Usunął Macierewicza. Za to wojsko może być Dudzie wdzięczne, ale za niewiele więcej

Wojsko i obronność to jedna z niewielu dziedzin, gdzie prezydent ma rzeczywiście jakieś uprawnienia. Pomimo tego obecna kampania ten temat traktuje po macoszemu.

Choć MON nagle usilnie promuje Andrzeja Dudę, mimo że zwykle to minister Mariusz Błaszczak jest bezwzględnie numerem jeden. Szkopuł w tym, że obecny prezydent nie ma wyrazistych sukcesów na koncie. Tam, gdzie mógł je osiągnąć, tam został storpedowany przez własną partię.

Gdyby tylko pobieżnie śledzić obecną kampanię wyborczą, to w ogóle można by przegapić fakt, iż formalnie to prezydent jest najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych RP. Żaden kandydat nie poświęca temu tematowi wiele uwagi.

Obronność na marginesie lub końcu

Na stronie obecnie urzędującego prezydenta, w zakładce program, polskie wojsko jest wspomniane śladowo. Pada jedynie stwierdzenie, że „Podstawą naszego bezpieczeństwa militarnego jest silna i nowoczesna polska armia będąca istotną częścią sił sojuszniczych NATO.” I to tyle. Dwa razy jest za to wspomniany fakt stacjonowania w Polsce wojsk USA. Bezpieczeństwo natomiast jest traktowane głównie w wymiarze ekonomicznym i poprzez udział w różnych międzynarodowych inicjatywach.

Na stronie Rafała Trzaskowskiego obronność jest na szarym końcu, ale znacznie bardziej rozbudowana. Choć rozdział jej poświęcony zaczyna się od obowiązkowej krytyki obecnej władzy. Kilka razy podkreślany jest zamiar dbania o apolityczność i niedopuszczania do czystek wśród kadry dowódczej. Pojawia się nawet pomysł możliwości odwołania się od decyzji kadrowej do prezydenta. Padają zapewniania podtrzymania pewnych działań zainicjowanych przez PiS, czyli Wojsk Obrony Terytorialnej czy podnoszenia wydatków na wojsko. Do tego garść ogólnych pomysłów w rodzaju audytu działań poprzedników, dbania o weteranów, czy poprawienia działania Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Można przypuszczać, że względne rozbudowanie tego tematu w programie Trzaskowskiego, to zasługa grona jego doradców ds. obronności. To ośmiu byłych wysokich rangą oficerów i cywilnych pracowników wojska, z których większość odeszła ze służby podczas rządów Antoniego Macierewicza w MON. Ich prezentacja w połowie czerwca była jednak jedyną okazją, kiedy kandydat Trzaskowski powiedział coś więcej na temat obronności.

Nietrudno się domyślić, dlaczego obu kandydatów ten temat traktuje marginalnie. Po pierwsze, nie wywołuje on wielkich emocji wśród wyborców. Po drugie, nie ma tutaj między oboma politykami wielkich różnic. Wojsko ma być silne (w teorii). Wydatki na nie mają rosnąć (jeśli rząd nie zmieni zdania). Nowy sprzęt być kupowany (teoretycznie najlepiej krajowy). NATO, a zwłaszcza Amerykanie, mają być gwarantem naszego bezpieczeństwa.

Jak PiS pod Dudą dołki kopie

Trzeci powód jest taki, że prezydent jest owszem najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych RP, ale w praktyce w stanie pokoju, nie ma wielkiego wpływu na ich bieżące działanie. Tym zajmuje się rząd i konkretnie Ministerstwo Obrony Narodowej. Prezydent ma rolę w wyznaczaniu ogólnej strategii bezpieczeństwa, mianowaniu najwyższych rangą oficerów i sprawowaniu ogólnego nadzoru oraz kontroli. Dopiero w czasie kryzysu i wojny, zakres jego obowiązków się rozszerza. Na przykład o formalne wydawanie zgody na wysłanie wojska za granicę, wprowadzenie stanu wojennego, ogłoszenie mobilizacji, czy wyznaczenie naczelnego dowódcy.

W czasie pokoju niewiele może jednak zrobić bez współpracy z rządem. Jeśli jej nie ma lub jest kiepska, to trudno o osiągnięcia, którymi można się potem chwalić. Pokazuje to dobitnie prezydentura Dudy. Teoretycznie powinno być inaczej, bo przecież rządzi partia, z której się wywodzi. Faktycznie prezydentowi niewiele to jednak pomogło. Słaba pozycja i brak zaplecza w PiS, doprowadziły do tego, że z pierwszym ministrem obrony Antonim Macierewiczem był w stanie wojny. Obecny, Mariusz Błaszczak, co najwyżej go toleruje i gra na siebie.

Można to prześledzić na wielu przykładach. Trzy najbardziej konkretne to fregaty Adelaide, zakup F-35 i kwestia wysokości budżetu MON. Pierwsza sprawa była najpoważniejszym ciosem w powagę prezydenta i brutalnym obnażeniem jego pozycji w ugrupowaniu rządzącym. To w znacznej mierze z inicjatywy prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego zainicjowano z Australijczykami rozmowy na temat zakupu ich dwóch używanych fregat Adelaide. Okręty nie najnowsze, ale zmodernizowane, które nadal byłyby istotnym wzmocnieniem idącej na dno Marynarki Wojennej RP. Pomysł tego zakupu miał jednak przeciwników w rządzie. Finalnie owi przeciwnicy upokorzyli prezydenta. W sierpniu 2018 roku Duda poleciał na wizytę do Australii, której ukoronowaniem miało być podpisanie kontraktu na zakup okrętów. Kiedy już był w drodze, premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że ich jednak nie kupimy. Zadeklarował, że fregaty będziemy budować w polskich stoczniach, co było utopijną wizją ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka. Prezydent musiał zaciskać zęby i uśmiechać się do zdziwionych Australijczyków, fregaty w 2020 roku kupiło Chile, a polska flota nowych fregat z polskich stoczni, w tej dekadzie raczej nie zobaczy.

Sprawa australijskich okrętów dobrze pokazuje realną rolę prezydenta Dudy w polskiej obronności pod rządami PiS. Z punktu widzenia wojska przedstawiał szereg nawet dobrych pomysłów, ale jego własne środowisko polityczne mu je torpedowało. Kolejnym przykładem jest choćby zakup myśliwców F-35. Prezydent publicznie zasugerował, aby na jego sfinansowanie ustanowić specjalny fundusz poza budżetem MON. Podobnie do tego, jak zrobiono w przypadku F-16. Propozycja prezydenta została jednak pominięta przez rząd milczeniem. Duda sugerował również, aby przyśpieszyć wzrost wydatków na obronność. Proponował przeznaczyć na ten cel 2,5 proc. PKB już od 2024, a nie tak jak planuje rząd, od 2030 roku (obecnie jest to 2 proc. PKB). To jednak również zostało pominięte milczeniem.

Wyjątkową epopeją były natomiast starania prezydenta i jego współpracowników, o wprowadzenie w zamian w Strukturze Kierowania i Dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP (SKiD). Nie wchodząc w zawiłe detale i spory dotyczące tego, kto powinien wyznaczać kogo i na jakie stanowiska na wypadek wybuchu wojny, dość powiedzieć, że pomiędzy Pałacem Prezydenckim a MON pod rządami Macierewicza poszło na niemal noże. Ministerstwo forsowało swoją wizję i minister był zdania, że Duda nie powinien przeszkadzać. Ośrodek prezydencki uważał natomiast, że to on ma pierwszeństwo w tej kwestii. To w związku z tą sprawą prezydent wygłosił emocjonalną uwagę, iż minister Macierewicz stosuje „ubeckie metody”. Ostatecznie Dudzie udało się wymusić dymisję swojego przeciwnika. Z ministrem Błaszczakiem udało się nawiązać poprawną współpracę i zmiany w SKiD przyjęto w 2018 roku, choć jedynie w częściowym zakresie. Do dzisiaj nie zrobiono tego w pełni.

Również przez wojenkę z Macierewiczem zmarnowano całe lata na opracowanie nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Poprzednia była z 2014 roku i PiS ją ostro krytykowało, jako nie dość uwzględniającą zagrożenie ze strony Rosji. Pomimo tego, prezydencki BBN przesłał swoje rekomendacje do MON, na podstawie których w ministerstwie tworzony jest finalny dokument, dopiero w grudniu 2018 roku. Wcześniej, z inicjatywy Macierewicza i jego współpracowników, MON przeprowadził swój własny i niemający oparcia w procedurach, Strategiczny Przegląd Obronny. Ignorując prezydenta. Tą poprawną i zgodną z procedurami Strategię przyjęto finalnie w tym roku. Na sam koniec kadencji Dudy.

Są sukcesy, ale…

Wszystko to pokazuje, że fakt wywodzenia się prezydenta z aktualnie rządzącego ugrupowania politycznego, nie jest żadną gwarancją sprawnej współpracy na polu bezpieczeństwa. Co więcej, to głowę państwa ogranicza. Nie może bowiem krytykować, otwarcie wytykać błędów i przedstawiać propozycji swoich rozwiązań. Zostaje więc sprowadzony do roli suflera działań MON. Nie zmienią tego takie wypowiedzi, jak ta Błaszczaka z 22 maja:

Gwarancją sukcesu jest dobra współpraca między prezydentem a rządem. Tak jest od 2015 roku. Prezydent Duda nie tylko jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, który obserwuje wzmacnianie wojska polskiego, ale wręcz inicjuje procesy, które służą wzmocnieniu bezpieczeństwa ojczyzny.

W kontekście tego co się działo pomiędzy Macierewiczem i Dudą, czy jak utopiono prezydencki projekt zakupu fregat, tego rodzaju deklaracje mają charakter wręcz tragikomiczny.

Na tym całym mało pozytywnym tle, nie można jednak prezydentowi odmówić dwóch istotnych sukcesów. Po pierwsze konsekwentnie i aktywnie działał, wraz ze swoim zapleczem w BBN, na rzecz wzmacniania obecności wojskowej USA w Polsce. Ukoronowaniem tych starań było podpisanie w 2019 roku, podczas drugiej wizyty Dudy w Białym Domu, nowego porozumienia wojskowego z USA. Na jego mocy, do Polski ma między innymi trafić dodatkowy tysiąc żołnierzy amerykańskich. Realizacja tego porozumienia jest jednak rozciągnięta w czasie i jest możliwe, że Duda nie doczeka jej w Pałacu Prezydenckim. Drugim niewątpliwym osiągnięciem prezydenta było doprowadzenie do dymisji Macierewicza. Przysłużył się tym wojsku, które pod rządami ministra „wchodzimy i rozwalamy” (słowa jego bliskiego współpracownika, Bartosza Kownackiego), stoczyło się w chaos masowych odejść kadry dowódczej, radykalnych zmian w programach zbrojeniowych czy rozmieszczeniu oddziałów, oraz sprzecznej komunikacji. Zastopowanie tego, to niewątpliwe osiągnięcie. Jednak to nie walka z własnym obozem politycznym, powinna być wśród największych dokonań Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP.

MACIEJ KUCHARCZYK

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*