Czy prezydent tak samo odważnie skrytykowałby milczenie III RP o zbrodniach UPA? Co jest nie tak?

Piękne przemówienie prezydenta na uroczystościach w Gdańsku cieszy. Wreszcie mamy takiego prezydenta. Tylko uparcie, niczym wyrzut sumienia przychodzi do głowy sprawa ukraińska i piękny sen pryska. A przecież wystarczyłoby się zachować jak trzeba.

Na Skwerze Wołyńskim prezydent Andrzej Duda nie wygłosił płomiennego przemówienia. Dokładnie tak, jak prezydent Petro Poroszenko. Gdzie się podział ten człowiek, który jako prezydent elekt odmówił spotkania ze swoim ukraińskim odpowiednikiem, uwzględniając społeczne oczekiwania i nielojalność władz Ukrainy wobec Polski? Podobnie nie zająknął się słowem o ponad 130 tys. pomordowanych przez OUN-UPA Polaków podczas swoich wizyt na Ukrainie. Wbrew obietnicom wyborczym. „Inka” oraz „Zagończyk” „mieli szczęście” ginąc z rąk tych oprawców, co trzeba. Gdyby tylko nie Daj Boże zamordowała ich UPA… a zamordowałaby, gdyby znaleźli się w jej rękach – polskie podziemie niepodległościowe bezwzględnie UPA zwalczało, a wobec Polaków podkreśla się jakieś rozejmy, czy wspólny atak WiN i UPA na więzienie w Hrubieszowie, słowem wyjątki od reguły. O regułach się milczy.

Nikogo nie obchodzi to, jakie pochowani bohaterowie, zresztą włącznie z „Łupaszką”, leżącym na Powązkach w Warszawie (i urodzonym w Samborze) mieliby na ten temat zdanie. Dawali temu świadectwo. Jednak ich dziedzictwo – tak jak i za PRL pewne sprawy – traktuje się wybiórczo, ograniczając do „rzeczy”, które nie są kontrowersyjne. Mickiewicz, Słowacki – tak, polskość Nowogródka, Krzemieńca, Wilna – nie. O tym cichuteńko. To byli bohaterowie bez ziemi. Wygodną została tylko część tematu. Poroszenko nie miał interesu się odzywać, czy też może miał interes, by się nie odzywać, lecz co z polskim prezydentem? Co go demotywowało, by powiedzieć cokolwiek satysfakcjonującego Polaków, czy raczej, co go motywowało do milczenia? Za każdym razem, gdy się spotykał z prezydentem Poroszenką nie realizował swojej obietnicy zwrócenia uwagi na banderyzację Ukrainy, a to właśnie obiecał.

Dziś tak pięknie słucha się prezydenta Andrzeja Dudy, jego bezkompromisowych wypowiedzi o patologiach III RP. Czekaliśmy na nie tyle czasu, szczególnie, by powiedział je tak zazwyczaj politycznie poprawny urzędnik, jakim w przyzwyczajeniu społecznym jest prezydent. I teraz prezydent to mówi, piękne. Przypomina to nam buntownicze wypowiedzi młodego idealistycznego polityka. Jeszcze to niewstydzenie się wiary. Właściwie można by sobie pomyśleć, że mamy swojego Kennedy’ego, tyle że bez ciemnych stron obyczajowych.

Co jest nie tak?

Prezydent Andrzej Duda jednakowoż nie o wszystkich patologiach chce mówić. Dotyczyły one m. in. porzucenia wszelkich spraw kresowych, bo był na nie po prostu ban. Za bardzo budziły dumę. Lwów, Wilno, granice I a nawet II Rzeczpospolitej mogły zrodzić „polski faszyzm” i powodowałyby dyskomfort sąsiadów, byłych republik sowieckich. I to obawa przed tym dyskomfortem rodzi takie, a nie inne działanie. Czy ktoś bowiem wyobraża sobie prezydenta, który wypowiada się o małoletnich obrońcach Lwowa w 1918 roku? Czy możliwe jest tak płomienne przemówienie? Nie wiem czy mogę determinować, że nie, ale to mało prawdopodobne, bo mieli pecha walczyć nie z tym, z kim akurat jest modne. Podobnie jak ofiary, które miały nieszczęście być zamordowane akurat przez UPA. Nie wypowie się prawdopodobnie także w kwestii publicznych wypowiedzi z Ukrainy o „ukraińskości” Przemyśla i Chełma.

Tu się zrodziłyby się bowiem nieśmiałość i pohukiwanie ze strony zwolenników uległości wobec sąsiedniego państwa. Państwa, które to wiecznie ma kłopot i wiecznie je trzeba oszczędzać – wobec tego, że ma pełnić rolę bufora wobec Rosji. To nieustanna obawa, paraliżujący strach, że cokolwiek się nie zrobi będzie to na korzyść Putina. Jednak nie jest to tylko choroba ukraińska. Dotyczy w tym samym stopniu sprawy dyskryminacji Polaków na Litwie, a więc w regionie „Łupaszce” bliskim, mateczniku jego żołnierzy. I już na to zwracać uwagi nie można. Zamordowanego w obronie polskości „Łupaszkę” i podporządkowanych mu w konspiracji chłopców pochować można. Pomstować nad hańbą sprawców oraz przemilczaniem okrągłostołowych elit można. Jednak zwrócić uwagę na współczesne mordowanie polskości w ich mateczniku, ziemi, która ich ukształtowała – już nie! I to dokładnie z powodu istnienia tych samych mechanizmów, które były kneblem III RP, tyle że w stronę rehabilitacji tych bohaterów.

Ci sami, którzy chcą milczeć – mówią w kwestii Lwowa i jakiekolwiek starań o Polaków stamtąd, że nie mają sensu, to już wszystko tam niemal umarło. To może starania o pamięć, wyprodukowanie filmu fabularnego o walkach Orląt Lwowskich? To już nakręcili Ukraińcy ze swojej perspektywy, jeszcze się ich obrazi, a za co (?), a po co (?), przecież we Lwowie już polskości nie ma? To ponoć na korzyść Rosji. Ostatnie krótkie zdanie to idée fixe, czy też polityczna szpicruta. Na Wileńszczyźnie etniczna polskość nadal stanowi większość, ale obowiązuje dokładnie ta sama doktryna wycofania się, wygaszania i działań pozorowanych, bez realnego programu działania na uzyskanie czegokolwiek. Bowiem nawet szkolne wyprawki, uczynione dzięki wiceministrowi Janowi Dziedziczakowi, a wymyślone przez Michała Dworczyka, szefa Komisji Łączności z Polakami za granicą niczego na dłuższą metę nie zmienią. Strzelą gola, ale nie mają żadnych szans wygrać meczu. Zresztą jakiekolwiek ruchy na rzecz Kresów wydają się być wyskokami dzięki patriotyzmowi pojedynczych osób na przekór rzekomemu „realizmowi” innych.

Albo Kresy ocenzurowane, albo coś w zamian

Jaki jest dyktat rzekomych przyjaciół? Kresy – pod jakąkolwiek postacią się nimi nie zająć, choćby jako czymś co fascynuje pięknem historii i polskiej tożsamości, jako nośnik ambicji narodowej – nie powinny spełniać swojej roli. Zamiast tego stosowane są wypełniacze i gra pozorów. Dobra zmiana, w gruncie rzeczy polega na tym, że jest lepiej, owszem. Jest lepiej pewne rzeczy wywalczyć, pewne rzeczy przepchnąć. Tylko dlaczego na Miły Bóg należy je przepychać i przewalczać? Albowiem idea Kresów, Rzeczypospolitej ma zostać zastąpiona przez jej politycznie poprawny surogat. Chodzi o sojusze z państwami na wschodzie. Przez lata wmawiało nam się, że Kresy nie są ważne, teraz są inne priorytety „Wspólna Europa”, tak jak wcześniej słowiańskie bractwo narodów obozu wschodniego (nie zawsze słowiańskie) i sojusz z bratnimi państwami socjalistycznymi.

Obawiam się, że dzisiaj tę rolę spełnia idea Międzymorza, która w teorii jest słuszna, lecz w praktyce stanowi zastąpienie myślenia o Rzeczypospolitej i stanowieniu swojej polityki na wschodzie. Nie jedno obok drugiego, lecz jedno – zamiast drugiego. Zawsze naszą pamięć historyczną o Kresach i drzemiący w niej potencjał chce się nam czymś zastąpić. I w efekcie ją wyperswadować. Bo zamknięta na Kresach polska historia, nie tylko martyrologii, ale i chwały oraz kultury, osiągnięć – to potęga trudna do przecenienia. To gigantyczne złoże dumy i historycznego dziedzictwa dla naszego narodu. Coś naturalnego, co np. Ukraińcy muszą tworzyć syntetycznie. Zakompleksiony Polak musiałby zniknąć, odchowałoby się drugie pokolenie Kolumbów. Niektórzy, by dokonać lepszej podróbki – godne pożałowania kontakty z władzami lietuvskimi, czy neobanderowskimi nazywają czymś, co ma tworzyć politykę jagiellońską (Sic!).

To zaiste jedna z największych niedorzeczności, albowiem nacjonalizmy te powstały, by uniemożliwić reaktywację polityki jagiellońskiej. A tworzyły się pod kierunkiem starań politycznych zaborców, w opozycji właśnie do polskości. Te założenia to pasożyty wobec dziedzictwa Jagiellonów, a nie coś, co tę ideę zrealizuje. Jemioła to tylko na pozór część drzewa. Poważne myślenie o Kresach i o kresowym dziedzictwie spowodowałoby kompletną zmianę polityki. To nie tylko upomnienie się o Polaków pomordowanych przez UPA, ale także m. in. upomnienie się o Polaków żywych. Tymczasem przyjęło się, by budować polski patriotyzm z pominięciem czegoś. Czyli tak jak budowano go za komuny, jak i budowanie wolnej Polski z pominięciem czegoś za III RP. Chodzi o niewygodne, cenzurowane wątki. Tak się nie da, bo na oszukiwaniu, że wszystko jest na swoim – nie da się zrealizować wielkich idei.

Dobry prezydent, ale wcale nie wszystko dobre

Prezydent Andrzej Duda był wcześniej europosłem i zna Waldemara Tomaszewskiego lidera Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, a czy kiedykolwiek słyszał ktoś, by upomniał się o prawa Polaków? Czy kiedykolwiek zrobił coś takiego pod adresem MSZ, bo już nawet nie lietuvskich władz? Nie, obowiązuje ta sama wymieniona doktryna. Raz w 1989 roku polskie społeczeństwo pomyliło się co do zmian. Możemy mieć tylko nadzieję, że ćwierć wieku później nie pomyliliśmy się po raz kolejny, znów będąc ofiarami jakiejś cudzej projekcji, że wierzymy, iż wyszliśmy z matrixa, lecz to tylko ułuda. Trudno się nad tym nie zastanawiać, ponieważ nie pierwszy raz możemy obserwować nierówności w pewnych sprawach.

Dlaczego jednak pisać o prezydencie? Ponieważ jest on nie tylko głową państwa, ale wręcz symbolem traktowania przez nie pewnych spraw. Pakowanie darów dla Polaków na Kresach owszem jest bardzo ciekawym, wręcz pięknym ruchem PRowym, ale wyłącznie PRowym i na dłuższą metę nic nie zmieni. A ponieważ prezydent Duda jawi się jako prezydent wymarzony – będzie to u niego tym bardziej zauważalne. Ma znaczenie ta prezencja, ta świeżość, ta bezpośredniość w przemówieniach, to odwoływanie się do Boga. To kapitalne, piękne, wzruszające. Jednak tym bardziej budzi zastanowienie uchylanie się od wypowiedzenia się, bądź działania w kwestii pewnych spraw, które jednak, wbrew pozorom, tę najbardziej świadomą część społeczeństwa polskiego zajmują.

Gdy trzeba było pojąć decyzję o napisaniu kolejnego tekstu, który unaoczniałby prezydenckie błędy, stanowiło to dla mnie trudność. Bo ktoś sobie pomyśli, że prezydenta nie lubię, choć to nie prawda, bo ktoś skojarzy, że narzekam, więc muszę być po złej stronie. Ponieważ źli ludzie natychmiast dopiszą swoje, dodadzą ideologię. Jednak w ten sposób – nigdy wobec nikogo nie można by być szczerym, a przecież w dobrych relacjach szczerości unikać się nie powinno. Upominanie dla czyjegoś i wspólnego dobra, to nasz święty obowiązek. Chcę wierzyć, że naszego prezydenta cechuje, nie tylko bycie lepszym od ospałego Bronisława Komorowskiego, bo gdyby w tej skali to mierzyć – osąd byłby nieobiektywny. Chcę wierzyć, że to własne cechy prezydenta, który nie musi porównywać się z gorszym poprzednikiem – sprawiają, iż jest bardzo dobrą głową państwa.

Jednak omijanie szerokim łukiem spraw takich jak: szerzący się na Ukrainie kult morderców Polaków z OUN-UPA, dyskryminacja naszych rodaków na Litwie, nieodebranie medalu Piotrowi Tymie, że o obrońcach Lwowa w 1918 roku nie wspomnę – wygląda po prostu fatalnie. Można chwilę pomyśleć: czy szczera sympatia jaką do prezydenta mamy – powinna i u nas powodować, iż sami się oszukujemy? Że tego wszystkiego co byśmy chcieli – nie ma tylko chwilowo, ale na pewno będzie we właściwym czasie? Tak można się oszukiwać względem wielu rzeczy, ale czy warto, czy warto dla pięknego snu tkwić w nim i zapomnieć o realnym świecie, nie próbować w nim działać? Mam trochę wrażenie, że tak teraz, jak w 1989 roku – po wspólnej walce zachłysnęliśmy się zmianami. Tylko czy są one rzeczywiste czy jedynie powierzchowne? Czy za 20 lat nastąpi kolejna odsłona kiedy przestanie się przemilczać jedną rzecz, lecz nie kolejnej – następnej, na którą trzeba będzie czekać kolejne lata?

To jest jakiś mechanizm symulacji wychodzenia na powierzchnię z podziemi, gdzie tkwi prawda, patriotyzm i religia. Bo każdy z tych wyrazów wydawał się być opatrzony jakimś swoistym kryzysem współczesnych czasów. I prezydent Andrzej Duda – jakkolwiek by to nie zabrzmiało wydawał się lekarstwem na te kryzysy, pomimo ograniczoności władzy prezydenckiej. Był jej zwiastunem, wręcz jest, przynajmniej w odbiorze części społeczeństwa. Jednakowoż – gdy już teraz, po roku prezydentury wydaje się zakładnikiem jakiekolwiek układnej polityki wobec sąsiadów – nie wróży to niczego dobrego. Nie wróżyło to niczego dobrego polskim politykom wierzącym Churchillowi, którzy myśleli o nim jako o człowieku, mającym wyższe zamiary.

Podobnie wyższe i szczytne zamiary widzieli Polacy w rządzonej przez Niemcy UE, niektórzy wcześniej dali się nabrać na komunę, sojusz polsko-sowiecki, socjalizm z ludzką twarzą. Teraz ludzie tracą głowę dla rzekomo wyższych wartości prezentowanych przez USA, albo na kierunku „przyjdzie Putin i zrobi porządek”. Z dziwnych powodów takie osoby zakładają, że odpowiednio Rosja, lub Stany Zjednoczone będą widziały w nas równych partnerów. Rosja jako drugiego poważnego dużego kraju słowiańskiego, a USA jako swojego wiernego oddanego sojusznika, który przecież nigdy nie zawiódł.

Patologia „polskich” założeń na arenie międzynarodowej

Zawiedli nas jednak Amerykanie, tak z wizami, których zniesienie nam obiecali, jak i z wtrącaniem się nam w politykę ukraińską, a konkretnie lobbując przeciw ustawie czy uchwale wołyńskiej. Można by sobie śledzić realizację umów pomiędzy nami, a Amerykanami, ale nie w tym rzecz. Jeszcze bardziej agresywnie zachowywała się Rosja, ze swoimi Nord Streamami oraz próbą wpływania na polską gospodarkę energetyczną, manewrami skierowanymi na tępienie polskiego powstania na Grodzieńszczyźnie. A wypada gorzej także ze względu na bagaż historyczny. Nie piszę już o Litwie oraz Ukrainie, bo to szczyt wszelkiej patologii politycznej.

Dziwi tylko jedna rzecz. Niezależnie od tego, kto Polakami rządzi, rząd ugina się przed tymi czy tamtymi mocarstwami, ponieważ to sojusznicy, którzy będą nas bronić. I w ten sam sposób ugina się też przed państwami słabszymi, które muszą stać się silniejsze i stabilne ponieważ wtedy staną się naszymi sojusznikami. Toteż nie można ich zadrażniać. Gdzie tu na Miłość Boską jakakolwiek logika? Tymczasem na pochyłe drzewo nawet koza skacze. W zasadzie naszą niezależność wydaje się demonstrować nie tyle niezależna polityka na wszystkich frontach i asertywność. Demonstruje ją rzeczywiste lub pokazowe stawianie się dwóm państwom, które w przeszłości, a i wszystko wskazuje na to że współcześnie – zrobiły nam coś złego, tj. Rosji i Niemcom. Należy zwrócić uwagę, że rząd Donalda Tuska był uległy wobec obu tych państw. Później, po rozpoczęciu majdanowych protestów – wszyscy członkowie PO wydawali się nagle zmienić w zajadłych krytyków Rosji.

Po dojściu PiS-u do władzy zaczęto stawiać się Niemcom i dobrze, wreszcie – po ćwierć wieku. Oczywiście za wyjątkiem braku zmiany, w dyktowanej nam przez lata przez te same Niemcy polityce ukraińskiej, czy litewskiej. Zmiany wydają się powierzchowne i kosmetyczne. Poszły wyprawki dla Polaków na Litwie, może częściej polscy urzędnicy ich odwiedzają, ale rdzeń niedziałania i nieupominania się o ich prawa – trzyma się dobrze. Polacy tracą właśnie cztery najważniejsze wileńskie szkoły, w tym jedną szkołę symbol oporu, którą Lietuvisi chcą zabrać z radością, wykazując że Polska nic nie zrobi – szkołę Lelewela.

W sprawie ukraińskiej po demonstracyjnym niespotkaniu się prezydenta Dudy z Poroszenką, nasz prezydent nadrabia „ukraińskie serwituty” aż nadto. Natomiast uchwała sejmowa, dotycząca nacjonalizmu ukraińskiego, uchwalona jako coś łagodniejszego niż ustawa – wydaje się wyłącznie fasadową demonstracją. Polityka państwa zmienia się częściowo. Będzie reakcja na pisanie o „polskich obozach koncentracyjnych” w Niemczech, a także w wypadku bzdur rosyjskich. Należy jednak wątpić w taką samą, stanowczą reakcję, gdy publicznie fałszować będą historię nacjonaliści litewscy, jak i ukraińscy. Ich dopiero należy odhodować na poważnych przeciwników, o przepraszam – przyjaciół Polski.

Co jest odważne, a co nie jest

Szkoda, że mocne przemówienie prezydenta o milczeniu III RP koegzystuje z wybiórczością takiego podejścia w zależności od tematu. Fatalnie, że gdy był na to czas 11 lipca nie usłyszeliśmy nic. Bowiem wszelkie jego przemówienia, niezależnie jak płomienne by były – obarczone zostaną jedną dostrzegalną skazą – brakiem odwagi, by to samo powiedzieć w niektórych kierunkach. Nie porównuję tych obu zupełnie różnych spraw, ale różnica w skali wymaganej odwagi jest jak między darciem Biblii a Koranu przez Nergala. Wiadomo, że darciem Pisma Świętego podpadnie się nam katolikom, ale głowy publicznie raczej Nergalowi nie utniemy, ani go nie ukamienujemy.

Odpowiednio Michnika i KODziarzy (których z nami prawicowcami nie porównuje) mało kto realnie popiera, mogą się tylko w komentarzach bardziej komicznie wygłupić. Jednak odważne wypowiedzenie się o sprawie nacjonalizmu ukraińskiego jest jak z podarciem Koranu. Jego zwolennicy to nie tylko fanatycy i rezuny, którym nie obcy jest radykalizm i terroryzm. W ich obronie odezwie się, nie tylko Michnik i KOD, ale cała ferajna rzekomych sojuszników w Polsce i za granicą. Bo pielęgnacja muzułmanów oraz ich dyktatu jest dokładnie proporcjonalna do pielęgnacji nacjonalizmu ukraińskiego. Ten ostatni odwołuje się nawet bezpośrednio do niemieckich tradycji w czasie wojny, ale to polski rząd oskarży się na zachodzie o nacjonalizm, czy faszyzm.

A gdyby zaś ten sam rząd postanowił iść głośno, wbrew lansowanej polityce ukraińskiej, tak jak usiłuje się stawiać w sprawie uchodźców? To już stanowiłoby za dużo, do tego potrzeba naprawdę odwagi. Warto się zatem zastanowić, ile faktycznie jest tej odwagi u naszych władz, a nie tylko porównywać z ich kompletnym brakiem u poprzednich. Czy bowiem wszystko można usprawiedliwiać rozsądkiem, taktyką i złym czasem? Czy gdy osiedli się w Polsce kilka milionów Ukraińców (takie są propozycje) i zyskają oni prawo głosu, tej odwagi nagle przybędzie czy ubędzie? I to Ukraińców, wśród których rozwoju nacjonalizmu ukraińskiego nie usiłuje się nawet za bardzo powstrzymać. Czy wtedy Pan Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wypowie się w temacie, czy nadal będzie milczał? Miejmy nadzieję, że jednak weźmie to pod uwagę.

ALEKSANDER SZYCHT

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*