Tylko dwa F-16 na dyżurze bojowym. MiGi-29 nadal uziemione

Minęły już cztery miesiące, odkąd uziemione są polskie myśliwce MiG-29. Przez kolejne katastrofy tych maszyn wojsko, zamiast czterech samolotów, utrzymuje w gotowości do natychmiastowego startu w razie zagrożenia lub niecodziennej sytuacji tylko dwa F-16.

Do ostatniej katastrofy MiGa-29 doszło 4 marca 2019 r. niedaleko Węgrowa na Mazowszu. Samolot spadł kilka minut po starcie z bazy koło Mińska Mazowieckiego. Był to pierwszy lot po pracach serwisowych. Pilot katapultował się i z niegroźnymi obrażeniami trafił do szpitala. Samolot uległ całkowitemu zniszczeniu. Mimo to w wojskowej nomenklaturze była to awaria. Obowiązujące w siłach zbrojnych przepisy pozwalają nazywać katastrofami jedynie te zdarzenia, w których ktoś zginie.

Loty MiGów-29 w polskich Siłach Powietrznych zostały zawieszone. To standardowa procedura, gdy nie wiadomo, jaka była przyczyna wypadku. Do dzisiaj myśliwce tego typu nie wróciły na polskie niebo i wciąż nie wiadomo, kiedy to się zmieni.

„Trwają analizy”

– Aktualnie trwają analizy nad wznowieniem lotów przez samoloty MiG-29 – informuje tvn24.pl ppłk Marek Pawlak, rzecznik prasowy Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Temu dowództwu w czasie pokoju podlega zdecydowana większość żołnierzy, w tym praktycznie całe lotnictwo wojskowe i to do dowódcy generalnego należy decyzja, czy wznowić loty MiG-ów.

Przyczyny katastrofy wciąż stara się ustalić Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Jej raport do tej pory nie dotarł do DGRSZ. Stopniowo nadeszły za to wstępne zalecenia profilaktyczne, czyli informacja, co należy zrobić, by znów nie doszło do wypadku. Wojsko teraz je wdraża. – Ich treść obejmowała zarówno sposób wykorzystania samolotów MiG-29 do szkolenia, jak również obszar techniki lotniczej – poinformował ppłk Pawlak.

Ukraiński ślad w katastrofie

Wszystkie myśliwce z Mińska Mazowieckiego przeszły modernizację w 2014 roku z udziałem pracowników z Ukrainy.

Ukraiński politolog i ekspert Diana Mihailova reprezentuje inny punkt widzenia w sprawie katastrof myśliwców. Na swoim blogu pani Diana zgłasza, że samoloty MiG-29 zostały zmodernizowane w zakładach lotniczych “Wojskowe Zakłady Lotnicze Nr 2 S.A.” w Bydgoszczy przy użyciu części zamiennych i dokumentacji remontowej z Ukrainy. Właśnie to stało się przyczyną katastrof.

Miały latać już w maju

Zastrzegający sobie anonimowość oficerowie Sił Powietrznych powiedzieli nam, że loty myśliwców MiG-29 miały zostać wznowione już na początku maja. Taką datę podawał też w kwietniu Onet, który napisał, że przyczyną katastrofy było zużycie silnika: miało dojść do awarii jednej z części, prawdopodobnie pękł wirnik wentylatora.

Nawet jeśli myśliwce MiG-29 znów będą latać, nie będzie to oznaczało, że automatycznie wrócą do wypełniania zadań związanych z ochroną polskiej przestrzeni powietrznej. Najpierw załogi wznowią szkolenie. Dopiero z czasem odzyskają gotowość bojową. Ile dokładnie to potrwa, tego jeszcze nie wiadomo, ale na przełomie 2018 i 2019 roku okazało się, że pięć miesięcy między wznowieniem lotów a kolejną katastrofą to zbyt krótki czas na powrót do dyżurów bojowych.

Rekordowa przerwa

Za chwilę przerwa w lotach MiG-ów-29 będzie dłuższa od tej z ubiegłego roku, do tej pory rekordowej, jeśli chodzi o ten typ samolotu w polskim lotnictwie. Wtedy, 6 lipca 2018 r. myśliwiec MiG-29 rozbił się pod Pasłękiem. Doświadczony pilot zginął, choć się katapultował. Loty szkoleniowe zostały wznowione dopiero 5 listopada, czyli po 122 dniach. Tyle mięło w czwartek 4 lipca, od katastrofy z 4 marca tego roku.

Komisja badająca wypadek z lipca 2018 r. zaleciła m.in. zmiany w fotelach katapultowych K-36, które wcześniej były modyfikowane podczas remontów w polskich zakładach. Jako jeden z pierwszych o tych problemach informował magazyn „Czarno na Białym” w TVN24.

Po katastrofie pod Pasłękiem przez dłuższy czas nie latały także samoloty szturmowe Su-22. Również one są wyposażone w fotele K-36. W czerwcu 2019 r. Polska Grupa Zbrojeniowa poinformowała, że w związku z zakończeniem prac przez komisję badającą wypadek rozwiązała umowy z osobami, które bezpośrednio uczestniczyły w procesie projektowania pierścienia, który okazał się wadliwą częścią fotela.

Wojsko musiało zmienić system obrony powietrznej

Problemy z MiG-ami doprowadziły do zmian w systemie obrony powietrznej. Zanim pod Pasłękiem rozbił się myśliwiec, wojsko utrzymywało w gotowości do szybkiego startu łącznie cztery samoloty. Była to jedna para F-16 w bazie w Poznaniu-Krzesinach lub w Łasku koło Łodzi oraz jedna para MiG-ów w Mińsku Mazowieckim lub w Malborku.

Od lipca 2018 r. wojsko dysponuje tylko jedną parą F-16. Mówili o tym publicznie dwaj kolejni dowódcy operacyjni rodzajów sił zbrojnych generałowie Sławomir Wojciechowski i Tomasz Piotrowski. To właśnie dowódca operacyjny jest w Polsce odpowiedzialny za ochronę granicy państwa w przestrzeni powietrznej.

Każda taka para dyżurna jest gotowa do startu w czasie od kilku do kilkunastu minut. Gdyby zaszła taka potrzeba, wojsko może poderwać kolejne samoloty, ale ich start zajmie więcej czasu. Ile by to dokładnie trwało, nie wiadomo. Od lat nie było potrzeby, żeby to robić.

Przed katastrofą pod Pasłękiem para MiG-ów podlegała bezpośrednio polskiemu dowództwu. Para F-16 była oddelegowana do zintegrowanego systemu obrony powietrznej NATO. Sojusz Północnoatlantycki traktuje bowiem przestrzeń powietrzną wszystkich swoich członków jako całość.

Jeśli w Europie trzeba poderwać parę dyżurną, dowodzi nią jedno z dwóch centrów – albo w Niemczech, albo w Hiszpanii. Granicą stref odpowiedzialności jest linia Alp. Jeśli natomiast jacyś sojusznicy nie mają własnych myśliwców – tak jak Litwa, Łotwa, Estonia, Islandia, Albania, Słowenia i Luksemburg (a w przyszłości także prawdopodobnie Macedonia Północna, która kończy proces wchodzenia do NATO) – odpowiedzialność za ich przestrzeń powietrzną przejmują inne państwa.

Polskie Siły Powietrzne nie wystawiły też drugiej pary dyżurnej na F-16, choć posiadają 48 takich maszyn. Nie wszystkie samoloty są gotowe do startu, bo np. przechodzą przeglądy i remonty. Na przeszkodzie stoi też liczba pilotów, inne zadania i szkolenie – tłumaczył w marcu w rozmowie z portalem Defence24 dowódca operacyjny gen. dyw. Tomasz Piotrowski. Ocenił też, że „ewidentnie brakuje nam statków powietrznych do realizacji zadań”.

F-16 zajęte za granicą

Jednym z tych zadań była NATO-wska misja Baltic Air Policing, która strzeże przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. Przez pierwsze cztery miesiące 2019 r. uczestniczyły w niej polskie Siły Powietrzne. Do bazy w Szawlach na Litwie wysłały cztery samoloty wielozadaniowe F-16 wraz z pilotami i personelem naziemnym. Na początku 2020 r. Polaków czeka kolejny dyżur w państwach bałtyckich – tym razem lotnicy przeniosą się na cztery miesiące do Estonii.

Każda taka misja wpływa na gotowość do wykonywania zadań w polskiej przestrzeni powietrznej. Lotnicy najpierw przechodzą dodatkowe szkolenia i certyfikację, czyli sprawdzian przed wyjazdem. A po powrocie do Polski z reguły idą na dodatkowe urlopy. Efekt? Przez jakiś czas jest mniej pilotów i personelu naziemnego, który może brać udział w dyżurach bojowych.

Wystawieniu drugiej pary dyżurnej do ochrony polskiej przestrzeni powietrznej nie sprzyja też wielka modernizacja bazy w Łasku, jednej z dwóch, gdzie stacjonują F-16. Z tego powodu lotnisko od dłuższego czasu jest wyłączone z użycia. Samoloty wojskowe mają znów z niego korzystać na przełomie lipca i sierpnia.

Sposobem na zwiększenie liczby samolotów na dyżurach bojowych mógłby być zakup kolejnych maszyn. W maju MON poinformowało, że wysłało do USA zapytanie o ofertę na samoloty F-35, najnowszy produkt amerykańskiego przemysłu lotniczego. W czerwcu w czasie wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w USA poinformowano, że Warszawa zamierza kupić 32 najnowocześniejsze myśliwce świata. Wciąż nie wiadomo jednak, kiedy mogłaby zostać podpisana umowa. Od tego momentu minie jeszcze kilka lat, zanim pierwsze maszyny zostaną dostarczone, i kilka kolejnych do czasu osiągnięcia gotowości bojowej. Ile czasu to zajmie? W przypadku F-16 umowę podpisano w 2003 r., a ostateczny sprawdzian gotowości nastąpił dziewięć lat później.

Ponieważ para samolotów dyżurnych jest obecnie jedna, a ośrodki kierowania dwa – polski i NATO-wski – wojsko musiało wprowadzić i sprawdzić procedury przekazywania nawzajem dowodzenia, gdyby zaszła taka potrzeba. Udało się to zrobić nie tylko na ćwiczeniach, ale także w realnej sytuacji. Doszło do niej w marcu, gdy mały cywilny samolot stracił łączność podczas lotu w północnej Polsce. Według dowódcy operacyjnego wszystko odbyło się sprawnie, co oznacza, że „udało się osiągnąć system, który jest efektywny, przetrenowany, bezpieczny i możliwy do zastosowania przy obecnym stanie technicznym naszych samolotów”.

Myśliwce nie tylko do obrony

Pary samolotów pełnią dyżury bojowe i są gotowe do startu 24 godziny na dobę na wypadek, gdyby ktoś chciał naruszyć polską przestrzeń powietrzną. Jednak zadania wojskowych lotników nie ograniczają się tylko do tego. Udzielają oni także pomocy cywilnym i wojskowym statkom powietrznym w sytuacjach awaryjnych występujących podczas lotu. Ostatnio taka głośna – dosłownie i w przenośni – sytuacja miała miejsce w styczniu. Para dyżurnych F-16 przekroczyła barierę dźwięku, by dogonić cywilny samolot, z którym nie było łączności.

Polskie F-16 asystowały też pilotowanemu przez kpt. Tadeusza Wronę Boeingowi 767, który 1 listopada 2011 r. lądował bez wysuniętych kół na lotnisku Chopina w Warszawie. Zadaniem pilotów wojskowych było wówczas potwierdzenie, czy podwozie rzeczywiście się nie wysunęło. Wprawdzie wskazywały na to przyrządy samolotu pasażerskiego, ale jego załoga nie mogła sprawdzić, czy to prawda.

Długo były niezawodne

Siły Powietrzne pozyskiwały myśliwce MiG-29 stopniowo. Część maszyn zakupiono bezpośrednio od producenta w Związku Radzieckim i sprowadzano do Mińska Mazowieckiego od 1989 roku. Część samolotów była używana i trafiła do Polski z Czech i Niemiec. Długo cieszyły się reputacją bardzo bezpiecznych.

Jeszcze na początku 2016 r. polscy piloci mieli do dyspozycji 32 MiGi-29. Od tego czasu utracono cztery maszyny. Pierwsza została ciężko uszkodzona w 2016 r. w pożarze na ziemi. W grudniu 2017 r. kolejny samolot rozbił się podczas podchodzenia do lądowania w bazie w Mińsku Mazowieckim. Pilot przeżył, a loty MiGów-29 wznowiono już w styczniu 2018 roku. Zalecenia, jakie wydała komisja badająca ten wypadek, dotyczyły wyłącznie szkolenia, co może wskazywać na błąd lotnika.

Do kolejnych – wspomnianych już – katastrof doszło w lipcu 2018 roku i marcu 2019 roku. W latach 2018-19 miały miejsce także co najmniej dwa przypadki rozhermetyzowania się kabiny MiGa-29 w czasie lotu.

RAFAŁ LESIECKI

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*