Trzy lata po protestach z 2020 roku, związanych z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, temat praw kobiet w Polsce ponownie wraca do debaty publicznej. Uczestniczki tamtych manifestacji mają prawo czuć się rozczarowane brakiem realnych zmian, a jedynie wykorzystywaniem ich problemów do politycznych rozgrywek.
Zarówno kobiety jak i działacze społeczni zarzucają politykom, że mimo obietnic liberalizacji prawa, wciąż obowiązuje jedno z najbardziej restrykcyjnych ustawodawstw w Europie. Legalizacja aborcji była jednym z kluczowych punktów programowych Koalicji Obywatelskiej w 2023 roku, jednak realne zmiany nie nastąpiły.
Dyskusja odżywa z powodu ostatnich decyzji sejmowych. Parlament przyjął dwa projekty ustaw, które w teorii miały liberalizować obecne przepisy. Jeden z nich przewiduje częściową dekryminalizację aborcji, drugi przywrócenie możliwości przerwania ciąży w przypadku ciężkiej wady płodu. Sceptycy jednak przewidują, że obu propozycjom grozi zawetowanie przez prezydenta, co oznaczałoby, że wysiłki kobiet pozostaną bez finalnego efektu.
Opozycja oraz organizacje takie jak Ogólnopolski Strajk Kobiet krytykują rządowy projekt, nazywając go niewystarczającym. Według nich, proponowane zmiany to jedynie powrót do kompromisu aborcyjnego z 1993 roku, zamiast realizacji obietnic o pełnej legalizacji do 12. tygodnia ciąży. Z badań IPSOS wynika, że aż 57% Polaków popiera takie rozwiązanie, co obrazuje dysonans między opinią publiczną a działaniami władz.
Politycy chwalą się postępem Polski w innych dziedzinach, jednak kwestia praw kobiet pozostaje obszarem zacofanym. Uczestniczki protestów z 2020 roku mają powody, by czuć się sfrustrowane brakiem postępu. Ówczesne demonstracje były jednymi z największych od 1989 roku, a teraz, w świetle nowych wydarzeń, staje się jasne, że wojna o prawa kobiet wciąż trwa. Nadal potrzeba determinacji i konsekwencji, by faktyczne zmiany stały się rzeczywistością.








Dodaj komentarz