USA: „Bitwa o duszę Ameryki” – porównanie programów Trumpa i Bidena

Do „bitwy o duszę Ameryki” – jak nazywają wybory prezydenckie i dążący do reelekcji Donald Trump, i kandydat Demokratów Joe Biden – pozostały dwa tygodnie. Ubiegający się o Biały Dom toczą spór w sprawach społecznych, ale różnią się też w wizji polityki zagranicznej.

Kandydaci mają rozbieżny stosunek do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Trump krytycznie wypowiadał się o NATO, oceniając, że jest przestarzałe. Prezydent regularnie wzywa do zwiększania wydatków na obronność państw Sojuszu. Dotyczy to szczególnie Niemiec, w których Stany Zjednoczone rozpoczęły w tym roku proces wycofania swoich 12 tys. żołnierzy.

Z kolei Joe Biden opowiada się za reformą Sojuszu, a nie za wycofaniem się z niego Amerykanów (ta kwestia pojawiła się w otoczeniu prezydenta Trumpa, choć on sam nigdy tak stanowczo się nie wypowiedział). Kandydat Demokratów mówił, że zmierza współtworzyć nową koncepcję strategiczną, w której zawarte będą m.in wyzwania rosyjskiej agresji i regresu demokracji w Sojuszu.

W kwestii Nord Stream 2 Trump od dawna podkreśla, że nie zgadza się na to, iż Stany Zjednoczone zapewniają Niemcom obronę, a Berlin ramię przy ramieniu z Moskwą realizuje kontrowersyjny projekt. Nałożone pod koniec ubiegłego roku przez amerykańską administrację sankcje doprowadziły do wstrzymania budowy gazociągu. Republikanie są zmobilizowani, by nie dopuścić do ukończenia projektu i gotowi do przeforsowania kolejnych sankcji. Źródła PAP w Kongresie nie wykluczają nawet nałożenia ich bezpośrednio na Niemcy.

Przedstawiciele sztabu Bidena deklarują zaś, że w sprawie Nord Stream 2 zostanie utrzymana presja na Rosję i przypominają, że były wiceprezydent USA wypowiadał się, iż gazociąg jest „gruntownie złą sprawą dla Europy”.

Partia Republikańska, z ramienia której startuje w wyborach Donald Trump, obawia się jednak, że zwycięstwo Bidena sprawi, iż Demokratom może zabraknąć stanowczości w próbach zatrzymania Nord Stream 2.

Różnicy między kandydatami nie widać w kwestii podejścia do Inicjatywy Trójmorza oraz rozbudowy infrastruktury, szczególnie tej energetycznej, w Europie Środkowo-Wschodniej. Projekt ten cieszy się w Waszyngtonie ponadpartyjnym poparciem, za rezolucjami w tej sprawie głosują w Kongresie zarówno Republikanie, jak i Demokraci.

W obszarze polityki zagranicznej Europa zeszła jednak w amerykańskiej kampanii na dalszy plan, na pierwszym są Chiny, o których negatywną opinię ma coraz więcej Amerykanów. Zauważyć to można w spotach obu kandydatów – zarzucają oni sobie w nich nawzajem uległość wobec władz w Pekinie.

Trump mówi, że „zwycięstwo Bidena to wygrana Chin” i nazywa koronawirusa „chińską plagą” czy „Kung Flu”. Obwinia Demokratę, że w trakcie jego trwającej kilka dekad politycznej kariery miliony miejsc pracy przeniesiono z USA do Chin.

Biden wypomina zaś prezydentowi, że ten na początku roku, kiedy epidemia była jeszcze lokalnym zmartwieniem Chin, chwalił przywódcę ChRL Xi Jinpinga za stanowcze podejście do problemu i transparentność działań. Drugim jego zarzutem jest brak stanowczości Białego Domu w wysłaniu amerykańskich śledczych do Chin w celu zbadania okoliczności wybuchu epidemii.

Obie strony zapewniają, że stawką wyborów jest „dusza Ameryki”, ale jak wynika z badań ośrodka Pew Research, w kampanii toczonej w cieniu epidemii koronawirusa Amerykanie największą wagę przywiązują do spraw gospodarczych. Dla 79 proc. z nich to „bardzo ważny temat”.

Trump, który w tym aspekcie cieszy się większym zaufaniem wyborców niż Biden, zapowiada kolejne obniżki podatków i deregulacje oraz oskarża swojego rywala o socjalizm.

Demokrata przedstawił natomiast plan wydania 700 mld USD na amerykańskie produkty (i przeznaczenie ich na rozwój infrastruktury) oraz badania i rozwój (m.in. w obszarze samochodów elektrycznych, sieci 5G oraz sztucznej inteligencji).

Bazujący w znacznym stopniu na wyborcach ewangelickich Trump w dzielących społeczeństwo w USA sprawach popiera karę śmierci i prawo do posiadania broni. Deklaruje konieczność wspierania służb bezpieczeństwa i zaprowadzenia „prawa i porządku”.

74-letni Republikanin był także w styczniu pierwszym urzędującym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, który wystąpił na antyaborcyjnym Marszu dla Życia w Waszyngtonie. „Wszyscy z nas tutaj pojmują odwieczną prawdę: każde dziecko jest cennym i świętym darem od Boga” – mówił na nim. Swojego wyborczego przeciwnika oskarżał w kampanii o bycie „przeciwko Bogu”.

W przypadku wyborczej wygranej 78-letni Biden będzie drugim katolikiem w historii USA na najwyższym państwowym urzędzie. Zaangażowany w politykę przez blisko pół wieku Biden w swoich przemówieniach często nawiązuje do Biblii, katolickiej nauki społecznej czy słów papieży. W kieszeni nosi różaniec, co niedziela wraz z małżonką Jill uczestniczy w mszy świętej. „Niektórzy Demokraci twierdzą, że jest być może najbardziej otwarcie pobożnym kandydatem tej partii od czasów Jimmy’ego Cartera w 1976 roku” – pisze portal radia NPR.

Demokrata od ubiegłego roku wypowiada się przeciwko karze śmierci i ma liberalne podejście do kwestii aborcji. Biden popiera wyrok Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych sprzed ponad 40 lat w sprawie Roe versus Wade. W decyzji tej SN uznał prawo do aborcji za „fundamentalne prawo konstytucyjne” każdej kobiety. Sąd prawnie usankcjonował wówczas dopuszczalność aborcji na życzenie w Stanach Zjednoczonych. Od tego czasu wiele stanów wprowadziło jednak szereg ograniczeń.

Z Waszyngtonu MATEUSZ OBREMSKI

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

2 Komentarze

  1. Obecnie, po agresji z 2001 roku znów okupowany jest przez Stany Zjednoczone. Wcześniej faktycznie wojna tam przyczyniła się do upadku ZSRR, co – choć może to brzmieć kontrowersyjnie, szczególnie w Polsce – nie było moim zdaniem niczym dobrym dla świata. Czy zatem Carter był pokojowo nastawiony? Wspomniałem o arcybiskupie Romero. Został on zabity niedługo po tym, jak wysłał list do Jimmy Cartera, w którym apelował do niego o zaprzestanie wspierania represyjnej junty wojskowej w Salwadorze. Carter nie zareagował, a zrobił to dopiero kilka miesięcy później, gdy amerykańskie działaczki kościelne zostały zgwałcone i zamordowane w Salwadorze. Stany Zjednoczone permanentnie angażują się w wojny, te wypowiedziane i te niewypowiedziane, niektóre utajnione przed samymi Amerykanami. Dlatego sądzę, że faktycznie – co najmniej od czasów II wojny światowej – każdy amerykański prezydent był zbrodniarzem wojennym.

  2. Przecież jednak Amerykanie mogą okazać dezaprobatę dla takiej polityki w wyborach. Czy polityka zagraniczna kraju interesuje w jakimś stopniu przeciętnych obywateli?
    – Powiedziałbym, że niestety nie. Amerykanie są kompletnie niezainteresowani polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Nie zawsze tak było. Mieliśmy przecież ogromne demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie, istniał aktywny ruch pokojowy przeciw wojnom w Ameryce Łacińskiej w latach 80., były spore protesty u progu interwencji w Afganistanie. Jednak od 2003 roku ruch na rzecz pokoju niemal całkowicie zamilkł. Polityka zagraniczna znalazła się, według sondaży, na jednym z ostatnich miejsc wśród spraw interesujących ludzi. Dzieje się tak, pomimo, że duża część wydatków publicznych przeznaczana jest na wojny, co przecież powinno być dla obywateli istotne, bo można by te środki przeznaczać np. na wydatki społeczne; mimo, że tysiące amerykańskich żołnierzy zabijają i sami giną w różnych częściach świata.

    Jeszcze w 1956 roku socjolog Charles Wright Mills wydał książkę Elita władzy, w której uznał, że za polityką Waszyngtonu stoją elity finansowe i kompleks militarno-przemysłowy. Kto dziś stoi za agresywną polityką amerykańską na świecie?
    – Myślę, że Mills miał rację, podobnie jak prezydent Dwight Eisenhower, który jako pierwszy użył terminu „kompleks militarno-przemysłowy”. Jednym z centrów takiej polityki jest własnie ten kompleks, przez który trzeba rozumieć nie tylko siły zbrojne, ale też cały szereg prywatnych korporacji wojennych. Niezależnie od tego, czy wojna jest wygrana czy przegrana, sektor ten zarabia pieniądze na sprzedaży broni, będąc istotną częścią amerykańskiej gospodarki. Uzbrojenie jest potrzebne pod warunkiem, że go używasz. Poza tym mamy jednak czynnik zaangażowania ideologicznego, polegającego na ponadpartyjnym uznaniu, że Stany Zjednoczone mają być światowym hegemonem. Ten status hegemoniczny jest dziś zagrożony przez Chiny i Rosję, stąd działania na rzecz osłabienia tych krajów. Waszyngton nie toleruje również potęg regionalnych, na przykład Iranu, nie chcąc mieć żadnych konkurentów na jakimkolwiek poziomie. Polityka zagraniczna jest w dużej mierze dyktowana przez takie podejście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*