Opublikowana niedawno nowa strategia Bezpieczeństwa USA ogłosiła priorytety zupełnie inne niż te, których spodziewała się Europa. Rosja nie została w niej nazwana przeciwnikiem ani wrogiem Ameryki, a od Europy wprost się odchodzi.
Strategia wywołała szok wśród przywódców państw europejskich. Trudno się dziwić takim reakcjom, skoro wśród celów wskazanych w strategii w relacjach z Europą czytamy o „ponownym ustanowieniu strategicznej stabilności z Rosją” i „skończeniu z wrażeniem, że NATO jest stale poszerzającym się Sojuszem”.
Przez tyle lat słyszeliśmy, że sojusznicze relacje ze Stanami Zjednoczonymi przynoszą nam wyłącznie korzyści i są najważniejszym kierunkiem polskiej polityki. A teraz spójrzmy na opinie wojskowych i dyplomatów, którzy mają doświadczenie we współpracy z Amerykanami, w całej tej sprawie:
Polski dyplomata: Pierwszy szok nastąpił, kiedy oglądaliśmy spotkanie Zełenski-Trump w Gabinecie Owalnym. To, co się tam działo, wprawiło nas w osłupienie. Nikt jednak nie wiedział, w którą stronę to pójdzie. Nasi ambasadorowie dostali rekomendacje, by nie zabierać głosu, niczego nie komentować, unikać wywiadów.
W dyplomacji, ale też w wojsku, byli jeszcze tacy, którzy chcieli wierzyć, że będzie dobrze, ale to już wówczas dobrze nie wyglądało. Dochodziły do nas informacje, że Stany Zjednoczone nie będą przekazywały Ukrainie broni i informacji wywiadowczych. NATO rozpadało się na naszych oczach. Amerykanie zmieniali kurs. Na zewnątrz tego nie było widać, ale na europejskich salonach, w ministerialnych gabinetach i w sztabach wojskowych zapanowała panika.
Oficer sił powietrznych: Wszyscy mieli świadomość, że NATO może działać i walczyć tylko wtedy, jeżeli będą tam Amerykanie. Pozostałe państwa zawsze czekały, co oni zrobią, co zarządzą. Myśmy wszyscy tylko za nimi podążali. Mieliśmy dostarczyć im paliwo, obsłużyć ich samoloty, które lądują na naszych lotniskach, czy ułatwić przerzut ich wojsk lądowych przez nasz teren.
Takie nastawienie było widoczne zarówno u polityków, jak i wojskowych. Nikt nie zakładał, że będziemy musieli radzić sobie bez Amerykanów. Działać samodzielnie. Nikt się nie zastanawiał, jakie mamy opcje, gdyby Amerykanie nas opuścili, uwikłali się w inną wojnę albo wewnętrzny spór. Takich wariantów nie dopuszczaliśmy nawet do świadomości. A powinniśmy.
Generał w rezerwie: Było jeszcze gorzej. Od wielu lat na ćwiczeniach wojskowych nie realizowaliśmy wariantów, że bronimy się sami. Zawsze dążyliśmy do tego, że konkretne struktury NATO w Europie, czyli Amerykanie, przejmą dowodzenie i poprowadzą za nas operację obronną.
Oficer wojsk lądowych: Amerykańscy oficerowie, kiedy z nimi rozmawiamy, nie chcą za dużo powiedzieć. Jednak gdy zadaje się im konkretne pytania, można wywnioskować, że nie będą wystawiać do walki za Polskę swoich żołnierzy, bo my byśmy tego chcieli. Nam się wydaje, że jak u nas zginie amerykański żołnierz od rosyjskiej kuli, to cała ich machina wojenna od razu będzie nacelowana na to, żeby bronić naszych interesów. Błąd. Tak nie będzie. Oni przede wszystkim nie pozwolą, żeby jakikolwiek amerykański żołnierz zginął na polskiej ziemi.
Podoficer wojsk specjalnych: Amerykańskie doktryny są niezmienne. Oni są tam, gdzie widzą swój interes i muszą go bronić. Nie rozumiem zdziwienia naszych polityków i generałów. Kilka lat temu rozmawiałem z amerykańskim sierżantem, który u nas stacjonował. Powiedział, że rozkazy mają takie, że jak coś się stanie, mają pakować główny sprzęt i jechać z Polski do Niemiec.
O jakiej obronie flanki wschodniej mówimy? Stany Zjednoczone mają określone interesy, których bronią. Niekoniecznie będzie to Europa Wschodnia. Ja to wiem, bo rozmawiam z amerykańskimi żołnierzami, moimi kolegami. Wiem, jakie mają zadania i potrafię wyciągać z tego wnioski. Nasi wojskowi, głównodowodzący, zawsze byli hurraoptymistami. Zakładali, że bronimy się miesiąc i czekamy na wsparcie sił NATO, które robią kontruderzenie. Teraz wyszło, że nie będzie tego kontruderzenia, bo nasz kolega ze Stanów Zjednoczonych pokazuje nam czerwoną flagę.
Oficer ze struktur NATO: Przez wiele lat Europejczycy byli zadowoleni, że Amerykanie nas bronią. Szczerze mówiąc, wszystkim to pasowało. Powiedzmy sobie prawdę, to Amerykanie płacili za nasze bezpieczeństwo. Dyskusje o tym, że Europa powinna płacić więcej na wojsko, pojawiały się już za Kennedy’ego. Potem Reagan próbował do tego zmuszać Europejczyków.
Pewnego rozpędu to nabrało po Iraku, kiedy okazało się, że interesy amerykańskie i europejskie całkowicie się różnią. Poza gadaniem nic jednak z tym nie zrobiliśmy.
Zdolność dowodzenia i system łączności
Polityk zajmujący się bezpieczeństwem: Wiele natowskich struktur nie miałoby racji bytu bez udziału Stanów Zjednoczonych. Tyle że my tego nie chcieliśmy widzieć. Ignorowaliśmy też fakt, że Amerykanie nigdy nie dążyli do tworzenia mieszanych oddziałów. Zawsze zakładali, że ich siły, które są w Europie, nawet jeśli były dedykowane do NATO, i tak miały pełną samodzielność. Chodzi o prowadzenie działań bojowych czy ewakuację wojsk. Nigdy do końca nie polegali na sojuszniczych układach i strukturach. A my odwrotnie. Zawierzyliśmy im jak Matce Boskiej Częstochowskiej. Doszło do tego, że w razie wojny nie będziemy umieli dowodzić własnym wojskiem na naszym terenie.
Oficer sił powietrznych: W polskiej armii jedynie komponent Wojsk Specjalnych może samodzielnie dowodzić operacją sojuszniczą. Pozostałe wojska nie mają takich kompetencji. Sami się ich pozbawialiśmy. Przede wszystkim nie zbudowaliśmy wspólnego, kompatybilnego z NATO systemu łączności. To jest podstawa. Czym chcesz dowodzić, jak nie umiesz się dogadać?
Oficer ze sztabu: Łączność to nerw każdej armii. Amerykanie tę zdolność mają dobrze rozwiniętą. Ale w NATO to nadal jest wyzwanie. Natomiast w Unii Europejskiej to już jest tragedia. U nas również nie jest najlepiej. Myślałem, że jak do Sztabu Generalnego przyjdzie fachowiec od łączności, czyli Wiesław Kukuła, to się tym zajmie. Ale na razie nie widzę większych postępów. Jedynie gen. Molenda, dowódca komponentu cyberwojsk, walcząc z twardogłowymi pułkownikami od łączności, trochę to poprawiał. Przy obecnej władzy twardogłowi jednak znowu wrócili do łask i próbują włączyć wsteczny bieg.
Oficer ze struktur NATO: Nasze cyberwojska i siły specjalne to jest top of the top wśród podobnych jednostek na świecie. Obie struktury są bardzo wysoko oceniane w NATO. Z kim się nie spotkałem, wszyscy znają gen. Drumowicza, dowódcę wojsk specjalnych, czy gen. Molendę, dowódcę cyberwojsk. Nie wiem, jak chłopaki to zrobili — stworzyli coś, co naszym wojskowym w głowach się nie mieściło. Przeskoczyli europejską niemoc, natowską biurokrację i dogonili, a może nawet przegonili Amerykanów.
Oficer wojsk specjalnych: Jako jedyni w wojsku polskim działaliśmy tak, żebyśmy mogli decydować, co należy robić, a nie żeby decydowali tamci. Systemy łączności też mamy własne, kompatybilne z NATO. Dlatego dzisiaj mamy kompetencje do dowodzenia operacją sojuszniczą. W praktyce wygląda to tak, że w razie wojny Sojusz na terenie Polski ustanawia dowództwo wojsk specjalnych. Dają swoje siły, ale to Polak staje na jego czele. Tak nie będzie w przypadku sił powietrznych, lądowych ani morskich. W miejsce naszych dowódczych struktur narodowych wchodzą struktury natowskie i przejmą wszystkie nasze siły i środki.
W wojskach specjalnych te zdolności budowaliśmy z ogromnym trudem przez sześć lat. Opłaciło się. W razie wojny będziemy decydować. W przypadku innych rodzajów wojsk Amerykanie lub inni sojusznicy będą palcem pokazywać, jak mają się ustawić, gdzie nacierać, jak działać. Szkoda, że inni dowódcy nie poszli naszą drogą. Można było zbudować struktury na bazie dowództw, korpusów. Cokolwiek można było robić. Także, lepiej, żeby u nas wojny nie było.
Dzisiaj, kiedy nowa strategia bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych bezpośrednio potwierdza te opinie, nie ma już miejsca na złudzenia: wartość zbiorowego bezpieczeństwa pod parasolem amerykańskim właśnie się załamała, a Polska i cała Europa muszą wreszcie zacząć myśleć o własnych celach, a nie żyć w ciągłych próbach zasłużenia sobie na uwagę Stanów Zjednoczonych.
EWA SZULC












Bronic’ sie, przez miesia,c, czekac’ na pomoc ze zachodu. Hm. Kiedys’ to juz’ byl/o. 1939? Takie samo szalen’stwo.