Nie będzie Patriot-ów? Amerykanie nie godzą się na transfer technologii

Prawdopodobnie nie będzie Patriotów-ów, tj. rakiet przeciwlotniczych i przeciwrakietowych średniego zasięgu, pozwalających skutecznie przechwytywać samoloty i ich efektory (pociski) jak również rakiety manewrujące i klasyczne pociski balistyczne. Obrona przeciwlotnicza o zasięgu do około 160 km (w zależności od wersji rakiet), miała być naszą główną siłą obronną przeciwko napadowi powietrznemu, dla głównych związków taktycznych Wojska Polskiego i ewentualnie kluczowych obszarów/punktów strategicznych.

To bardzo nowoczesne uzbrojenie, które miało być podstawą naszego systemu obrony średniego zasięgu pod nazwą kodową „Wisła”. Zakupowi wyrzutni, radarów i pocisków (kompletnych systemów), miał towarzyszyć transfer wielu złożonych technologii, na co rzekomo nie chce się zgodzić rząd USA. Zamysł był taki, że pozyskane technologie mają nam pomóc we względnie samodzielnym zbudowaniu systemów rakietowych obrony powietrznej krótkiego zasięgu (nazwa kodowa „Narew”).

Już sama informacja, że Amerykanie nie chcą przekazać Polsce zaawansowanych technologii, możliwych do wykorzystania w przemyśle, jest dowodem na to za co tak na prawdę mają nasz kraj. Prawdopodobnie przesądza element bezpieczeństwa tj. ryzyko związane z prawdopodobieństwem przekazania przez stronę polską tych technologii dla stron trzecich. Nie jesteśmy krajem słynącym z ochrony tajemnic własnego wywiadu. To, co zrobiono z największymi sekretami Wojskowych Służb Informacyjnych wzbudziło swego czasu prawdziwą wesołość w zainteresowanych kręgach. Uczą o tym, jako o przypadku tak nieprawdopodobnym, że niemożliwym na wielu akademiach wojskowych, wywiadu i dyplomacji. Po takim zdarzeniu jest i będzie nam bardzo trudno uchodzić za wiarygodnego partnera.

Drugim niezwykle ważnym aspektem jest to, kto miałby w praktyce przetwarzać te technologie? Finlandia na offsecie za zakup F-18 bardzo istotnie pomogła koncernowi Nokia stać się globalną potęgą technologiczną. My na offsecie za F-16 wyszliśmy tak, jak wyszliśmy. Najdelikatniej mówiąc bez szału. Liczenie na to, że dzisiaj dokonamy absorpcji szeregu ultranowoczesnych technologii, dla potrzeb stworzenia systemu rakiet krótkiego zasięgu jest najdelikatniej mówiąc zbyt pozytywnym sposobem myślenia. Uwaga, nie chodzi o to, że to błąd pozyskiwać technologię. Wręcz przeciwnie, trzeba jej posiadać jak najwięcej, jednak powstaje pytanie, czy koszt jej uzyskania – po prostu cena, się nam zwróci? Ile więcej zestawów moglibyśmy kupić bez transferu technologii? Zawsze jest coś za coś, a w przypadku zakupów licencyjnego uzbrojenia, to mogą być pieniądze, które ze względu na katalog naglących potrzeb można inaczej wykorzystać.

Amerykanie nie godzą się na transfer technologii do San Escobar, ponieważ nie mają do nas zaufania. Poza tym, nie jesteśmy dla nich żadnym liczącym się partnerem gospodarczym. Gdyby chociaż mogli u nas zainwestować w jakąś kooperację – to miałoby to sens, w tym znaczeniu, że być może nie najnowsze i nie kluczowe technologie, ale takie po prostu pozwalające na produkcję rakiet lub innych elementów w Polsce, miałoby sens ekonomiczny. Jeżeli zaś, mielibyśmy kupić technologię, tylko do wąskiego wykorzystania w kilku dziedzinowych produktach, a później np. robić im konkurencję na rynku zestawów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu, to jaki oni mają mieć w tym interes?

Byłoby niezwykle wskazane, żeby rządzący podali do publicznej wiadomości, jaka jest cena transferu technologii w ogólnej wartości kontraktu. Biorąc pod uwagę obowiązujące zasady przy zawieraniu tego typu transakcji na rynku, to jest prawdopodobnie do 20-30 proc. wartości całości netto. Przy czym, jeżeli bralibyśmy to razem z finansowaniem, to w konsekwencji zapłacilibyśmy jeszcze więcej o odsetki. Zasad ekonomii nie da się przekłamać, a kto jak kto, ale Amerykanie doskonale umieją liczyć pieniądze.

W przypadku naszych wyzwań zbrojeniowych, nie ma się co porywać z motyką na słońce. Potrzebujemy sprawdzonego i działającego uzbrojenia dostępnego od ręki. Swego czasu mieliśmy możliwość kupienia używane zestawy rakietowe Patriot, w poprzedniej wersji produkcyjnej znajdujące się na wyposażeniu Niemiec. Te, pod pewnymi względami są lepsze od amerykańskich, albowiem mają wyższą mobilność (samojezdne nadwozia a nie przyczepy). W większości były jednak budowane przez samych Niemców pod koniec lat 80-tych i bylibyśmy od nich jeszcze bardziej uzależnieni technologicznie. Jednakże byłby to bardzo dobry wybór, umożliwiający wdrożenie dobrej jakościowo obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej praktycznie z dnia na dzień.

Musimy mieć świadomość, że bez tego typu zestawów obronnych, możemy traktować dominującą większość naszego wojska jako „jednorazówki”. Żadne lotnisko nie przetrwa ataku rakietowego potencjalnego nieprzyjaciela, jeżeli nie będzie w sposób profesjonalny chronione. Poza tym, to jest jedyny sposób, żeby przechwycić pocisk z taktyczną głowicą jądrową, który mógłby być przeciwko nam np. Warszawie lub dużemu zgrupowaniu wojsk użyty. Nasza obecna obrona przeciwlotnicza, jest w stanie prawie muzealnym. To znaczy, te stare radzieckie systemy jeszcze działają i nawet zostały przez naszych specjalistów zmodernizowane. Jednak tu nie chodzi o to, żeby nadążać za skalą wyzwań technologicznych współczesnego pola walki. W tym zakresie obecnie, poza bezpośrednią obroną na b.krótkie dystanse, jest bardzo źle.

Jeżeli rząd nie zabezpieczy sprzętu dla obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, to znowu wejdziemy w niekończące się procedurę przetargów, dialogów i wyborów. To samo w sobie, jest ostatecznym argumentem za tym, żeby kupować rzeczy dostępne tak jak są. Czy mamy czas na to, żeby czekać kolejne kilka lat? I tak zamówione obecnie zestawy dostalibyśmy najszybciej za 4-5 lat. Wrogowie San Escobar poczekają?

PROMILITARIA21.HOME.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*