Co z ofiarami gwałtów, o których mówiła ukraińska RPO? „Nic nie wskazuje na ich istnienie” – Ukraińska Prawda.

Co z ofiarami gwałtów, o których mówiła ukraińska RPO? „Nic nie wskazuje na ich istnienie” – Ukraińska Prawda.

Ustalenia czołowego ukraińskiego portalu informacyjnego Ukraińska Prawda potwierdzają, że ukraińską rzecznik praw człowieka Ludmyłę Denisową odwołano ze stanowiska, ponieważ nie potrafiła przedstawić dowodów na historie o gwałtach rosyjskich żołnierzy, które opowiadała publicznie. Za informowanie o takiej przyczynie odwołania Denisowej nasz portal został zaatakowany przez rządowe centrum NASK, zajmujące się tropieniem „dezinformacji” w sieci oraz powtarzający za nim portal spidersweb.pl.

W artykule autorstwa Soni Łukaszowej opublikowanym w poniedziałek portal Ukraińska Prawda przedstawił swoje ustalenia dotyczące powodów odwołania ze stanowiska ukraińskiej rzecznik praw człowieka Ludmyły Denisowej (formalnie piastowane przez nią stanowisko to Pełnomocnik Rady Najwyższej Ukrainy ds. praw człowieka). Przypomnijmy, że ukraiński parlament odwołał ją pod koniec maja br. Jak stwierdza Ukraińska Prawda, „wydarzenie to było zaskoczeniem dla społeczeństwa”.

„Znaczną część tej historii pozostawiono jako nieznaną dla opinii publicznej. I to jest zrozumiałe: jest ona niewygodna i nieprzyjemna dla dzisiejszej Ukrainy. I mogła poważnie zaszkodzić państwu w czasie wojny” – czytamy w artykule. Łukaszowa pisze, że jednak należy tę historię ujawnić, by pokazać, że „Ukraina jest w stanie przyznać się do błędów i ukarać winnych”. Mowa o Ludmyle Denisowej.

Jak dowiadujemy się, biuro ukraińskiej rzecznik praw człowieka wraz z początkiem rosyjskiej inwazji uruchomiło całodobową infolinię dla ludzi poszkodowanych przez wojnę. Jeden z pracowników biura powiedział Ukraińskiej Prawdzie (dalej – UP), że w tym czasie odbierano kilkadziesiąt telefonów dziennie; odbierali je zwykli pracownicy biura. Wsparcie techniczne zapewniło UNICEF. Według oficjalnych danych w okresie od lutego do maja biuro Denisowej odebrało telefony od 50 tys. osób. Od 1 kwietnia Denisowa uruchomiła dodatkową infolinię, obsługiwaną tym razem przez specjalistów, również przy wsparciu UNICEF.

„Oświadczono, że na linii pracuje 5 zawodowych psychologów, a w ciągu pierwszych dwóch tygodni o pomoc [na infolinię] zgłosiło się 400 ludzi, głównie mówiąc o przestępstwach seksualnych” – czytamy w artykule. W efekcie przy biurze Denisowej funkcjonowały dwie osobne infolinie.

Na czele infolinii z pomocą psychologiczną stanęła Ołeksandra Kwitko, także przedstawiona jako psycholog. Kobieta wielokrotnie udzielała wywiadów ukraińskim i rosyjskim mediom, opowiadając przerażające historie o gwałtach. Opowieści te pojawiły się później na oficjalnych stronach internetowych biura oraz w ustach samej Denisowej. Opowiadano o grupowym znęcaniu się nad dziewczynkami na oczach matek, gwałtach na małych dzieciach, w tym za pomocą łyżek czy świeczek. W maju Denisowa udała się na Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, gdzie opowiadała, że codziennie setki osób składa relacje o rosyjskich zbrodniach.

Drastyczne i szczegółowe opowieści Denisowej i Kwitko zwróciły uwagę dziennikarzy, którzy bezskutecznie próbowali je potwierdzić. „Ukraińskie media podpisały wówczas petycję zbiorową: zwróciły się do pełnomocnika o zmianę retoryki, uważne dobieranie słów i niepublikowanie niezweryfikowanych informacji” – pisze Łukaszowa.

Jak dowiadujemy się z artykułu, pierwsi podejrzeń wobec funkcjonowania infolinii psychologicznej nabrali pracownicy biura Denisowej. Podczas gdy operatorzy „zwykłej” infolinii rejestrowali wszystkie rozmowy i regularnie przekazywali relacje na temat przestępstw organom ścigania, to działanie „infolinii Kwitko” było owiane tajemnicą. Nie wiadomo nawet, jak nazywali się ludzie, którzy rzekomo tam pracowali, czy rozmowy były rejestrowane i ile ich było.

Jak ustaliła UP, Ołeksandra Kwitko jest córką Ludmyły Denisowej. Formalnie o nepotyzmie nie ma mowy, ponieważ Kwitko została zatrudniona przez UNICEF a nie biuro rzecznika.

Źródła w organach ścigania, biurze ukraińskiego rzecznika praw człowieka i kierownictwie partii rządzącej „Sługa Narodu” przekazały UP, że „historii zbrodni, o których Denisowa i jej córka mówiły publicznie, nikt organom ścigania nie przekazywał, podobnie jak danych kontaktowych ofiar”.

Nie tylko dziennikarze próbowali weryfikować opowieści Denisowej. Zainteresowali się nimi ukraińscy prokuratorzy, pomimo braku formalnych doniesień o popełnieniu przestępstwa. Sprawdzano zgłoszenia do lekarzy, na policję, dane dotyczące zmarłych, usiłując znaleźć przypadki opisywane przez Denisową.  Niewiele to dało, ponieważ w kwietniu ukraińscy prokuratorzy dysponowali danymi tylko o jednym potwierdzonym przypadku znęcania się nad dzieckiem [z artykułu nie wynika jasno, czy chodzi o przemoc seksualną – red.], w połowie czerwca o dwóch takich przypadkach.

W związku z tym Denisową wezwano na przesłuchanie w charakterze świadka. Podczas pierwszego przesłuchania nie potrafiła wskazać źródła swoich informacji. Podczas drugiego przesłuchania, tuż przed swoim odwołaniem, przyznała, że wszystkie opowiadane historie usłyszała od swojej córki. Nie pamiętała, czy rozmawiała z innymi psychologami z infolinii.

Córkę Denisowej również wezwano na przesłuchanie. Jak dowiedziała się UP, Kwitko zeznała, że w ciągu półtora miesiąca na jej infolinii odebrano około 1040 telefonów, z czego 450 dotyczyło gwałtu na dzieciach. Jednak prokuratura ustaliła, że w rzeczywistości w tym czasie infolinia odebrała tylko 92 telefony.

„Kwitko nie mogła podać żadnych szczegółów: kto do niej dzwonił, do jakich lekarzy skierowała ofiary. Nic nie wskazuje na to, że te ofiary naprawdę istniały” – czytamy w artykule.

UP dowiedziała się nieoficjalnie, że po zakończeniu przesłuchań Denisowa tłumaczyła prokuratorom, że opowiadała przerażające historie, ponieważ chciała „pomóc Ukrainie zwyciężyć”. Wcześniej tłumaczyła pracownikom infolinii, że jest na „froncie wojny informacyjnej”.

Niepotwierdzone dowodami przerażające opowieści Denisowej zaczęły być dla Kijowa problemem na arenie międzynarodowej, co stało się jednym z powodów jej odwołania – twierdzi UP. Europejscy partnerzy apelowali do ukraińskich organów ścigania i parlamentu o przedstawienie faktów i dowodów na gwałty, ale ukraińscy śledczy takimi dowodami nie dysponowali. Drugim powodem miało być to, że Denisowa nie koordynowała swoich działań z parlamentem, którego mandat sprawowała. Miała m.in. pojechać do Davos bez zgody przewodniczącego Rady Najwyższej Rusłana Stefanczuka.

Autorka artykułu dopuszcza, że w sprawie Denisowej mogłoby nawet dojść do postawienia zarzutów karnych, np. za oszustwo czy defraudację. Poszkodowanym mógłby w niej być UNICEF, który jednak nie kwapi się do złożenia zawiadomienia o przestępstwie.

Przypomnijmy, że już w czasie odwoływania Denisowej ze stanowiska zarzucano jej brak przedstawienia dowodów na opisywane zbrodnie. Zarzut taki wysuwał deputowany „Sługi Narodu” Pawło Frołow, o czym pisał nasz portal. Przytaczaliśmy także słowa samej Denisowej, która przyznała w jednym z wywiadów, że mogła „przesadzić” z opisami zbrodni. „Ale próbowałam w ten sposób przekonać świat do przekazywania broni i [wywierania] nacisku [na Rosję – przyp. Lb.ua]” – tłumaczyła była już ukraińska rzecznik praw człowieka. Pomimo tego, że informacje takie przekazywała strona ukraińska (w tym sama Denisowa), nasz portal został wymieniony w związku z jej przypadkiem w raporcie rządowego instytutu NASK, zajmującego się śledzeniem „dezinformacji” w sieci.

„Zauważalny jest nowy wątek rozpowszechniany między innymi przez Łukasza Warzechę. Dotyczy on ukraińskiej rzeczniczki praw człowieka, Ludmyły Denisowej, która rzekomo miała kłamać na temat rosyjskich gwałtów na ludności cywilnej po to, by państwa Zachodu zdecydowały się przekazać Ukrainie więcej broni i innej pomocy wojskowej. Narrację tę rozpowszechnia również portal kresy.pl” – napisał NASK twierdząc jakoby Denisową odwołano wyłącznie za „brutalny język i retorykę dotyczącą przestępstw na tle seksualnym”. Jeszcze dalej poszedł portal Spidersweb.pl, który powołując się na „ekspertów” z NASK, zarzucił nam w artykule pt. „Dezinformacja po rosyjsku. Wszystko co powiesz, może być wykorzystane przez Kreml”, że rozpowszechniamy „kłamliwy wątek” dotyczący „rzekomych powodów zwolnienia” Denisowej. Po naszej interwencji (a także prawdopodobnie Ł.Warzechy), z artykułu zniknął przymiotnik „kłamliwy”.

Sonia Łukaszowa zaznaczyła w swoim artykule, że nie kwestionuje faktu, że Rosjanie dopuszczają się gwałtów na Ukrainie. Dziennikarka UP przytoczyła dane mówiące o tym, że ukraińska prokuratura prowadzi obecnie 20 śledztw dotyczących takich przypadków. „Ale fałszywe historie na ten temat będą tylko grały na korzyść wroga, ponieważ brak dowodów w konkretnych sprawach może grać przeciwko Ukrainie w sądach międzynarodowych” – uważa Lukaszowa.

Kresy.pl / Ukraińska Prawda