Wojny pałacowe, polityka, ideologia i czystki. Cztery lata PiS w armii

PiS w armii

Po czterech latach rządów PiS armia jest uwikłana w wojny ideologiczne, upolityczniona i osłabiona przez czystki kadrowe. Sprawcą tego rozedrgania był Antoni Macierewicz, były szef MON. Od kiedy urząd sprawuje Mariusz Błaszczak, nastroje trochę się poprawiły. Problemów do rozwiązania w wojsku jest jednak nadal sporo.

Koniec października 2015 r. PiS wygrało wybory. Tekę ministra obrony otrzymał Antoni Macierewicz – polityk barwny, wyrazisty i kontrowersyjny. Znał już resort, ponieważ za pierwszych rządów PiS w latach 2005 -2007 był szefem komisji weryfikacyjnej WSI, wiceministrem obrony i szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Sposób w jaki Macierewicz przeprowadził reformę wojskowych służb sprawił, że w armii dostał przydomek „krwawy Antoni”. W raporcie z weryfikacji WSI ujawnił nazwiska czynnych agentów. Przeprowadził tam też gruntowną czystkę kadrową. Były szef SKW stał również za oskarżeniem o zbrodnię wojenną siedmiu polskich żołnierzy, którzy ostrzelali w Afganistanie wioskę Nangar Khel. Po dziesięciu latach sąd oczyścił ich z tych zarzutów.

Jesienią 2015 r. część oficerów z niepokojem czekała na rozwój wypadków. Ale nowy minister miał też wśród wojskowych spore grono zwolenników, którym nie podobała się polityka poprzedników, zwłaszcza w zakresie stopniowej likwidacji liczebności armii oraz sposobu, w jaki przeprowadzono reformę systemu dowodzenia.

16 listopada 2015 r. Tomasz Siemoniak, minister obrony za rządów PO jeszcze na dobre nie wyprowadził się z pałacyku przy ulicy Klonowej w Warszawie, kiedy zaczęła się tam wprowadzać nowa ekipa z Macierewiczem na czele. Nie było jednak przekazania obowiązków, omawiania problemów, czy nawet kurtuazyjnej rozmowy. Nowy szef MON nie zamierzał niczego konsultować z poprzednikiem. Miał swoich ludzi i plan, jak zmienić armię. Zaczął od wymiany kadr.

Następnego dnia po objęciu urzędu wezwał na Klonową gen. Bogusława Packa, komendanta Akademii Obrony Narodowej. Generał zjawił się tam późnym wieczorem. Po kilku godzinach czekania – około północy – wszedł do gabinetu szefa MON i po krótkiej wymianie uprzejmości dostał decyzję o zwolnieniu ze stanowiska.

Następnego dnia rano na Klonowej pojawili się gen. Radosław Kujawa, szef Służby Wywiadu Wojskowego i gen. Piotr Pytel, szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Oni również podzielili los gen. Packa.

Zaczęło się więc jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, potem napięcie już tylko rosło. Praktycznie codziennie jakiś oficer tracił stanowisko. Niektórzy żegnali się po cichu, o innych, jak o cenionym inspektorze wojsk specjalnych gen. Piotrze Patalongu, czy wybitnym dowódcy GROM-u, płk. Piotrze Gąstale rozpisywały się media.

Jeśli oficera nie dało się zwolnić, był przenoszony do odległych garnizonów. Tak stało się ze specjalistą z dziedziny psychologii wojskowej płk Olafem Truszczyńskim, szefem Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej, który w trybie natychmiastowym został przeniesiony do wojsk pancernych w Żaganiu.

Niektórzy dowódcy o swoim zwolnieniu dowiadywali się przez telefon od szefa departamentu kadr MON lub od wyrastającego powoli na najpotężniejszego po Macierewiczu człowieka w resorcie, Bartłomieja Misiewicza.

– Nikt, kto miał w PESEL-u szóstkę z przodu nie mógł spać spokojnie – mówił jeden z oficerów. W sumie z armią pożegnało się wtedy kilkudziesięciu generałów i kilkuset pułkowników.

– W powojennej historii Polski skala czystki, która została wtedy przeprowadzona w Siłach Zbrojnych nie miała precedensu – komentował w wywiadzie dla Onetu gen. Mieczysław Gocuł, były szef Sztabu Generalnego WP. On sam wraz z najważniejszymi dowódcami m.in. gen. Mirosławem Różańskim, dowódcą generalnym, gen. Adamem Dudą szefem Inspektoratu Uzbrojenia, czy gen. Tomaszem Drewniakiem, inspektorem Sił Powietrznych, odeszli rok później, w 2016 roku.

Dlaczego dopiero wtedy? Powód był banalnie prosty. Kiedy Macierewicz został szefem MON wojsko przygotowywało się do największych cyklicznych ćwiczeń „Anakonda-16”, na których razem z naszymi żołnierzami działało dwanaście tysięcy Amerykanów. Dodatkowo w 2016 r. odbyły się dwie ważne imprezy: szczyt NATO w Warszawie i Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Kierownictwo resortu potrzebowało doświadczonych ludzi. – Macierewicz uznał, że nasze odejście mogłoby zaburzyć któreś z tych przedsięwzięć. To była zimna kalkulacja – mówił gen. Różański w rozmowie z Juliuszem Ćwieluchem, dziennikarzem „Polityki”.

– Wiedziałem, że gdy odejdę przed szczytem NATO, to nazwą mnie tchórzem. Wypowiedzenie złożyłem 4 lipca. Wręczyłem je ministrowi i powiedziałem, że formuła naszej współpracy się wyczerpała – powiedział gen. Gocuł.

Miażdżący audyt i błyskawiczna naprawa armii

Wiosną 2016 roku Antoni Macierewicz przedstawił w Sejmie wyniki audytu Sił Zbrojnych za czasów PO-PSL. Niezwykle krytycznie ocenił działania poprzedniego rządu w odniesieniu do modernizacji technicznej, sposobu uzawodowienia armii czy struktur dowodzenia. Grzmiał, że wojsko ma ograniczone zdolności do opóźniania działań potencjalnego agresora, bez zapewnienia realnych gwarancji udzielenia pomocy sojuszniczej. Krytykował służby kontrwywiadu i wywiadu wojskowego, prokuraturę wojskową oraz część kadry dowódczej. Na koniec stwierdził, że mimo tak wielkich zaniedbań, udało mu się jednak w ciągu zaledwie kilku miesięcy armię naprawić.

Tomasz Siemoniak, były szef MON tak odpowiedział na te zarzuty: – Minister Macierewicz jak Herkules, w ciągu kilku miesięcy wszystko odbudował i teraz armia jest w świetnym stanie.

Po audycie Macierewicz zapowiedział też złożenie szeregu zawiadomień do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstw przez poprzedników. Żadnego jednak nie złożył.

Polityka kija i marchewki

Z jednej strony Macierewicz pozbywał się starszych oficerów, z drugiej kupował przychylność młodego wojska podwyżkami i możliwością szybkich karier oraz awansów. Wzrost uposażeń żołnierzy w latach 2016-2017 sięgnął 6-10 proc., w zależności od stopnia. Co oznacza, że zarobki poszły w górę o kilkaset złotych. Żołnierze nie ukrywali wdzięczności dla nowego szefa MON, tym bardziej, że poprzednia ekipa na lata zamroziła pensje w wojsku.

Sympatii Macierewiczowi w oczach szeregowych przysporzyło też zniesienie ich 12-letniego limitu służby. Wcześniej, jeśli przez okres kontraktu nie awansowali na wyższe stopnie i nie podnosili swoich kwalifikacji, musieli pożegnać się z wojskiem bez emerytury. Od 2016 r. mogą spać spokojnie.

Pieniądze to jednak nie wszytko. Nowy szef MON stworzył system szybkich awansów z pomijaniem wcześniejszych wymogów, jak szkolenia czy kursy oraz odblokował limity awansowe. Czystka kadrowa sprawiła ponadto, że nagle w jednostkach i instytucjach wojskowych do obsadzenia były setki wolnych stanowisk. Oficerowie, którzy przez lata nie awansowali poczuli nagle, że oni też noszą buławę w plecaku.

To była ta jaśniejsza strona księżyca. Szybko okazało się, że jest też ciemna. Nowa rzeczywistość pokazała, że aby awansować oficer musiał być uległy i robić to, co władza każe. A kierownictwo MON testowało uległość dowódców na różne sposoby m.in. wysyłając do jednostek Bartłomieja Misiewicza. Dowódca musiał go przyjmować jak ministra, w przeciwnym razie dostawał wilczy bilet. Testu nie zdało kilku oficerów, na przykład gen. Andrzej Reudowicz. Gdy wszechwładny rzecznik wizytował 12. Dywizję Zmechanizowaną, jej dowódca nie witał go przed bramą lecz w gabinecie. Misiewicz poczuł się na tyle urażony, że aby gen. Reudowicz stracił stanowisko. Przed wyrzuceniem z wojska uchroniło go tylko to, że znaleziono mu miejsce za granicą.

Podobny błąd popełnił płk Zenon Brzuszko, dowódca 21. Brygady Strzelców Podhalańskich. Ten twardziel po trzech misjach, doświadczony dowódca, też poległ podczas wizyty rzecznika w jednostce. Nie przyjął go z honorami, co skończyło się dla niego dymisją i wyjazdem za granicę.

Gen. Różański: – Ludzie bali się Misiewicza, bo czuli, że ma pełne poparcie ministra Macierewicza, a na dodatek nie ma wiedzy, doświadczenia i żadnych hamulców. Mordercze połączenie. Wylecieć mógł właściwie każdy.

W jednostkach wojskowych, które wizytował Misiewicz był przyjmowany jak minister. Żołnierze tak go tytułowali i oddawali mu nienależne honory. Ostro na to zareagował gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojak Lądowych, niezwykle szanowany w armii. – Nie ma mojej zgody na takie zachowanie. Bronię godności munduru i żołnierza polskiego. Nie może być tak, że żołnierze są zmuszani do oddawania honorów – tę kwestię regulują wojskowe przepisy – powiedział, a kilka dni później został zwolniony ze stanowiska doradcy w Wojskowym Instytucie Technicznym Uzbrojenia w Zielonce.

Weekendowi generałowie Macierewicza

Lecz jeśli ktoś był uległy wobec władzy, kariera w armii stała przed nim otworem. Głośnym echem odbiła się na przykład nominacja gen. Tomasza Połucha, na komendanta głównego Żandarmerii Wojskowej. W grudniu 2015 r. Misiewicz na polecenie Macierewicza kierował nocną akcją wejścia żandarmerii do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu Wojskowego NATO w Warszawie. Sprawa wzbudziła kontrowersje także na arenie międzynarodowej, ponieważ Centrum jest palcówką NATO.

Ówczesny komendant ŻW gen. Piotr Nidecki nie wyraził zgodny na udział żołnierzy w tej – wątpliwej pod względem prawnym, jak się potem okazało – akcji wejścia do Centrum. Zwołał więc odwołany. Jego następca, gen. Połuch nie miał takich wątpliwości. Nie miał też oporów, by przyjeżdżać nocą do jednostki, aby z honorami otwierać Antoniemu Macierewiczowi basen ŻW, bo akurat szef MON lubi pływać. Żandarmeria zorganizowała nawet trampolinę na swoim basenie, bo Macierewicz jest zapalonym skoczkiem do wody.

Ludzi ministra nie można było jednak ot tak awansować. Powinni byli kończyć kursy generalskie, które trwają rok. To podyplomowe studia polityki obronnej prowadzone na Akademii Sztuki Wojennej (ASzwoj). Władze MON wpadły natomiast na pomysł kształcenia przyszłych generałów na kursach weekendowych. To jedyny w NATO przypadek kształcenia generałów na zajęciach niestacjonarnych.

Lista absolwentów tych kursów nigdy nie została oficjalnie ujawniona. Z nieoficjalnych informacji Onetu wynika, że ukończyli je najbardziej zaufani oficerowie Macierewicza m.in. rektor Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu gen. Dariusz Skorupka, dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej gen. Wiesław Kukuła czy dowódca Garnizonu Warszawa gen. Robert Głąb, czy sam komendant ASzwoj, gen. Ryszard Parafianowicz.

W wojsku o absolwentach tych kursów mówi się, że to „weekendowi generałowie Macierewicza”. Z drugiej strony tych, którzy zostali przez niego usunięci z armii nazywa się „generałami PO”. Wojsko stało się upolitycznione i podzielone.

– To był czas niepotrzebnych emocji. Zamiast podnoszenia zdolności bojowych zaczęły się ideologiczne wojny między oficerami w służbie, a tymi którzy odeszli. To obniża morale żołnierzy i zaufanie społeczeństwa do systemu bezpieczeństwa państwa – uważa Marek Świerczyński, dziennikarz i analityk spraw wojskowych z „Polityka Insight”.

Niekompetencja i brak przygotowania do służby nowych dowódców zaczęły odbijać się wkrótce na jakości szkolenia żołnierzy. Trudno się dziwić, gdy dowódcą brygady powietrzno-desantowej zostawał nieskaczący oficer, dowódcą wojsk specjalnych oficer z wojsk lądowych, a komendantem największej uczelni wojskowej historyk z doktoratem o żołnierzach wyklętych.

Macierewicz od razu narzucił też armii własną narrację historyczną. Zarządził m.in. przegląd izb tradycji w jednostkach wojskowych. Wkrótce zaczęły z nich znikać pamiątki z czasów PRL, ale też III RP. Z korytarzy dowództw, uczelni i instytucji wojskowych zdejmowano portrety poprzednich szefów. Nagle pojawiali się też nowi patroni – żołnierze wyklęci. Po początkowej fali euforii, zaufanie żołnierzy do cywilnych nadzorców armii zaczęło powoli spadać.

Przyczyniło się do tego również to, że kosztem wojsk operacyjnych szef MON hołubił organizacje proobronne i klasy mundurowe. Z budżetu MON na te cele płynęły wówczas miliony złotych.

Nagle członkowie organizacji militarnych byli zapraszani – bez określenia zadań i przepisów prawnych – na ćwiczenia wojskowe, jak Anakonda -16, czy Dragon-17. Kiedy sojusznicy, którzy współdziałali z polskim wojskiem zorientowali się w pewnym momencie, że są tam osoby niebędące żołnierzami, zgłosili oficjalny sprzeciw do MON.

Współpracę resortu obrony z organizacjami proobronnymi w ubiegłym roku zbadała Najwyższa Izba Kontroli. Raport NIK był miażdżący dla MON. Izba stwierdziła, że zaspokajano głównie potrzeby organizacji proobronnych, a nie resortu obrony narodowej. Wojsko – kosztem szkolenia żołnierzy – musiało członkom tych organizacji i uczniom klas mundurowych udostępniać strzelnice i sprzęt poligonowy. Dane są porażające. Przykładowo, na szkoleniu strzeleckim – organizowanym oczywiście przez armię – członek grupy paramilitarnej dostawał 250 stuk amunicji, uczeń klas mundurowych 60 sztuk, a żołnierz 6 sztuk.

Także kosztem wojsk operacyjnych Macierewicz budował swój sztandarowy projekt – Wojska Obrony Terytorialnej. Powołał je do życia jako samodzielny, piąty rodzaj sił zbrojnych. Podpisując wiosną 2016 r. ustawę o WOT powiedział, że chodzi o „przywracanie wychowania patriotycznego w naszym społeczeństwie.”

WOT składają się z dowództwa oraz brygad rozsianych po całej Polsce. Docelowo w 2021 r. ma istnieć 17 brygad, w których mają służyć 53 tys. żołnierzy. Dziś w obronie terytorialnej służy ponad 21 tys. żołnierzy, z czego ponad 3 tys. to żołnierze zawodowi, którzy zajmują się szkoleniem oddziałów ochotniczych. Ochotnicy zaś za stawiennictwo na ćwiczeniach raz miesiącu w weekend i za tzw. gotowość dostają 500 zł. Stąd od razu projekt ochrzczono mianem „500+ karabin”.

Misję utworzenia WOT Macierewicz powierzył gen. Wiesławowi Kukule, byłemu dowódcy Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Ten czterdziestokilkuletni oficer był wysoko oceniany za dotychczasową służbę w jednostkach specjalnych, jednak po przyjęciu propozycji od Macierewicza spadła na niego lawina krytyki. Wróżono mu też szybką porażkę. Jednak WOT to projekt polityczny. Nie tylko dla Macierewicza był oczkiem w głowie, Mariusz Błaszczak, jego następca też sporo w niego inwestuje.

Dowódca WOT-u dostał więc znaczące fory. Przede wszystkim budżet sięgający ok. 4 mld. zł w ciągu czterech lat. Za sprawą uproszczonej ścieżki zakupów ma dostęp do najnowszego sprzętu i uzbrojenia oraz zielone światło, by z wojsk operacyjnych zabierać najlepszych żołnierzy oferując im awanse i wyższe uposażenia. W tych warunkach gen. Kukuła idzie jak burza, a poparcie dla WOT, zwłaszcza w małych, lokalnych społecznościach rośnie. Z drugiej strony, rację mają krytycy, którzy twierdzą, że WOT budowany jest kosztem wojsk operacyjnych, co prowadzi do osłabienia systemu obronnego państwa.

Niezależnie od finału, nad WOT zawsze będzie krążył cień Macierewicza. Tym bardziej, że były szef MON zachwalając możliwości tych wojsk znacznie je przejaskrawiał twierdząc m.in., że w razie inwazji rosyjskiej „terytorialsi” stawią czoła Specnazowi. „WOT brakuje oddziałów wyposażonych w ciężki sprzęt, który jest zdolny podjąć walkę z ciężkim sprzętem wroga. Nie mają też środków i wsparcia, jak artyleria. To może być jedynie lekka piechota, która w starciu z regularnymi siłami rosyjskimi jest skazana na rzeź” – napisał gen. Waldemar Skrzypczak w swojej książce „Jesteśmy na progu wojny”.

Wojny pałacowe i brak nominacji generalskich

W ciągu pierwszych dwóch lat rządów PiS, cieniem na funkcjonowaniu armii położyła się wojna MON z Pałacem Prezydenckim. Konflikt zwierzchnika sił zbrojnych prezydenta Andrzeja Dudy z ministrem obrony Antonim Macierewiczem przybierał różne fazy. Zaczęło się od tego, że prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego skrytykowało dwa projekty wojskowe przygotowane przez ekspertów Macierewicza: reformę systemu dowodzenia armią i koncepcję budowy WOT.

Na odpowiedź Macierewicza nie trzeba było długo czekać. Podległa mu Służba Kontrwywiadu Wojskowego odebrała certyfikat dostępu do informacji niejawnych gen. Jarosławowi Kraszewskiemu, dyrektorowi Departamentu Zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi w prezydenckim BBN-ie. Generał był głównym doradcą wojskowym prezydenta i jednocześnie najbardziej krytycznym recenzentem poczynań MON.

Cios był potężny, ale Andrzej Duda odegrał się już kilka miesięcy później. 15 sierpnia 2017 r. w dniu święta Wojska Polskiego po raz pierwszy od lat nie wręczył nominacji generalskich. Nie zrobił tego też 11 listopada w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

Relacje między MON-em a Pałacem Prezydencki unormowały się dopiero, gdy w styczniu 2018 r. Macierewicza zastąpił były minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak.

Mityczne drony i śmigłowce

Antoni Macierewicz był w armii dość lubiany. Były pieniądze, było trochę populistycznych haseł. Jednak modernizacja techniczna pod jego rządami kulała. Zaczął od unieważnienia przetargu na śmigłowce Caracal, wynegocjowanego jeszcze przez poprzednią ekipę PO-PSL. Jednocześnie zapowiedział nowe postępowanie w sprawie zakupu śmigłowców w trybie pilnej potrzeby operacyjnej. Według jego słów miały to być amerykańskie Black Hawki. Okazało się, że zakup tych maszyn poza procedurami nie jest taki prosty.

Minister się jednak nie zrażał. Publicznie podawał coraz to nowe terminy. Już nawet media przestały brać jego słowa na poważnie. W końcu przedstawiciele resortu obrony zadeklarowali, że zakup śmigłowców dla polskiej armii wcale nie jest najpilniejszą potrzebą operacyjną.

Apogeum kompromitacji w tej sprawie nastąpiło w kwietniu 2017 r. W „Dzienniku Gazecie Prawnej” ukazał się wywiad Magdaleny Rigamonti z szefem komisji smoleńskiej i bliskim współpracownikiem Macierewicza, Wacławem Berczyńskim. Pytany o śmigłowce powiedział: „Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem Caracale.” Rozpętała się burza. Opozycja złożyła doniesienie do prokuratury i zażądała wyjaśnień. Mieszkający na co dzień w USA Berczyński czym prędzej wyleciał za Atlantyk i w Polsce przestał się medialnie udzielać.

Do historii przejdzie też zapowiedź Macierewicza o zakupie tysiąca dronów dla armii. I tym razem na obietnicach się skończyło. Ekipie Macierewicza udało się jednak kupić samoloty dla VIP-ów. Za dwa Gulfstreamy G-550 i dwa Boeingi 737 MON zapłacił 2,5 mld. zł. Nie obyło się jednak bez kontrowersji. Krajowa Izba Odwoławcza uznała, że MON od początku faworyzował w przetargu na zakup średnich samolotów dla VIP firmę Boeing. Izba zakwestionowała też tryb wyboru tych maszyn z wolnej ręki.

Wojskowe samoloty jak podniebne taksówki polityków

Nowe maszyny trafiły do 1. Bazy Lotnictwa Transportowego w Warszawie. Po ponad roku, gdy wojsko wyszkoliło załogi, samoloty te zaczęły wozić najważniejsze osoby w państwie. I szybko okazało się, że służą politykom, jak podniebne taksówki. Zrobiło się o tym głośno w lipcu 2019 r. po wybuchu afery marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Do mediów trafiły wówczas dokumenty z Dowództwa Generalnego Sił Zbrojnych, z których wynika, że marszałek latał wojskowymi maszynami na Podkarpacie, gdzie mieszka.

Kiedy nowoczesne samoloty dla VIP nie woziły jeszcze najważniejszych osób w państwie do tych celów wykorzystywane były inne wojskowe maszyny – transportowe CASY. Upodobała je sobie zwłaszcza była premier Beata Szydło. W kontekście wojska niepokoi jednak coś innego. Ujawnione afery pokazały, że loty polityków były organizowane szybko, chaotycznie, z pominięciem instrukcji i procedur bezpieczeństwa.

Tymczasem wojsko, które po serii wcześniejszych katastrof lotniczych, w tym tej najtragiczniejszej pod Smoleńskiem niezwykle rygorystycznie przestrzegało zasad bezpieczeństwa, rozluźniło je właśnie, gdy szefem MON został Macierewicz.

Łamanie kręgosłupów lotnikom zaczęło się już pierwszego dnia po objęciu przez niego urzędu. Marek Świerczyński w „Polityce” opisał, jak minister obrony próbował wymusić lot do Brukseli wojskową CASĄ. 16 listopada po godz. 22 oficer w Siłach Powietrznych odebrał telefon z ministerstwa. Szef MON chciał samolotu. I to na rano. Wówczas go nie dostał. Z czasem pokazał jednak oficerom, kto rządzi. To szybko przyniosło tragiczne efekty.

Po pięciu latach bez katastrof znowu rozpoczęła się czarną seria wypadków z udziałem wojskowych maszyn. Do najtragiczniejszego zdarzenia doszło w lipcu 2018 r. pod Pasłękiem. W katastrofie myśliwca MiG-29 zginął młody pilot kpt. Krzysztof Sobański z 22. Bazy w Malborku. Onet ujawnił, że przyczyną jego śmierci była wadliwa modyfikacja fotela katapultowego w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr. 2 w Bydgoszczy. Potwierdził to później również raport komisji badającej przyczyny tej katastrofy. W wypadkach wojsko straciło trzy poradzieckie myśliwce maszyny. Zresztą do dziś MiG-i są uziemione.

Nie lepiej jest z samolotami F-16. Znaczna część najnowocześniejszych myśliwców polskiej armii od kilku miesięcy jest praktycznie uziemiona. Powód? W bazach, w których stacjonują, brakuje techników lotniczych, którzy mogliby na bieżąco naprawiać usterki. Kolejnym problemem jest brak części zamiennych do tych samolotów. Do naprawy znajdujących się w najlepszym stanie maszyn używa się części z pozostałych, pozbawiając je tym samym możliwości latania.

Receptą MON na katastrofalny stan w lotnictwie wojskowym ma być projekt „Harpia”, czyli zakup F-35, samolotów nowej generacji. Mimo optymistycznych zapowiedzi polityków, nic jednak nie wskazuje na to, że program ten będzie można szybko zrealizować.

Problemów związanych z lotnictwem wojskowym jest więcej. Ich rozwiązanie spadło już na barki Mariusza Błaszczaka, który zastąpił Macierewicza w MON. Obecny szef resortu boryka się zresztą nie tylko z problemami w Siłach Powietrznych. Nie lepiej jest w Marynarce Wojennej.

Sposobem na – przynajmniej częściowe – unowocześnienie sił morskich miało być pozyskanie dwóch fregat typu Adelajda, które wycofała z użytkowania australijska armia. W projekt zaangażował się prezydent Duda i minister Mariusz Błaszczak. List intencyjny w tej sprawie politycy mieli podpisać w sierpniu 2018 r. podczas oficjalnej wizyty w Australii. W ostatniej chwili zablokował to jednak premier Mateusz Morawiecki pod wpływem lobby stoczniowego, które obawiało się, że pozyskanie fregat uszczupli ich zamówienia od wojska.

– Jeśli nie pozyskamy jakichś okrętów to w ciągu dwóch i pół roku kilkaset marynarzy będzie mogło łowić jedynie ryby w Bałtyku – komentował sprawę jeden z marynarzy. Sytuacja w marynarce jest bardzo zła.

Brakuje przede wszystkim okrętów podwodnych. Obecnie Marynarka Wojenna ma już tylko dwa 50–letnie okręty podwodne typu Kobben oraz poradziecki okręt ORP „Orzeł”, który od 2012 r. jest w remoncie. Prawdopodobnie nigdy nie wróci do służby. 8 czerwca 2018r. w Porcie Wojennym w Gdyni odbyła się uroczystość opuszczenia bandery na okręcie podwodnym ORP „Sokół”. Ówczesny inspektor Marynarki Wojennej, kontradmirał Mirosław Mordel powiedział, że „oddala się perspektywa pozyskania okrętu podwodnego nowego typu”. I za te słowa zapłacił stanowiskiem. Tym samym Błaszczak wysłał do oficerów sygnał, by siedzieć cicho, jeśli nie chcą pożegnać się z armia. Z naszych informacji wynika, że morale wśród żołnierzy spada, a narasta frustracja.

Medialny Macierewicz, cichy Błaszczak

Dymisja Macierewicza, związana w dużej mierze z wybrykami jego podopiecznego Bartłomieja Misiewicza była dla wielu, także dla samego zainteresowanego dużym zaskoczeniem. Nie zamierzał się jednak łatwo poddawać. Mimo, że szefem MON został Mariusz Błaszczak, to Macierewicz jako szef komisji smoleńskiej nadal urzędował w pałacyku przy ul. Klonowej. Doszło nawet to tego, że to Błaszczak musiał się stamtąd wyprowadzić. Mało tego, zdarzyło się, że dowódca jednej z brygad WOT zaprosił do siebie na uroczystości Macierewicza, a zapomniał o urzędującym szefie MON.

To sprawiło, że między byłym i obecnym ministrem resortu obrony przez pewien czas toczyła się cicha wojna podjazdowa. Błaszczak sukcesywnie pozbywał się ludzi Macierewicza z resortu i wprowadzał tam swoją ekipę. Podobna czystka nastąpiła też w przemyśle zbrojeniowym. W końcu Misiewicz trafił na wiele miesięcy do aresztu oskarżony o przekręty finansowe, a były szef MON i komisja smoleńska na ul. Kolską.

Różnic w sprawowaniu urzędu między oboma politykami można zaleźć wiele. Przede wszystkim Macierewicz był bardzo aktywny w mediach. Błaszczak rozmawia z dziennikarzami dużo rzadziej, głównie w TVP i Polskim Radiu. Nie ma rzecznika, a osoby pracujące w biurze prasowym MON do niedawna nie chciały się nawet przedstawiać.

Cisza medialna nie oznacza jednak, że Błaszczak nie zmienia armii. Jednym z jego głównych projektów jest budowa 18. dywizji zmechanizowanej. Tworzy ją gen. Jarosław Gromadziński, namaszczony przez ministra na dowódcę. Dywizja ma wypełnić lukę w obronie wschodniej części kraju i stać się jedną z najsilniejszych w Wojsku Polskim. Do tego jednak daleka droga.

Błaszczak systematycznie też próbuje modernizować armię kupując w polskim przemyśle systemy Rak, Krab, Homar. W końcu to również on podpisał umowy na zakup czterech śmigłowców AW101 dla Marynarki Wojennej i czterech śmigłowców S-70i Black Hawk dla Wojsk Specjalnych.

Burzę wywołał zaś podpisany przez niego kontrakt dla polskiego przemysłu obronnego na remont starych czołgów T-72. Bliższych szczegółów MON nie podało. Dziennikarze branżowi spekulują, że może chodzić o ponad 300 pojazdów. Fachowcy wskazują, że te remonty nie podniosą wartości bojowych wiekowych poradzieckich czołgów. Wygląda jednak na to, że nie o to chodziło. Główną przesłanką do podpisania tego kontraktu było zachowanie miejsc pracy w spółkach zbrojeniowych.

– My w mediach bardzo mocno koncentrowaliśmy się na tym, co robił Antoni Macierewicz, a okazało się że to Mariusz Błaszczak wygrał na wielu polach. Choć jego projekty dotyczące armii również można krytycznie oceniać – podsumowuje Marek Świerczyński.

EDYTA ŻEMŁA, ONET.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*