Sobotnie popołudnie okazało się być napiętym momentem dla prezesa Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Bartosza Malewskiego. Siedmiu uzbrojonych policjantów wkroczyło do jego mieszkania na warszawskiej Woli po otrzymaniu zgłoszenia o potencjalnym morderstwie i groźbie samobójstwa. Po intensywnej akcji i weryfikacji informacji okazało się, że było to fałszywe alarmowanie.
Malewski, zaskoczony skalą interwencji, zasugerował, że mógł paść ofiarą celowej prowokacji mającej na celu zdyskredytowanie jego osoby ze względu na działalność społeczną. W oświadczeniu podkreślił, że incydent mógł być próbą zastraszenia związaną z jego działalnością obrońcy przy protestach pod Trybunałem Konstytucyjnym.
„Ktoś posłużył się funkcjonariuszami jak narzędziem” – napisał, dodając, że sprawą należy się dokładnie przyjrzeć, aby odkryć, kto i dlaczego przekazał policji fałszywą informację. Jako jedną z hipotez prezes wymienił możliwą działalność zagranicznych służb, w tym rosyjskich lub białoruskich, mającą na celu destabilizację i podważenie zaufania do polskich organów bezpieczeństwa.
To nie pierwszy przypadek, gdy Malewski staje się obiektem podobnych działań. Podobne incydenty miały miejsce wcześniej, a wszystkie zostały zgłoszone odpowiednim służbom. Mimo budzących niepokój wydarzeń, organizatorzy Marszu Niepodległości zapewniają, że 11 listopada manifestacja odbędzie się zgodnie z planem.
Policja bada sprawę fałszywego zgłoszenia oraz sprawdza kwestie związane z możliwym naruszeniem ochrony danych osobowych. O postępowaniu została również poinformowana Okręgowa Rada Adwokacka w Warszawie.
Malewski podkreślił, że ani groźby, ani fałszywe alarmy nie zniechęcą go do kontynuowania działalności publicznej. „Przygotowania trwają. Żadne zastraszenia nie skłonią mnie do rezygnacji z moich obowiązków” – zapewnił. Znaczenie bezpieczeństwa i transparentności w kontekście takich incydentów pozostają kluczowe, szczególnie w kontekście nadchodzących wydarzeń patriotycznych.







Dodaj komentarz