Czy prezydent może się uniezależnić od prezesa? Żona może mu pomóc

Jaki będzie Andrzej Duda w drugiej kadencji? Czy wciąż będzie podążał ścieżką politycznego podwykonawcy prezesa Kaczyńskiego? Czy może zacznie się uniezależniać? To kluczowe dla polskiej polityki pytania na kolejne 5 lat.

Prezes Jarosław Kaczyński zbudował system, w którym — dziś to widać — właściwie tylko Andrzej Duda był w stanie wygrać wybory prezydenckie. Pisane pod niego prawo wyborcze (które dało mu trzy razy większy budżet wyborczy od Rafała Trzaskowskiego) i bezprecedensowe zaangażowanie rządu to nie wszystko. Nieformalnie pomagały nawet spółki skarbu. Prezes Orlenu w szczycie pandemicznego strachu zapraszał Dudę na wizytację fabryki przystosowanej do produkcji płynu dezynfekującego. Z kolei prezes KGHM przekonywał, że to dzięki Dudzie możliwe było zorganizowanie kupna i transportu z Chin sprzętu medycznego. Zamilkł, gdy się okazało, że KGHM zapłacił krocie za niespełniające norm maski, ściągając je — dla propagandowego efektu — największym samolotem świata.

No i — nade wszystko — niezastąpiona była TVP, która stała się maczugą wymierzającą ciosy Trzaskowskiemu i propagandową telenowelą, łagodzącą wpadki Dudy. Partyjni liderzy na czele z Kaczyńskim doskonale rozumieją, że gdyby to były wybory fair, to ich kandydat mógłby przegrać.

Kurski następny po Dudzie

Czy to rodzi dług wdzięczności po stronie Dudy? W dużej mierze tak. Widać to wyraźnie w kwestii TVP. Dzień po zaprzysiężeniu Dudy na fotel prezesa TVP wróci Jacek Kurski, którego wszak Duda chciał tej posady pozbawić.

Na początku marca Duda zażądał głowy Kurskiego. Postawił ultimatum: jeśli Kurski pozostanie szefem TVP, ustawa przyznająca 2 mld zł państwowych pieniędzy mediom rządowym nie zostanie podpisana. Bez tych pieniędzy TVP i Polskie Radio zbankrutowałyby w ciągu kilku miesięcy.

Skąd w ogóle takie żądanie? Nie, to nie dlatego, że oburzony stronniczością TVP Kurskiego prezydent postanowił przywrócić w telewizji elementarny zdrowy rozsądek. Duda chciał być po prostu lepiej pokazywany. Był przekonany, że telewizja Kurskiego ośmieszała go i nie broniła jego żony przed atakami opozycji, która zarzucała jej bierność i milczenie przez całą kadencję.

Kaczyński zagryzł zęby i Kurski odszedł. Tyle, że kilka dni po podpisaniu ustawy wrócił. Najpierw został doradcą zarządu TVP, a potem wiceprezesem TVP. Na pierwszy rzut oka, to był policzek Kaczyńskiego dla Dudy. Paradoks polega jednak na tym, że wrócił do TVP, by pomóc w reelekcji prezydenta. Kurski prowadził kampanię nie dla Dudy, tylko dla Kaczyńskiego — by prezes miał własnego prezydenta. Można się spierać, na ile Kurski pomógł Dudzie zwyciężyć, ale nie ma wątpliwości, że się do tego decydująco przyczynił.

Wiara w przemianę prezydenta

Teraz Kurski do TVP wraca — protestów Dudy nie słychać. Trudno by było Dudzie protestować, skoro to Kurski uczynił go prezydentem. Przesada? Skądże. Na Dudę zagłosowało 10,4 mln Polaków, zaś na Trzaskowskiego — 10 mln zł. Przy tak nieznacznej różnicy można w ciemno zakładać, że bez wsparcia Kurskiego Duda byłby dziś najmłodszym prezydenckim emerytem w historii Polski.

I tu dochodzimy do kwestii kluczowej. Jaki będzie Duda w drugiej kadencji? Czy wdzięczny dla Kaczyńskiego i jego ludzi za pomoc w reelekcji wciąż będzie podążał ścieżką wasala, raz na jakiś czas urywając się możnowładcy? Czy może zacznie się od Kaczyńskiego uniezależniać? Wszak już więcej kandydować nie może, a więc nie potrzebuje prezesowskiego aparatu władzy i jego pieniędzy, nie potrzebuje propagandy TVP, płynu z Orlenu i masek z KGHM.

Ci, którzy stawiają takie pytania, tak naprawdę po cichu wierzą w możliwą przemianę prezydenta.

To najczęściej stronnicy opozycji, którzy chcieliby wierzyć, że Duda może powstrzymać Kaczyńskiego.

Prezydent wetuje z rzadka i wycinkowo

Pytania o to, w jakim kierunku pójdzie Duda są w istocie pytaniami o jego poglądy, umiejętności polityczne i relacje z Kaczyńskim.

Jeśli chodzi o poglądy, to choć w przeszłości Duda był bardziej umiarkowany politycznie — wszak karierę zaczynał w centrowej Unii Wolności — to dziś jest przesiąknięty ideologią PiS od stóp do głów. Prezydent jest bardzo konserwatywny, bogobojny, eurosceptyczny, patriotyczny na modłę leśno-rozmarynową. W drugiej kadencji może będzie zdolny do temperowania co bardziej krewkich polityków PiS, ale przeciwko zasadniczej linii politycznej partii wystąpić będzie mu trudno.

Wiele o poglądach Dudy i jego motywacjach można wywnioskować oceniając to, jakie ustawy w czasie swej kadencji zawetował.

Pierwsze, zapomniane, weto z 2017 r. dotyczyło ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, która ułatwiała PiS przejmowanie kontroli nad samorządami. Duda zawetował tę ustawę na prośbę samorządowców. To może wskazywać, że w nowej kadencji nie będzie chętny do wymarzonej przez Kaczyńskiego centralizacji i odbierania samorządom kompetencji.

Potem na prośbę polityków z mniejszych ugrupowań — choćby Pawła Kukiza — zawetował ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, napisaną przez PiS tak, aby wyeliminować małe formacje. To także ostrzeżenie, że nie każdą zmianę prawa wyborczego korzystną dla PiS Duda zaakceptuje.

Prezydent odmówił także podpisania ustawy umożliwiającej degradację oficerów wojska, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą mieli „sprzeniewierzyć się polskiej racji stanu”. Wiadomo, że prosiły Dudę o to weto środowiska wojskowe, ale jednocześnie prezydent odegrał się w ten sposób na autorze ustawy, szefie MON Antonim Macierewiczu, który upokarzał go w sposób ostentacyjny.

Wspomniane weta wskazywać mogłyby, że jest gdzieś w prezydencie — czy może raczej pojawiała się momentami — chęć do mitygowania PiS, powstrzymywania partii, jeśli pójdzie o krok za daleko.

Może, ale z rzadka i wycinkowo. Bo jednocześnie Duda bez mrugnięcia okiem firmował przejmowanie przez PiS wszelkich instytucji i ręczne sterowanie nimi, stał się narzędziem w ataku na Trybunał Konstytucyjny i stanął w pierwszym szeregu podczas wojny o sądy.

Dziś widać aż nadto wyraźnie, że gdy latem 2017 r. Duda wetował ustawy sądowe PiS — wywołując entuzjazm dziesiątek tysięcy protestujących w całej Polsce — nie sprzeciwiał się wcale podporządkowaniu sądów władzy. To była to tylko kwestia ambicjonalna: nie chciał oddać sądów Zbigniewowi Ziobrze. Finalnie Duda przedstawił własne projekty, które były bliźniacze do ziobrowych, z jedną wszakże różnicą: umacniały wpływy prezydenta w sądach. Jednocześnie Duda popychał PiS do wojny z prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzatą Gersdorf, próbując ją usunąć ze stanowiska, mimo że była chroniona konstytucyjną kadencją. Cofnął się dopiero pod naciskiem Komisji Europejskiej.

Dlatego jeśli ktokolwiek liczy na to, że Duda powstrzyma krucjatę PiS, która ma na celu całkowite podporządkowanie sądownictwa, to się myli. Może to zrobić tylko Bruksela lub USA, jeśli jesienią zmieni się lokator Białego Domu.

Narzędzie w rewolucji PiS

Jest jeszcze inne, ważne pytanie. Czy Duda w drugiej kadencji pójdzie umiarkowaną jak na PiS ścieżką, czy też przyjmie postawę wojowniczą, popierając pojawiające się w Zjednoczonej Prawicy głosy wzywające do dokończenia rewolucji — ostatecznego przejęcia sądów, osłabienia samorządów i zwiększenia administracyjnej kontroli nad niezależnymi mediami.

Ten wybór jest w obozie władzy jasno spersonifikowany: Mateusz Morawiecki kontra Zbigniew Ziobro. Radykałowie przekonują, że maja Dudę po swojej stronie. Liberałowie twierdzą z kolei, że Duda nie wybrał jeszcze swej ścieżki na drugą kadencję. A — po raz pierwszy od momentu objęcia przez Dudę prezydentury — to od jego decyzji może naprawdę zależeć, w jakim kierunku pójdzie PiS.

W kampanii prezydenckiej 5 lat temu Duda wyrzucał Bronisławowi Komorowskiemu, że stał się on notariuszem rządów Platformy, bo podpisywał hurtowo ustawy Tuska. Szybko po wygranej sam stał się notarialnym automatem PiS.

W dodatku w przeciwieństwie do wszystkich wcześniejszych państwowych głów, Duda nie znalazł sobie obszarów szczególnej aktywności. Poza Lechem Wałęsą — który głównie się miotał dramatycznie walcząc o swa władzę i pozycję — wszyscy pozostali prezydenci takie obszary mieli. Kwaśniewski ciągnął Polskę do NATO i Unii Europejskiej, Kaczyński postawił na politykę historyczną i budowanie relacji ze Wschodem, Komorowski — na armię i politykę prorodzinną. A Duda?

Nic nie zrobił dla pojednania

W ciągu minionych 5 lat Duda dużo mówił o pojednaniu. Mówi tak i po wyborze, co można byłoby uznać za kształtujący się nowy program polityczny. Tyle, że Duda mówi o pojednaniu, bo zakłada, że tego oczekują jego słuchacze — i nic ponadto.

W pierwszej kadencji prezydent się w sprawie pojednania niebywale miotał. Jednego dnia potrafił pojechać na Pomorze Zachodnie czcić żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego w rocznicę forsowania Odry podczas drugiej wojny światowej („Krwi przelanej za ojczyznę nie wolno w żaden sposób dzielić i nie wolno w żaden sposób dzielić tych, którzy za nią polegli”), by drugiego udzielić wywiadu domagającego się antykomunistycznych rozliczeń („Dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk w różnych miejscach. Nigdy nie będą chcieli się zgodzić na to, żeby prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną, będą zawsze przeciwko temu walczyli”.)

Zawiódł przede wszystkim w sprawie Smoleńska. 10 kwietnia 2016 r., podczas pierwszej za rządów PiS rocznicy Smoleńska Duda mówił do tłumów: — Wybaczmy sobie wzajemnie. Wszystkie niepotrzebne, niesprawiedliwe słowa. Wszystkie te zachowania, momenty poniżenia. Apeluję o to wybaczenie, bo ono jest potrzebne dzisiaj nam i Polsce, której przyszłość musimy budować.

Po nim głos zabrał Kaczyński i nie pozostawił złudzeń: — Tak, przebaczenie jest potrzebne, ale po przyznaniu się do winy i po wymierzeniu odpowiedniej kary.

Prezydent już się nie wychyla. Silna pozycja Kaczyńskiego z jego smoleńskimi fobiami i legendami doprowadziła do tego, że Duda zarzucił wszelkie próby wysyłania pojednawczych sygnałów w kierunku tych, którzy nie wierzą w zamach. A z roku na rok widać coraz wyraźniej, że PiS nie znalazło żadnych dowodów na swe zamachowe teorie, którymi przez lata Antoni Macierewicz karmił — i wciąż karmić próbuje — opinię publiczną.

Nieliczne próby niezależności

Ta sytuacja jasno pokazuje, że jeśli chodzi o umiejętności polityczne, to Duda jest prawdopodobnie najsłabszym do tej pory polskim prezydentem — wyłączając rzecz jasna Lecha Wałęsę, który jako prezydent nie uprawiał polityki, tylko polityczną przemoc. Przez całe 5 lat Duda nie przeprowadził żadnego całkowicie własnego projektu, chwaląc się jedynie tym, że realizował pomysły PiS — a zatem samemu sprowadzając się do roli notariusza władzy. Jest całkowicie podporządkowany liderowi własnego obozu, ale nieliczne próby budowania niezależności dużo go kosztują — przeżył choćby nagonkę po wecie do ustawy degradacyjnej. Jedno się nie zmienia: obcesowe, protekcjonalne podejście Kaczyńskiego do Dudy. Prezes ostentacyjnie spóźnił się na zorganizowane na Zamku Królewskim w Warszawie wręczenie Dudzie przez Państwową Komisję Wyborczą zaświadczenia o wyborze. A potem pierwszy wyszedł.

Kaczyński traktuje prezydenta trochę jak uczniaka, który niewiele rozumie z polityki. A Duda — choć w prywatnych rozmowach potrafi krytykować Kaczyńskiego i dystansować się od części jego pomysłów i wypowiedzi — nie jest w tej chwili zdolny do publicznej krytyki prezesa.

Dlatego też jeśli ktoś spodziewa się, że Duda — uwolniony wolny od szantażu Kaczyńskiego dotyczącego wystawienia innego kandydata na prezydenta, albo przycięcia kasy na kampanię — sam z siebie jest w stanie pójść na poważne starcie z PiS, to się myli. Mogą być małe starcia, ambicjonalne wojenki, czy krótkotrwałe burze — ale partia i jej prezydent będą podążać we wspólnym kierunku.

Czy prezydentowa się odezwie?

Ale w tej przewidywalnej sytuacji jest jedna bardzo poważna niewiadoma — Pierwsza Dama. Przez ostatnie 5 lat Agata Kornhauser-Duda efektownie milczała. Przeciwnicy PiS długo wierzyli, że się odezwie, że stanie w obronie tych wszystkich, w których wymierzone były prezesowskie wyroki, sygnowane podpisem jej męża — sędziów, nauczyciel, lekarzy, rodziców dzieci niepełnosprawnych.

Dudowa jednak sprawiała wrażenie, że odpowiada jej rola paprotki w złotej doniczce.

Prawda jednak taka prosta nie jest. Otóż, podobno prezydentowa po prostu nie cierpi PiS i samego prezesa. Tak przynajmniej twierdzą moi rozmówcy z samej wierchuszki PiS. Ta niechęć do PiS tłumaczyć miałaby milczenie — prezydentowa podobno nie chce szkodzić mężowi swoimi publicznymi wypowiedziami, niezgodnymi z linią Kaczyńskiego.

To jest właśnie być może najistotniejsze pytanie na progu drugiej kadencji Dudy — czy Pierwsza Dama będzie mu przypominać, że odpowiada przez Bogiem i historią, a nie przed Kaczyńskim? Prezesowi kiedyś powiedziała, że się go nie boi, co odebrał jako policzek i długo rozpamiętywał. Pewne jest jedno — jest przeczulona na próby deprecjonowania znaczenia męża przez czołowych polityków PiS. I to znacznie bardziej, niż on sam.

Wybraniec, sługa i opiekun

„Jednym z podstawowych oczekiwań jest to, byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę. Ludzie marzą o takiej wspólnocie, jaka wśród Polaków powstała w latach 80., w czasach ˝Solidarności˝. Dlatego mówię dzisiaj do ludzi o różnych poglądach, o różnym światopoglądzie, wierzących i niewierzących: proszę o wzajemny szacunek, proszę o to, żebyśmy szanowali swoje prawa” — mówił Duda na zaprzysiężeniu 5 lat temu.

Potem stał się narzędziem w rewolucji PiS, która wszystkich inaczej myślących uznaje za zdrajców.

Nie przeszkodziło mu to znów prawić o pojednaniu pod koniec 2017 r, na progu jubileuszu 100 rocznicy odzyskania niepodległości: — Nadeszła pora, aby istotą naszego życia publicznego przestało być nieustanne, wyniszczające starcie wrogich plemion. Polska nie jest niczyją własnością. Polska nie jest nawet naszą własnością, naszego pokolenia. My tylko jesteśmy jej wybrańcami, jej sługami i opiekunami.

Potem poprowadził atak na Sąd Najwyższy, uznając hurtowo wszystkich znajdujących się w nim sędziów za komuchów. Jeszcze później była kampania prezydencka, w której Duda nie przebierał w słowach, podsycając podziały — co zresztą pozwoliło mu obronić stanowisko.

Po zwycięstwie znów zaczął mówić o pojednaniu. — Droga do zespolenia Polaków jest tylko jedna: szacunek. Proszę i będę w nieskończoność apelować o szacunek — stwierdził.

Tyle, że w drugiej kadencji apele to jednak zdecydowanie za mało.

ANDRZEJ STANKIEWICZ

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*