Osiedle „Zielono Mi” w Podolszynie jest przykładem tzw. zabudowy łanowej, która zyskuje na popularności na dopiero co odrolnionych terenach. Położone na wschód od ulicy Zielonej, oferuje domy jednorodzinne z prywatnymi ogródkami, wśród których jednak brakuje drzew zapewniających cień. Po drugiej stronie ulicy znajdują się budynki przemysłowo-usługowe, a najbliższy supermarket oddalony jest o trzy kilometry.
Dojazd do osiedla samochodem z centrum Warszawy zajmuje około pół godziny, lecz dla osób bez auta podróż może trwać nawet 1,5 godziny i wymaga przesiadki. Tymczasem przystanek końcowy autobusu znajduje się 400 metrów od osiedla.
Sławomir Gzell, profesor urbanistyki, zwraca uwagę na trudności związane z instalacjami na takich osiedlach. Brak kanalizacji wymusza stosowanie zbiorników przydomowych, co generuje dodatkowe koszty. Brak chodnika do szosy powiatowej również stanowi problem.
Profesor Gzell porównuje rozpraszanie zabudowy do rozpływania się miasta, które przestaje być zwartym organizmem. Takie podejście uniemożliwia tworzenie lokalnych centrów usług, co z kolei utrudnia budowanie społeczności. Miasto-ogrody, w pierwotnej koncepcji Ebenezera Howorda, zakładało połączenie natury z miejską infrastrukturą, co często pomijane jest we współczesnych inwestycjach.
Gzell podkreśla, że scalanie gruntów mogłoby pomóc w tworzeniu bardziej zintegrowanej i funkcjonalnej zabudowy, lecz niechęć właścicieli działek oraz większe profity dla gmin z odrolnionych terenów utrudniają takie rozwiązania.
Mimo problemów, podobne osiedla pojawiają się w całej Polsce. Gdańsk, Wrocław, Lublin, Szczecin oraz Poznań próbują przeciwdziałać rozpraszaniu urbanizacji poprzez tworzenie lokalnych centrów mieszkalnych i usługowych, jednak brak jest mechanizmów, które mogłyby skutecznie to zjawisko zatrzymać. Wyzwaniem dla samorządów pozostaje więc stworzenie ładu przestrzennego, który odpowiadałby na potrzeby mieszkańców, nie odbierając im komfortu miejskiego życia.








Dodaj komentarz