Głód, zniszczenie, choroby, migracje i wojna. Tak, mowa o twoim życiu

Artykuł „Deep Adaptation” prof. Jema Bendella został odrzucony przez recenzentów naukowego pisma SAMPJ.

Życzyli sobie osadzenia tekstu w tradycji badawczej, a nie ma jeszcze publikacji na temat skutków globalnej zapaści społecznej spowodowanej czynnikami ekologicznymi. Poza tym uznali, że artykuł jest zbyt przygnębiający. O „Deep Adaptation” pisze tłumacz artykułu Arkadiusz Wierzba.

Spór między zwolennikami tezy o antropogenicznym (czyli wywołanym przez człowieka) charakterze katastrofy klimatycznej a klimatycznymi negacjonistami nie jest już obecnie żadnym racjonalnym sporem, nawet jeśli medialnie (zwłaszcza w Polsce) wciąż tak wygląda.

To nierówne starcie miażdżącego konsensusu naukowców z propagandową machiną reżimu paliw kopalnych i jego największych beneficjentów, którzy dysponują zasobami finansowymi, o jakich globalny ruch klimatyczny czy sektor OZE mogą na razie tylko pomarzyć. Gdyby bracia Koch zainwestowali swoje środki w negowanie grawitacji, moglibyśmy dziś toczyć podobne dyskusje na temat prawa powszechnego ciążenia.

Aktywiści skupiający się na toczeniu dyskusji z negacjonistami klimatycznymi zapominają często o sporym niebezpieczeństwie dla ruchu klimatycznego, którym jest (nierzadko ich własny) negacjonizm wtórny (interpretacyjny oraz implikacyjny, jak go określa socjolog Stanley Cohen), czyli przekonanie, że kryzys klimatyczny to, owszem, poważne zagrożenie, ale głównie dla przyszłych pokoleń lub ewentualnie wygłodzonych niedźwiedzi polarnych, które dryfują na topniejących taflach lodu.

Ludzie już od jakiegoś czasu dryfują na podobnych taflach. Wielu z nich tonie na naszych oczach, uciekając przed najbardziej dramatycznymi skutkami zmian klimatu: falami ekstremalnych upałów, suszami, głodem czy lokalnymi wojnami o kurczące się zasoby.

Wszystkie te zjawiska są jak śmierć kanarka w dawnej kopalni, oznaczająca zagrożenie wybuchem metanu: czytelne ostrzeżenie, że koniec świata, do jakiego byliśmy przyzwyczajeni – mówiąc słowami Miłosza – „staje się już”. I jeśli nie weźmiemy na poważnie realnych konsekwencji kryzysu klimatycznego dla nas, żyjących tu i teraz, obecne strategie przeciwdziałania i adaptacji okażą się nieadekwatne do skali zagrożeń czekających tuż za rogiem lub jeszcze gorzej: obrócą się przeciwko nam.

Profesor Jem Bendell, uznany w branży specjalista od zarządzania i zrównoważonego rozwoju z University of Cumbria, w artykule sprzed roku postanowił skonfrontować ekspertów ze swojej dziedziny z najbardziej ponurymi implikacjami nauki o klimacie. Postawił sprawę na ostrzu noża, uznając, że nie możemy już dłużej wierzyć w możliwość powstrzymania eskalacji kryzysu klimatycznego.

Czas pogodzić się z nieuchronną i zbliżającą się zapaścią, czyli załamaniem aktualnego systemu społecznego i gospodarczego. W zamian Bendell nie zaproponował nihilistycznej rezygnacji ze wszelkich wysiłków, tylko ich zasadnicze przeorientowanie, które ujął w formę koncepcji głębokiej adaptacji.

Świat płonie szybciej, niż się spodziewaliśmy

Punktem wyjścia dla Bendella jest stan zmian klimatycznych w roku 2018, diagnozowany na podstawie dostępnych danych pomiarowych i prac naukowych. Już samo ich zestawienie w jednym miejscu wygląda jak scenariusz filmu katastroficznego. Tempo topnienia lodowców wykracza poza przewidywania z ostatnich dekad.

Susze są coraz częstsze, podobnie jak megapożary, huragany czy powodzie. Kto ma problem z uchwyceniem tych zjawisk w Polsce i nie wierzy naukowcom, powinien odwiedzić rolników zmagających się co roku z suszą (polecam zwłaszcza okolice kopalni odkrywkowych).

Do tego wszystkiego wykładniczo rośnie nam populacja, a więc i skala cierpienia. Bendell w tym zestawieniu odwołuje się nie tylko do największego obecnie źródła wiedzy na temat zmian klimatu, jakim są raporty IPCC, lecz sięga także po badania poszczególnych naukowców współtworzących te dokumenty.

Powód jest prosty: prognozy naukowców z IPCC są przerażające, ale jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że w ostatnich latach jest gorzej, niż przewidywały ich wcześniejsze raporty, co wynika z charakteru prac tej potężnej instytucji (konieczność konsensusu w bardzo szerokim gronie, żmudny i wieloletni proces tworzenia oficjalnych dokumentów, które nie nadążają za tempem zmian).

Najbardziej jaskrawo widać to na wykresach zestawiających prognozy topnienia lodowców z danymi pomiarowymi.

Główna teza ostatniego z cząstkowych raportów IPCC, który pojawił się po opublikowaniu pierwszej wersji artykułu, sprowadza się do jasnego zalecenia: jeśli chcemy mieć jeszcze realny wpływ na cokolwiek, musimy ograniczyć nasze emisje o 50% do 2030 roku i osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku.

Nie oznacza to, że mamy 10 lat względnego spokoju, bo do scenariusza radykalnej redukcji nawet się nie zbliżamy, a z roku na rok naszymi emisjami skracamy sobie pozostały czas i dostępny budżet węglowy. Z którejkolwiek strony spojrzymy na którąkolwiek krzywą wykładniczego wzrostu (średniej temperatury, emisji, populacji, spożycia mięsa, poziomu oceanów etc.), wyłania nam się czarny scenariusz i rodzi się bardzo ważne pytanie: a jeśli jest już za późno?

Koniec pewnego złudzenia

Bendell bez ogródek stwierdza, że jest już za późno, by powstrzymać lub spowolnić kryzys klimatyczny.  Po omówieniu aktualnej sytuacji sięga po prognozy najbardziej pesymistycznych naukowców (np. Wadhamsa, który przewiduje Arktykę wolną latem od lodu w ciągu najbliższych kilku lat), stwierdzając, że mamy maksymalnie dekadę na to, by przygotować się na nieuchronną zapaść społeczną, czyli globalny kryzys gospodarczy i społeczny spowodowany katastrofą ekologiczną:

(…) kiedy mówię o głodzie, zniszczeniu, migracji, chorobie i wojnie, mam na myśli twoje życie. Po wyłączeniu zasilania nie będziesz miał wody w kranie. W poszukiwaniu jedzenia i odrobiny ciepła będziesz zdany na sąsiadów. Doświadczysz niedożywienia. Nie będziesz wiedział, czy masz zostać czy uciekać. Będziesz się bał brutalnej śmierci z rąk innych, zanim umrzesz z głodu.

Można się z Bendellem nie zgadzać co do horyzontu czasowego przewidywanych zjawisk czy szczegółów tej wizji. Arktyka może ma jeszcze 20, a może 30 lat, a nasze rolnictwo nie padnie w najbliższej dekadzie. Sam Bendell wyraźnie zresztą podkreśla, że nie wie, gdzie i kiedy rozpocznie się globalny kryzys oraz jak szczegółowo będzie wyglądać nasza przyszłość. To zresztą robota dla wróżbitów.

Truizmem jest twierdzenie, że nie wiemy, jaka będzie przyszłość. Widzimy jednak trendy. Nie wiemy, czy potęga ludzkiego geniuszu zmieni ekologiczną trajektorię, na której się znaleźliśmy. Ostatnie lata innowacji, inwestycji i patentów pokazują jednak niestety, że ludzki geniusz wykorzystywany jest raczej na potrzeby konsumpcjonizmu czy inżynierii finansowej.

Możemy modlić się o czas, ale dowody, które mamy przed sobą, sugerują, że zmierzamy w stronę destrukcyjnych i niekontrolowanych zmian klimatycznych.

Marcin Popkiewicz, współredaktor serwisu Nauka o klimacie i znany analityk megatrendów, poproszony przeze mnie o komentarz do tekstu Bendella, stwierdził, że choć uważa horyzont czasowy prognoz Bendella za zbyt ekstremalny, zgadza się z jego główną myślą: bez wątpienia idziemy na zderzenie czołowe z granicami wzrostu i czeka nas mniej lub bardziej bolesne załamanie obecnego systemu.

Zgadza się też z konsekwencjami tej diagnozy: kryzys oznacza szansę na głęboką transformację. Jeśli chcemy ją sensownie zaplanować, to podobnie jak pacjent z zaawansowanym nowotworem musimy przyjąć do wiadomości nieprzyjemną diagnozę i ponure rokowania. Przeżyć żałobę, pożegnać szkodliwe nawyki i przygotować się na życie w zupełnie nowej rzeczywistości. Częścią procesu żałoby jest też oczywiście wyparcie, obok gniewu, targowania się i depresji. Na jego końcu pojawia się szansa na akceptację, czyli wdrożenie realnej terapii i mocne zaangażowanie, np. na rzecz głębokiej adaptacji.

Głęboka adaptacja jest mitygacją

Działania w obliczu kryzysu klimatycznego sprowadzają się do dwóch głównych celów: mitygacji (czyli redukcji emisji gazów cieplarnianych) i adaptacji do zachodzących już skutków.

Można te dwie sfery traktować oddzielnie, ale korzystniej byłoby je ze sobą łączyć. Podobnie jak warto łączyć ze sobą działania indywidualne i systemowe. W każdym z czterech głównych sektorów emisji gazów cieplarnianych (energetyce, rolnictwie, przemyśle i transporcie) możemy podjąć kroki, które mają (choćby minimalną) szansę powstrzymać eskalację kryzysu klimatycznego poprzez redukcję emisji i są jednocześnie doskonałymi sposobami na adaptację.

Dobrym przykładem są strategie dla rolnictwa: warto namawiać ludzi do ograniczenia lub rezygnacji z produktów odzwierzęcych. Przemysłowy chów, razem z wylesianiem i innymi formami użytkowania terenu, to według IPCC drugi po energetyce sektor odpowiedzialny za antropogeniczne emisje. Nawet jeśli te decyzje świata nie uratują, to osoby, które je podejmą, będą lepiej przygotowane do życia w świecie, w którym mięso stanie się towarem luksusowym i trudno dostępnym.

Łatwiej też będzie im przyjąć niezbędne i systemowe zmiany w tym sektorze, czyli skokowy wzrost cen produktów odzwierzęcych w związku z racjonowaniem pasz, likwidacją państwowych dopłat i sprzedaży interwencyjnej czy jakąś formą podatku klimatycznego. System opieki zdrowotnej też na tym skorzysta, bo nasze aktualne zwyczaje żywieniowe stanowią dla niego potężne obciążenie.

Bendell w swojej mapie nawigacyjnej katastrofy klimatycznej koncepcję głębokiej adaptacji opiera na zasadzie trzech „R”: rezyliencji (resilience), rezygnacji (relinquishment) i rewitalizacji (restoration). Czym się to różni od „płytkiej” adaptacji? Spójrzmy na energetykę węglową w Polsce, która jest zagrożona blackoutami z powodu fal upałów i niskiego poziomu wody w rzekach (mieliśmy tego przedsmak latem 2015 roku, gdy zarządzono tzw. 20 stopień zasilania).

Systemy chłodzące węglowych molochów nie radzą sobie w tej sytuacji. Możemy się do tego adaptować, ładując środki w dostosowanie elektrowni do nowych warunków klimatycznych, albo zmienić źródło zasilania, rozwijać rozproszoną energetykę obywatelską i radykalnie ograniczyć zużycie prądu, także na poziomie indywidualnym.

W pakiecie mamy wtedy i mitygację, i adaptację, a nasze miasta stają się bardziej odporne i elastyczne, czyli właśnie rezylientne. Będzie to oznaczało rezygnację z wielu dotychczasowych „luksusów” (np. pożegnamy być może świecące nocą banery reklamowe, galerie handlowe czy aquaparki, docieplimy nasze domy, a nowe będziemy budować wyłącznie w standardzie pasywnym, bo prawo budowlane na inne nie będzie zezwalać itp.). Pozwoli nam to na uzyskanie stabilizacji na zupełnie nowym poziomie. I stworzy szansę na rewitalizację, bo węgiel zostanie pod ziemią, na której rosnąć będą mogły pochłaniające dwutlenek węgla lasy. To całkiem sympatyczny pomysł na „koniec świata”, chyba że kurczowo trzymamy się status quo, czyli scenariusza business as usual.

Najbardziej obiecującą formą rezyliencji, o której Bendell również wspomina, jest wspólnota. Kooperatywy, spółdzielnie, relacje dobrosąsiedzkie. Możliwie jak najbardziej inkluzywne i sieciujące się z innymi. Szaleństwem jest wiara, że w którejkolwiek odsłonie Mad Maxa uda nam się daleko zajechać na neoliberalnym micie kowala własnego losu. Jesteśmy ssakami, którym wspólnota była, jest i będzie niezbędna do przetrwania. Wszystkie więc ruchy klimatyczne – Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, Obóz dla Klimatu czy Extinction Rebellion już dziś praktykują najbardziej rezylientną formę egzystencji, jaką jest kooperacja.

Nawet jeśli nie obalimy reżimu paliw kopalnych, razem będzie nam łatwiej sprostać konsekwencjom upadku tego systemu, czyli nieuniknionej zapaści społecznej.

Czy to aby nie przesada?

Jednym z głównych zarzutów do tekstu Bendella, oprócz zbyt ekstremalnego horyzontu czasowego jego prognoz, jest argument o rzekomo szkodliwym wpływie katastroficznych wizji na poziom niezbędnej nam mobilizacji społecznej. Jest to argument szalenie protekcjonalny, ponieważ zakłada, że obowiązkiem „światłej” elity jest ochrona nieracjonalnego ludu przed trudną wiedzą w celu skuteczniejszego sterowania jego poczynaniami. Bendell nazywa go „narcystycznym złudzeniem wymagającym natychmiastowej korekty”.

Niestety, na ten argument można się natknąć również w artykułach poważnych klimatologów i aktywistów ekologicznych. Ale, co jeszcze ważniejsze, jest to stanowisko, które nie znajduje mocnego oparcia w wiedzy naukowej na temat mechanizmów wpływu społecznego. Bendell skrupulatnie przejrzał i omówił w swoim artykule literaturę na ten temat.

Jeśli więc jako aktywiści domagamy się od polityków mówienia prawdy o kryzysie klimatycznym i podejmowania działań adekwatnych do stanu wiedzy naukowej, nie powinniśmy także podważać dorobku socjologii czy psychologii społecznej. Ani zwykłej intuicji, która podpowiada, że jeśli dom płonie, to nie jest dobry moment na stonowaną rozmowę o reformie przepisów BHP i PPOŻ.

Strach również ma potencjał mobilizacyjny. Zwłaszcza gdy ma racjonalne podstawy w postaci bardzo konkretnego zagrożenia i towarzyszy mu podejmowanie konkretnych środków zaradczych. I może czas najwyższy z tego potencjału skorzystać.

Również dlatego, że koncentracja na zbawiennej roli recyklingu czy opowieść o smutnych misiach polarnych, które to figury dominowały w „pozytywnych” kampaniach klimatycznych od czasu słynnego Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 roku, nie przyczyniły się do masowej mobilizacji w obronie stabilnego klimatu i zmian systemowych.

Podobnie jak przekonywanie ludzi, by „starali się być milsi i lepsi, zamiast namawiania ich do solidarnego podkopywania lub obalania systemu, który przyczynia się do degradacji środowiska”.

Greta Thunberg mówiąca dziś ostro o potrzebie „paniki”, miliony młodych ludzi z transparentami o przerażeniu czy Extinction Rebellion, które obywatelskim nieposłuszeństwem buntuje się przeciwko wymieraniu, to wyraźny sygnał, że czas na miłe opowieści się już skończył. Nadzieja na ocalenie starego świata umiera. Rodzi się nadzieja na nowy.

Jem Bendell – profesor na University of Cumbria (Wielka Brytania), specjalista od zarządzania, założyciel Instytutu Przywództwa i Zrównoważonego Rozwoju (Institute of Leadership and Sustainability, IFLAS), badacz, pedagog, facylitator, doradca i przedsiębiorca. Zajmuje się problematyką przywództwa i komunikacją na rzecz zmian społecznych. Współpracownik międzynarodowych korporacji, agencji międzyrządowych i organizacji pozarządowych (w tym WWF). Autor ponad 100 publikacji naukowych i czterech książek, współautor pięciu raportów ONZ. Artykuł o głębokiej adaptacji, pierwotnie napisany  dla czasopisma „Sustainability Accounting, Management and Policy Journal” (SAMPJ), został przez anonimowych recenzentów skierowany do ponownej redakcji. Ponieważ Bendell nie zdecydował się na wprowadzenie sugerowanych poprawek, które ingerowały w główne założenia tekstu i oznaczałyby de facto napisanie artykułu od nowa, tekst trafił do sieci jako artykuł okolicznościowy IFLAS i został zamieszczony w sieci razem z listem do redaktorki i recenzentów wyjaśniającym powody tej decyzji. W ciągu kilku pierwszych miesięcy został pobrany ponad 100 tysięcy razy i wzbudził szeroką dyskusję nie tylko w świecie akademickim. Jego polskie tłumaczenie dostępne jest na stronie autorskiej Jema Bendella, obok przekładów na inne języki.

Arkadiusz Wierzba – tłumacz artykułu prof. Jema Bendella, współpracownik Fundacji EkoRozwoju, trener i edukator EkoCentrum Wrocław, specjalizujący się w problematyce kryzysu klimatycznego, zanieczyszczeń powietrza oraz edukacji antydyskryminacyjnej. Aktywista Dolnośląskiego Alarmu Smogowego.

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*