Czy pracujący w Polsce Ukraińcy są wyzyskiwani?

W debacie publicznej od jakiegoś czasu mówi się, że Ukraińcy ratują nasz rynek pracy podejmując zatrudnienie tam, gdzie Polacy pracować nie chcą. Za tą optymistycznie wyglądającą figurą kryją się jednak systemowe bariery i gorsze traktowanie przez rynek naszych wschodnich sąsiadów.

Zacznijmy od średniej pensji Ukraińców. Według badania NBP z 2015 roku przeprowadzonego w aglomeracji warszawskiej (to w stolicy i jej okolicach jest najwięcej osób, które przybyły za pracą zza wschodniej granicy) średnia pensja wynosiła 2100 złotych na rękę. W tym samym czasie według GUS statystyczny Kowalski na rękę dostawał niemal 2800 złotych. Różnica nie wydaje się aż tak duża, do momentu, kiedy porównamy czas pracy. Polacy, w zależności od źródła, pracują średnio od 41 (Eurostat) do 45 godzin tygodniowo (Kantar Millward Brown dla Work Service). Ukraińcy – 54 godziny. Średnia godzinówka Ukraińca to więc 55-61 proc. średniej godzinówki Polaka. Oczywiście należy pamiętać, że zarówno w przypadku Ukraińców jak i Polaków średnią ciągną w górę osoby najlepiej zarabiające. W Polsce średnią i powyżej zarabia jakieś 25 – 30 proc. pracujących. Możliwe, że podobnie jest i wśród Ukraińców, choć nie mamy na to twardych danych.

Do analizy zarobków znacznie lepsza jest jednak mediana, czyli kwota, która dzieli pracujących na równe połowy – tych zarabiających więcej i mniej. Dla Polaków ta kwota w 2015 wynosiła około 2400 zł na rękę (przy średniej, jak wyżej, 2800). Jeśli więc średnia pensja Ukraińców wynosiła w 2015 roku około 10 zł na rękę, to mediana była dużo poniżej polskiej pensji minimalnej. To oznaczałoby, że połowę pracujących gości ze wschodu zatrudnialiśmy z ominięciem własnego prawa, płacąc im mniej niż wynika to z naszych przepisów.

Nowsze badanie Personnel Service z 2018 roku wskazuje na to, że zarobki Ukraińców są jednak znacznie wyższe – 75 proc. naszych wschodnich sąsiadów miałoby zarabiać powyżej 2500 zł miesięcznie. Wydaje się to mało prawdopodobne (badanie było przeprowadzone na niewielkiej grupie 400 osób), ale nawet jeśli tak by było, to wciąż pozostaje ponadnormatywny czas pracy przybyszów ze wschodu.

Dobrze wykształceni, zatrudnieni poniżej kwalifikacji

Narodowy Bank Polski szacuje, że w Polsce w 2017 roku przebywało około 900 tys. Ukraińców (w niektórych źródłach pojawiają się jeszcze wyższe wartości). Według danych Ministerstwa Pracy Rodziny i Polityki Społecznej w 2017 roku wydano w Polsce ponad 1,8 mln tzw. oświadczeń o zamiarze powierzenia zatrudnienia (najczęstsza forma „zapraszania” do Polski Ukraińców). Istnieje jeszcze procedura pozwoleń na pracę, ale z uwagi na formalności pracodawcy i pracownicy wybierają tę pierwszą. Nie oznacza to, że aż 1,8 mln naszych sąsiadów u nas pracowało – niektórzy przechodzili procedurę oświadczeniową dwukrotnie.

„Gazeta Wyborcza” dotarła do danych ZUS, z których wynika, że w zeszłym roku jedynie nieco ponad 400 tysięcy Ukraińców odprowadzało składki. Co to oznacza? Że spośród około miliona pracujących migrantów (bezrobocie wśród Ukraińców sięga w Polsce kilku procent) nawet połowa nie była zatrudniona na umowę o pracę lub umowę zlecenie – to właśnie od tych umów odprowadza się składki. Umowy o dzieło oraz, jak nietrudno się domyślić, praca na czarno jest nieoskładkowana. Oznacza to, że ponad połowa migrantów w Polsce jest zatrudnionych w szarej strefie.

Ale to jeszcze nie wszystko. Według NBP 38 proc. Ukraińców pracujących w Polsce ma wykształcenie wyższe, a 54 proc. wykształcenie średnie. Większość badań wskazuje na to, że przynajmniej 70 proc. zatrudnionych w naszym kraju wschodnich sąsiadów wykonuje prace i usługi proste. Według Work Service ponad 80 proc. Ukraińców z wykształceniem wyższym jest zatrudniona poniżej kwalifikacji. Wśród ogółu grupy odsetek ten wynosi niemal 70 proc.

Dlaczego Ukraińcy są gotowi tak pracować?

Skąd bierze się ten, nie przymierzając, koszmarny obraz zatrudnienia Ukraińców w Polsce? Sprawa jest bardzo złożona. Przyjeżdżający do Polski Ukraińcy, nawet pracując poniżej polskiej minimalnej, nawet pracując w szarej strefie, nawet pracując długo i poniżej kwalifikacji mają lepszą sytuację niż w ich rodzinnym kraju. Tam średnia pensja, w przeliczeniu na złotówki, wynosi nieco powyżej 1000 złotych. Czyli prawie 3 razy mniej niż u nas. Mamy więc do czynienia z wykorzystywaniem słabszej pozycji około miliona ludzi.

Jakimś czynnikiem blokującym awansy może być również niezadowalający poziom znajomości języka polskiego. Nie bez znaczenia jest też to, że spora część Ukraińców ma zapewnione mieszkanie i – przynajmniej częściowo – wyżywienie (bardzo duża część z nich pracuje w rolnictwie lub na budowach), co powoduje, że ich koszty utrzymania spadają. Inną sprawą są warunki, w jakich mieszkają nasi wschodni sąsiedzi. Często to mieszkania przeludnione, z marnym wyposażeniem. Nie wspominając już o warunkach panujących w budowlanych kontenerach.

Wyzysk jako relacja

Mimo wszystko znaczna większość Ukraińców chwali sobie pracę w naszym kraju. Tak jak pracujący poniżej kwalifikacji Polacy chwalą sobie pracę w Wielkiej Brytanii, gdzie wykonując proste zawody mogą sobie pozwolić na wakacje dwa razy do roku.

Tutaj pojawia się bardzo ciekawa sprawa: okazuje się, że wyzysk jest kwestią relacyjną. Z punktu widzenia wykształconego Polaka przeciętny Ukrainiec jest w Polsce wyzyskiwany w sposób skandaliczny. Wydaje się, że niewielu Polaków z wyższym wykształceniem byłoby skłonnych w naszym kraju pracować poniżej pensji minimalnej. Czuliby – zapewne słusznie – że wypłata, jaką się im proponuje jest rodzajem obelgi, splunięcia w twarz. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii – brytyjscy ekonomiści rzadko pracują na zmywakach.

Wyzysk, nawet w dość zamożnych krajach (a do takich krajów należy zaliczyć również Polskę), nie jest wie stanem bezwzględnym. Jest doświadczeniem, które wyłania się z zajmowanego w społeczeństwie miejsca, z aspiracji i wyobrażeń na temat siebie i swojego miejsca w strukturze społeczno-ekonomicznej. Te z kolei nie rosną w próżni – są karmione przez rodziców, opowiadane w popkulturze, internalizowane z reklamowych przekazów oraz pozostają w związku z pozycją członków grup odniesienia: naszych znajomych i znajomych naszych znajomych.

Jak pomóc Ukraińcom?

Czy to znaczy, że mamy powiedzieć „cóż Polacy są Ukraińcami w Wielkiej Brytanii, a Ukraińcy są Polakami w Wielkiej Brytanii, tylko że w Polsce”? To jest opcja konserwatywna, której orędownicy najchętniej złożoność świata i postulaty jego zmiany załatwiają (a przynajmniej tak im się wydaje) stwierdzeniem „tak działa wolny rynek”. No cóż, rzeczywiście tak działa wolny rynek; to jest stan obiektywny – migranci mają gorzej niż miejscowi. Jednak, to, że coś istnieje nie oznacza, że jest pożądane. To że istnieją wypadki samochodowe i że potrafimy określić ich przyczyny, czynniki ryzyka, nie oznacza, że nie powinniśmy z nimi nic robić.

Właśnie w tym miejsc powinny przyjść instytucje i odpowiednie polityki publiczne, które tworzyłyby społeczeństwo, które będzie bardziej fair dla swoich członków. Nieregulowany wolny rynek zawodzi i na przykładzie migracji widać to najlepiej. Przykładowo praca poniżej kwalifikacji jest szkodliwa dla samego rynku, a mówiąc nieco mniej abstrakcyjnie – dla gospodarki. Jest niczym innym jak trwonieniem zasobów i potencjału. Oczywiście, nie wszystkie osoby z wyższym wykształceniem nadają się do każdej pracy. Ale z pewnością w ich grupie znajduje się spora podgrupa osób, które mają zasoby intelektualne pozwalające na łatwiejsze wskoczenie na lepsze stanowiska. Co działoby się z korzyścią i dla nich, i dla całej gospodarki.

Jeżeli więc są problemy z trzymaniem poziomu wypłat, to niech publiczne instytucje takie jak PIP baczniej przyglądają się przedsiębiorcom i nie boją się karać ich za łamanie prawa. Jeżeli istnieją bariery językowe, to stwórzmy kursy, dzięki którym – jako państwo i jako społeczeństwo – lepiej wykorzystamy potencjał naszych pracowitych gości. Pamiętajmy, że część z nich już jest miejscowymi, a dziesiątki, czy setki tysięcy wkrótce przekona się do osiedlenia się u nas na stałe i zostaną jednymi z nas. Tak jak nasi koledzy, siostry i kuzyni zostali zwykłymi sąsiadami Brytyjczyków i Niemców.

Jeżeli mielibyśmy nadawać ludzkie cechy wolnemu rynkowi, to nie byłby tylko cwaniakiem, który wykorzystuje gorsze położenie dla swoich korzyści. Byłby również głupkiem, który nie rozumie tego, że zatrudnienie poniżej kwalifikacji to marnotrawienie zasobów. Właśnie tak działa wolny rynek. I właśnie dlatego należy go regulować.

KAMIL FEJFER

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.