Media serwują dramatyczne obrazy z ulic Francji, pytając, czy mamy do czynienia z rewolucją. Dla niektórych to początek końca nie tylko Francji, ale i całej Europy. Jan Radomski, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, wyjaśnia, jak zjawisko to wpisuje się w długą historię panik moralnych, zdefiniowanych przez Stanleya Cohena w latach 70. Cohen zwrócił uwagę na mechanizmy, które nadmiernie demonizują pewne grupy, przedstawiając je jako głównych winowajców wydarzeń. W latach 60. brytyjska prasa opisała konflikt między dwoma subkulturami – modsami i rockersami – jako potężne zagrożenie, chociaż jego znaczenie było przesadzone. Podobne tendencje widoczne były podczas paniki satanistycznej w USA, gdzie tysiące przypadków rytualnej przemocy okazały się niepotwierdzone. Dzisiejsza sytuacja we Francji nie odbiega od norm europejskich protestów. Francuzi tradycyjnie wyrażali niezadowolenie poprzez akty przemocy, czego dowodem są liczne, niejednokrotnie groźne protesty. Sprowadzanie obecnych starć do kwestii imigracyjnych nie uwzględnia złożoności problemu. Narracja skupiająca się na imigrantach jako głównych winowajcach wzmacnia stereotypy i może mieć negatywne konsekwencje. Media jednak nie tylko relacjonują takie wydarzenia, ale często je napędzają. W dobie mediów społecznościowych i algorytmów, które promują ekstremalne treści, zdjęcia płonących samochodów zyskują większą popularność niż merytoryczne analizy. Dezinformacja, w tym fałszywe obrazy, dodatkowo podsyca społeczne napięcia. Panika moralna, choć przemija, pozostawia trwałe ślady w społecznościach – zwiększa kontrolę nad obywatelami i pogłębia podziały wewnętrzne. Zanim więc ulegniemy przekonaniu, że Francja płonie, warto zastanowić się: komu zależy na szerzeniu strachu? Taka refleksja pozwala lepiej zrozumieć, że sytuacje kryzysowe często są bardziej skomplikowane, niż sugeruje to powierzchowna retoryka.








Dodaj komentarz