Stan polskich sił zbrojnych jest tragiczny

Czeka nas festiwal zapewnień o polskiej sile ze strony władz i narzekań na stan armii ze strony opozycji. Co ciekawe jeszcze kilka lat temu dzisiejsza opozycja mówiła, że stan sił zbrojnych jest dobry, a PiS – że zły. W rzeczywistości stan polskich sił zbrojnych jest tragiczny. To wina polityków, choć niestety nie tylko – pisze Witold Jurasz.

W miarę przyzwoicie prezentują się w zasadzie jedynie Siły Powietrzne, dysponujące 48 myśliwcami F-16 i 30 Mig-29 oraz 16 uderzeniowymi Su-22. Problem polega na tym, że 48 F-16 to zdecydowanie za mało, gdyż Polska powinna dysponować zdecydowanie większą liczbą nowoczesnych myśliwców bojowych.

Ostrożnym optymizmem napawa decyzja o kupnie dwóch baterii rakiet Patriot – bez nich bowiem nie było wcale pewne, czy nasze lotnictwo w ogóle dałoby rade wzbić się w powietrze – obecny bowiem stan obrony przeciwlotniczej jest katastrofalny. Tyle że pierwotnie kupić mieliśmy nie 2, a 8 baterii. Dwie baterie nie zapewnią nam tymczasem obrony nawet wszystkich lotnisk (systemy p-lot kupuje się nie dla obrony miast, ale lotnisk i centrów dowodzenia właśnie), a możliwości rozśrodkowania w sytuacji, gdy tzw. Drogowe Odcinki Lotniskowe dawno zarosły trawą, co oznacza, że na wypadek wojny polskie lotnictwo zapewne zostanie przebazowane do Niemiec lub Szwecji.

O ile w Siłach Lotniczych obraz nie jest katastrofalny, to już Marynarka Wojenna de facto przestała istnieć. Po pożarze na pokładzie okrętu podwodnego ORP Orzeł w służbie pozostały jedynie dwa okręty podwodne, przy czym młodszy z nich został wodowany w 1967 r. (sic!) – wartość bojowa obu jest zupełnie już iluzoryczna. Okręty nawodne to przede wszystkim dwie fregaty klasy Oliver Hazard Perry, przy czym i tutaj mówimy o okrętach już 4- letnich, co samo w sobie nie byłoby jeszcze dramatem, gdyby jednostki te poddano dogłębnej modernizacji. Tak się jednak nie stało.

Lotnictwo morskie od lat już nie istnieje, śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych są na granicy resursu, a Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy ma co prawda nowoczesne wyrzutnie, ale jego własne systemy rozpoznawcze umożliwiają namierzenie i śledzenie celu odległego o maksymalnie 50 km, czyli i tu jest tak sobie.

W siłach lądowych mamy nowoczesne transportery rodziny Rosomak oraz czołgi Leopard-2, z tym że połowa z nich to wersje A4, które przechodzą co prawda właśnie modernizację, ale niestety jest to tzw. „płytka” modernizacja.

Wozy te, nawet po modernizacji i po doliczeniu do nich nowszych modeli A5 to nadal ledwie 249 czołgów co, gdy weźmie się pod uwagę, iż Rosja na kierunku smoleńskim przystąpiła do formowania armii pancernej liczącej około 800 czołgów pokazuje skalę problemu. Pozostałe nasze czołgi to PT-91 reprezentujące poziom technologiczny sprzed około 30 lat (w zakresie kierowania ogniem) oraz 40 lat (w zakresie opancerzenia i amunicji).

Stosunkowo dobrze wyglądają nasze możliwości w zakresie artylerii, gdzie poza rodzimymi systemami Langusta, moździerzami Rak i samobieżnymi haubicami Krab dysponujemy też ponad 100 czechosłowackim jeszcze, ale mającymi potencjał modernizacyjnymi, haubicami Dana. Nasze bojowe wozy piechoty BWP-1 nie przedstawiają niemal żadnej wartości bojowej (o tzw. „przeżywalności” na polu bitwy lepiej w ogóle nie mówić), gros śmigłowców bojowych nie może latać a te które mogą nie mają rakiet – nowych zaś jak nie było, tak nie ma.

Nie sprzęt jednak jest otóż utrapieniem naszych sił zbrojnych.

Po pierwsze wydajemy na armię po prostu za mało.

Absolutnie kuriozalną sytuacją jest fakt, że główne siły polityczne licytują się, która ma większe zasługi we wzmacnianiu obronności państwa, gdy tymczasem od 2014 roku, czyli od chwili wybuchu wojny na Ukrainie, Polska zwiększyła nakłady na siły zbrojne z 1,95 proc. do 2,00 proc. czyli o 0.05 proc. Ta ostatnia cyfra, a nie osławione 2 proc. jest miarą tego jak w istocie niepoważnie podchodzi się do obronności państwa.

Słynne 2 proc. na „obronność” to zaś czysta fikcja, bo większość środków przeznaczana jest nie na kupno nowego czy też utrzymanie i modernizację starego sprzętu, ale na emerytury, wynagrodzenia i utrzymanie rozdętej biurokracji wojskowej.

Do wydatków na modernizację sił zbrojnych zaliczono kupno samolotów do przewozu VIP, które żadną mocą jakiejkolwiek wartości bojowej nie mają (da się nimi jedynie w razie wojny uciec i jakby co sformować rząd na uchodźstwie). W Polsce cywilne samoloty mają jednak jak się okazuje wartość księgową – dzięki ich zakupowi ogłaszamy wszem i wobec, że spełniamy NATO’wski wymóg 2 proc. na armię. Tyle że to nieprawda.

Niezmienne jest jedno tylko – oto ledwie istniejąca polska Marynarka Wojenna liczy sobie ok. 10.000 personelu, gdy dla porównania norweska, której realny potencjał jest znacznie większy i w przeciwieństwie do naszej uwzględniany przez Rosję jako realna siła – około 6.000 . Zapewne 4.000 polskich marynarzy nie pracuje w ośrodkach wypoczynkowych należących do wojska np. na Helu, ale ciekawe byłoby kiedyś sprawdzić, ilu z owych 10.000 ludzi pracuje za biurkiem, a ilu służy na okrętach, przy czym nie chodzi oczywiście o okręt-muzeum ORP Błyskawica.

„Absurdalny system zakupów sprzętu dla sił zbrojnych”

Drugim problemem jest absurdalny system zakupów sprzętu dla sił zbrojnych. Ustawa o przetargach jest tak skonstruowana, że w istocie paraliżuje system zakupów. Kupno takiego systemu jak na przykład system obrony przeciwrakietowej jest zawsze decyzją polityczną, a i walorów technicznych nie sposób porównać w sposób wymagany przepisami przetargowymi, bo jak zapisać ilu żołnierzy przeciwnika zdołamy zabić za każdy wydany milion złotych. A dokładnie o to przecież chodzi. Co więcej, zakup wartych miliardy systemów jest też prawnie bardzo skomplikowany i wątpliwe jest czy pracujący za skandalicznie niskie wynagrodzenia prawnicy Ministerstwa Obrony są w ogóle w stanie skonstruować korzystne dla Polski umowy, skoro druga strona posiłkuje się najlepszymi kancelariami prawnymi.

Nie mniejszym kłopotem od aspektów prawnych jest też konieczność uwzględniania tak zwanego offsetu, czyli inwestowania w polski przemysł przez sprzedającego nam uzbrojenie. Rzecz w tym, że zazwyczaj jest to fikcja przy czym fikcja bardzo kosztowna bowiem uniemożliwiająca wyliczenie faktycznego kosztu jednostki sprzętu.

Znacznie prostsze i bardziej opłacalne byłoby kupowanie sprzętu bez offsetu – wymagałoby to jednak odwagi politycznej, a z tą jest jak z Marynarką Wojenną. Ledwie istnieje. Wątpliwym pomysłem jest również tak zwana polonizacja systemów uzbrojenia. W wypadku skomplikowanych wartych miliardy złotych systemów sprowadza się ona do tego, że w systemie znajdzie się zbudowany w Polsce kontener o realnie znikomej wartości, którego dodanie wymusi jednak przeprojektowanie całości, a to z kolei spowoduje, że znów przepłacimy.

Iluzją jest też zazwyczaj transfer technologii, której po prostu nasz zapuszczony przez lata przemysł nie jest w stanie wchłonąć.

„Stan sektora przemysłu zbrojeniowego”

Trzecim problemem jest stan naszego sektora przemysłu zbrojeniowego. Polski przemysł zbrojeniowy znajduje się od lat w stanie zapaści, czego wymiernym dowodem jest szorujący po dnie polski eksport uzbrojenia. Nasze firmy, pomijając fatalne zarządzanie (w wypadku Polskiej Grupy Zbrojeniowej miała miejsce – tylko za czasów obecnych rządów PiS – trzecia już fala czystek) mają kompetencje, które warto rozwijać, ale nie w zakresie systemów, którymi poza USA dysponują może jeszcze 2 lub 3 inne mocarstwa.

Przykładem stanu zbrojeniówki jest wiecznie niedokończona budowa ORP Ślązaka, którego historia zasługuje chyba głównie na komisję śledczą. Albo na film, o ile jeszcze grupa Monty Python podjęłaby się remake’u słynnego skeczu „Ministerstwo Głupich Kroków”. Oto bowiem polskie stocznie budują słabo uzbrojony okręt patrolowy za kwoty, które znacznie już przekraczają silnie uzbrojone korwety (jednostki o znacznie większej wartości bojowej niż okręty patrolowe) wodowane przez niemieckie stocznie.

Porównanie nakładów do uzyskanych przy tym wartości bojowych oznaczać będzie, że będzie to chyba najdroższy lekko uzbrojony okręt świata. Zakup australijskich okrętów jest wiec dobrym pomysłem, bo sami niczego od lat zbudować nie umiemy, a bez niemłodych już, używanych, ale dobrze uzbrojonych i znajdujących się w doskonałym stanie technicznym australijskich fregat za chwilę będziemy w stanie operować po Zatoce Gdańskiej, a nie po Bałtyku.

„Oderwanie polityków i wojskowych od rzeczywistości”

Czwartym wyzwaniem jest oderwanie polityków i wojskowych od rzeczywistości. Kolejne plany nie mają jakiegokolwiek związku z realiami budżetowymi i są chyba częściej wytworem fantazji lobbystów, którzy liczą, że pewnego dnia zgarną „całą pulę” dla swoich mocodawców, niż czegokolwiek realnego.

Rzecz w tym, że w każdym większym kontrakcie lobbystów jest wielu i póki co są oni w stanie głównie się nawzajem blokować. Równocześnie śmiałe plany kupna nowego sprzętu blokują modernizację lub zakup starego, ale mającego jeszcze wartość bojową. Przeprowadzane modernizacje są zazwyczaj „płytkie”, gdyż zakłada się, że sprzęt ma posłużyć jeszcze tylko kilka lat. W efekcie stary nie jest taki jaki mógłby być, a nowego jak nie było, tak nie ma. Przykładem klinczu jest sytuacja z siłami powietrznymi, gdzie wkrótce, gdy skończy się resurs samolotów produkcji sowieckiej może się okazać, że o ile dziś jeszcze Polska dysponuje 94 samolotami bojowymi, to za kilka lat cały nasz potencjał lotniczy to wspomniane 48 F-16, które wówczas też będą miały już po 20 lat.

Produkcja F-16 się lada moment skończy, używanych samolotów w stanie, który czyni modernizację sensowną opcją na rynku nie ma, wprowadzenie drugiego typu samolotu europejskiego to znaczne dodatkowe koszty, na F-35 nas nie stać, MiG-29 zapewne z racji ideologicznych nie będziemy modernizować i za kilka lat okaże się, że mamy mniej samolotów niż Białoruś.

Ostatnim problemem jest oczywiście polityka, gdzie z jednej strony mieliśmy do niedawna jeszcze rzucającego na lewo i prawo najcięższe oskarżenia i paraliżującego MON, armię i system zakupów ministra obrony, a z drugiej oficerów, którym nadmiaru charakteru przypisać chyba nie można, skoro jednak salutowali słynnemu rzecznikowi.

Niemal żaden z dowódców wojskowych zwolnionych przez Antoniego Macierewicza ani publicznie, ani w korytarzach władze nie krytykował stanu sił zbrojnych, gdy jeszcze miał na niego wpływ. Generałów takich jak gen. Skrzypczak, który odważnie mówili jak jest naprawdę, można zliczyć na palcach jednej ręki. Być może dlatego Siły Zbrojne RP nie ćwiczyły i nie ćwiczą w taki sposób, jak ćwiczy np. armia rosyjska, w której alarmy bojowe ogłasza się z zaskoczenia. My nadal ćwiczymy, szykując się do tego przez długie miesiące. Wszystko dzięki temu wygląda ślicznie. Tyle że to lipa.

WITOLD JURASZ

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*