Zagadkowa śmierć. Policjant popełnił samobójstwo, po czym sam siebie okradł?

Przy szosie znanej z aktywności tirówek znaleziono zwłoki policjanta z raną postrzałową głowy. Wersja śledcza: samobójstwo. Ale nic się tu nie zgadza.

 – Jeśli Grzegorz popełnił samobójstwo, co stało się z jego policyjną odznaką, telefonami i zegarkiem? Kto zerwał mu z ręki bransoletkę? Dlaczego silnik w radiowozie był włączony, a ostatni zapis w służbowym notatniku dotyczy kontroli podejrzanego auta bez tablic rejestracyjnych? – wylicza Katarzyna, siostra starszego aspiranta Grzegorza Sadowskiego, dzielnicowego z posterunku w wielkopolskim Lwówku.

Od dwóch lat prokuratura i policja nie potrafią znaleźć odpowiedzi na te pytania. Bo gdyby to było samobójstwo – w co Katarzyna nie wierzy – śledztwo już by zamknięto, a nie przenoszono do prokuratury wyższego szczebla.

Silnik pracuje, policjant nie żyje

– Oceniany jako bardzo dobry policjant, wielokrotnie nagradzany i wyróżniany – tak brata Katarzyny opisuje Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.

W poniedziałek 11 sierpnia 2014 r. 38-letni Grzegorz Sadowski wyjeżdża na ostatni patrol. Jest doświadczonym policjantem, jedzie w pojedynkę.

Wcześniej rozstał się z żoną i prawie dorosłym synem, teraz ma nową partnerkę, niedawno urodziło im się dziecko, dwa dni przed ostatnim patrolem były jego chrzciny.

Lwówek to trzytysięczne miasteczko pod Nowym Tomyślem, obok drogi łączącej zachodnią granicę z Poznaniem. Wśród zadań, jakie na ten dzień wyznaczyli Sadowskiemu szefowie, jest kontrola szosy „pod kątem przydrożnej prostytucji”. Skąpo ubrane panie są latem stałym elementem krajobrazu. Sadowski, który wśród kolegów ma opinię służbisty, często je legitymuje. Nie są zadowolone – radiowóz na poboczu odstrasza klientów. Ale Sadowski jest nieustępliwy. Trzy lata wcześniej zatrzymał jadącego po pijaku 20-letniego Bułgara, który zaproponował mu 500 euro łapówki. Policjant odmówił, dostał za to dyplom i skromną nagrodę.

Podczas ostatniego patrolu ma przy sobie dwa telefony. O godz. 10.15 na prywatną komórkę dzwoni jego partnerka. Sadowski nie odbiera. Po kwadransie – przy kolejnej próbie połączenia – telefon jest już wyłączony. Milczy też komórka służbowa.

Oficer dyżurny z komendy w Nowym Tomyślu wszczyna alarm dopiero trzy godziny później, gdy chce wysłać dzielnicowego na interwencję, a nie ma z nim kontaktu. Policjanci jadą do mieszkania, lecz partnerka też nie ma pojęcia, gdzie jest Sadowski.

Do poszukiwań rusza kilka patroli. Po godz. 16 jeden z nich dostrzega radiowóz na leśnej polanie, za drzewami, kilkadziesiąt metrów od drogi krajowej. Boczne drzwi i bagażnik są otwarte, lusterko uszkodzone, silnik pracuje, choć w środku nie ma kierowcy. Policjant leży martwy obok radiowozu – ma ranę postrzałową głowy.

Wątpliwości się mnożą

Rzecznicy policji, powołując się na wstępne ustalenia, przekazują dziennikarzom, że to prawdopodobnie samobójstwo, więc informacja nie przebija się na pierwsze strony gazet. Co roku w Polsce życie odbiera sobie kilkunastu policjantów – to żadna sensacja. Sadowski pasuje zresztą do profilu statystycznego policyjnego samobójcy: ma 30-40 lat i ponaddziesięcioletni staż pracy, głównie w prewencji. Być może z tego powodu psycholog, poproszony o ocenę, czy dzielnicowy mógł się zabić, napisze: owszem, było to możliwe. Tyle że wersja o samobójstwie ma poważne luki. W sprawie przybywa pytań i śledztwo zostaje zabrane z powiatowej prokuratury do Poznania.

Akta dostaje Magdalena Jarecka, doświadczona prokuratorka, która teraz próbuje rozwikłać także zagadkę zaginięcia poznanianki Ewy Tylman. Pewne jest, że Grzegorz zginął od postrzału, a w jego pistolecie brakuje jednego naboju. Znaleziono łuskę, lecz nie pocisk. Ślady prochu są na obu dłoniach policjanta, więc musiałby trzymać pistolet oburącz, przykładając go sobie do głowy. Przy martwym nie było ani telefonów komórkowych, ani legitymacji z odznaką, ani kart płatniczych, ani dowodu osobistego.

– Z ręki Grzegorza zniknął też zegarek, z którym nigdy się nie rozstawał, bo była to pamiątka po naszej matce – opowiada siostra policjanta. – Bransoletka, którą miał na nadgarstku, leżała rozerwana obok ciała. I jeszcze ten zagadkowy wpis w jego notatniku…

Ofiara gangu alfonsów?

Sadowski zanotował, że o godz. 10.20 przystępuje do kontroli audi bez tablic rejestracyjnych. Nie ma jednak informacji, czym kontrola się zakończyła. Oficer wielkopolskiej policji: – Jeśli to było samobójstwo, Sadowski z jakiegoś powodu postanowił upozorować je na napad. Ale co zrobił z telefonami, dokumentami? Wyrzucił w lesie? Nic nie znaleźliśmy. Mało prawdopodobne, by ktoś przypadkowy spacerował po okolicy i okradł zwłoki policjanta. Więc chyba to jednak zabójstwo. Dla nas sprawa prestiżowa.

Jesienią 2014 r. Michał Fajbusiewicz, autor magazynu „997” o nierozwiązanych zagadkach kryminalnych, nagrywa odcinek poświęcony śmierci dzielnicowego w lesie. Audycję emituje kanał Polsat Play. Fajbusiewicz przed kamerą stawia tezę, że policjant padł ofiarą gangu alfonsów żerujących na tirówkach: – Przeganiał je, był najbardziej uciążliwym dla nich funkcjonariuszem.

– To była jedna z wersji przyjętych także przez nas – potwierdza mój rozmówca z policji.

Ważniejsza Ewa Tylman?

Śledczy przepytują prostytutki i ich opiekunów, wśród których jest wielu Bułgarów. Pobierają próbki DNA, by skonfrontować je ze śladami zabezpieczonymi na miejscu zdarzenia. Wynik za każdym razem jest negatywny, a przesłuchiwani sutenerzy twierdzą, że nic o sprawie nie wiedzą.

Ostatnią szansą na przełom są zaginione telefony Sadowskiego. Śledczy wiedzą, że pracujące przy drodze dziewczyny i ich „opiekunowie” krążą między Polską, Niemcami, Bułgarią i Grecją. Prokurator Jarecka prosi tamtejsze służby o sprawdzenie, czy zaginione telefony nie logowały się w tych krajach. Z Niemiec i Bułgarii przychodzą zaprzeczenia. Grecy jeszcze nie odpowiedzieli.

Katarzyna, siostra Grzegorza, kontaktuje się ze mną, gdy czyta relację z konferencji nowego szefa wielkopolskiej policji. Tomasz Trawiński mówi, że jego priorytetem będzie wyjaśnienie sprawy zaginięcia Ewy Tylman. Nie wspomina o Grzegorzu. – A przecież to powinien być priorytet – mówi Katarzyna. – W niejasnych okolicznościach stracił życie policjant. Wszyscy wiemy z kina, co amerykańscy gliniarze robią, gdy zginie jeden z nich. Rzucają inne sprawy i tropią sprawców do końca, wszelkimi metodami.

Co jest w aktach?

Rodzina dzielnicowego – nie mogąc się doczekać efektów śledztwa – próbuje prowadzić dochodzenie na własną rękę. Rozmawia ze znajomymi Grzegorza z pracy. – Miałam kilka razy wrażenie, że oni wiedzą, co się stało, ale z jakiegoś powodu nie chcą o tym mówić – twierdzi siostra.

Na razie prokurator Jarecka zawiesiła śledztwo – bo czeka na odpowiedź z Grecji. Jeśli będzie negatywna, prawdopodobnie umorzy postępowanie. Dopiero wtedy rodzina zabitego zyska dostęp do całości akt i wtedy dziennikarze dowiedzą się może, jakie wątki sprawdzano, dokąd zaprowadziły i dlaczego nie postawiono nikomu zarzutów. Siostra Sadowskiego mówi, że jest gotowa na najtrudniejszą prawdę.

Kto ich zabił?

W 2009 r. przy szosie Bydgoszcz – Toruń znaleziono zwłoki prostytutki Jowity i klienta. Tam też – jak w sprawie Sadowskiego – w tle pojawia się samochód Audi i bułgarscy sutenerzy. Dzień po zbrodni znikła inna tirówka, Natalia, być może świadek krwawego zdarzenia. Sprawca lub sprawcy wciąż są nieuchwytni.

PIOTR ŻYTNICKI

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Więcej postów