli zdobywać swoje kwalifikacje, należy kupić odpowiednie uzbrojenie i wyposażenie, a na końcu dopiero można wcielać tych ludzi praktycznie, po właściwym wyselekcjonowaniu. My póki co mamy jedynie dowódców przyszłych brygad.

Największe zagrożenie, jakie ja widzę, polega na tym, że ściągniemy tych ludzi, powiemy, że już mamy Obronę Terytorialną i dopiero wtedy zaczniemy się zastanawiać, co z nimi zrobić. Mam takie doświadczenia. Kiedy 62. kompania specjalna została rozwinięta do batalionu, bo taka była wola ówczesnych przełożonych, okazało się, że dla wielu żołnierzy nawet butów zabrakło i rezerwiści powołani na ćwiczenia musieli chodzić w gumofilcach. Żartowali potem, że dostali je zamiast zwykłych butów po to, aby podczas skakania ze spadochronem od razu przeciwnika tymi gumofilcami bombardować.

Wojsko nie lubi rewolucji tylko ewolucję i tego typu plany jak budowa WOT powinny być dopasowane do naszych realiów finansowych, a nie wynikać tylko z woli politycznej. Problemem nie jest jednak tylko brak pieniędzy, lecz także brak umiejętności ich wydawania. Kiedy obejmowałem dowodzenie w jednostce „GROM”, miałem wysoki budżet, ale brakowało mi ekspertów, którzy potrafili zorganizować, przeprowadzić przetargi i po prostu kupić sprzęt. Bo pieniądze trzeba „umieć wydać” – zgodnie z przeznaczeniem i obowiązującymi obostrzeniami prawnymi, zwłaszcza w kwestii organizacji przetargów. To odwieczny problem MON. Chwalimy się, że przeznaczamy na wojsko 2 proc. PKB, ale realnie wydajemy około 1,5 proc. W samych inwestycjach i zakupach jest to jeszcze mniej. To pokazuje, jak bardzo w wojsku potrzeba specjalistów z innych branż.

Został nam jeszcze trzeci cel, jakiemu mają służyć WOT, czyli „wzmocnienie patriotycznych i chrześcijańskich fundamentów naszego systemu obronnego oraz sił zbrojnych”.

Patriotyzmu nie da się nauczyć „na rozkaz”. Morale wypracowuje się w boju, a system wartości spajający ludzi zależy od realnego, a nie deklarowanego zachowania dowódców, którzy są odpowiedzialni za budowę kręgosłupa zespołu.

ŁUKASZ PAWŁOWSKI

Więcej postów