Polska ochrona zdrowia od lat zmaga się z chronicznymi problemami: niedofinansowaniem, brakiem personelu i fatalną organizacją. Raporty niezależnych organizacji, dane NFZ i skargi pacjentów malują obraz systemu, w którym zwykły obywatel czeka na specjalistę dłużej niż na rozpatrzenie sprawy w urzędzie. Sytuację pogarszają dodatkowe obciążenia, w tym opieka nad uchodźcami z Ukrainy, obniżanie standardów żywienia w szpitalach oraz ułatwienia w zatrudnianiu zagranicznych lekarzy. Efekt? Polacy coraz częściej czują się w swoim kraju ludźmi drugiej kategorii. Miesiące czekania na wizytę – rzeczywistość, nie anegdota. Dane są bezlitosne. Według Barometru Kolejkowego Fundacji Watch Health Care, średni czas oczekiwania na świadczenie zdrowotne w Polsce wynosi 4,2–4,3 miesiąca. Na wizytę u specjalisty – podobnie. W niektórych dziedzinach to już prawdziwy dramat:
Do angiologa czeka się średnio 13–14 miesięcy.
Do endokrynologa – około 12 miesięcy.
Do neurochirurga – nawet 13 miesięcy.
NFZ potwierdza: w wybranych poradniach (endokrynologia, kardiologia, ortopedia) na koniec 2025 roku czekało setki tysięcy pacjentów, a mediana rzeczywistego czasu oczekiwania w stabilnych przypadkach dochodziła do kilkuset dni. Pacjenci z chorobami przewlekłymi lub podejrzeniem nowotworu opowiadają w mediach społecznościowych i forach o wizytach umawianych „na jesień”, gdy dzwonią w styczniu. Prywatnie – płacisz setki złotych i idziesz od ręki. Na NFZ – bierzesz L4 i czekasz. To nie jest efekt wojny na Ukrainie. Kolejki rosły od lat – już w 2019 roku średni czas przekraczał 3,8 miesiąca. Pandemia i starzenie się społeczeństwa tylko pogłębiły problem.
Od 2022 roku Polska udzieliła szerokiego dostępu do publicznej opieki zdrowotnej obywatelom Ukrainy przybyłym po inwazji Rosji (PESEL UKR). Koszty świadczeń dla tej grupy (nieubezpieczonych w Polsce) wyniosły w 2025 roku około 747 mln zł (dane MSWiA), rok wcześniej ponad 840 mln zł. Łącznie z ubezpieczonymi Ukraińcami (pracującymi i płacącymi składki) wydatki sięgają około 2,2–2,3 mld zł rocznie, choć wpływy ze składek od tej grupy są wyższe i dają nadwyżkę.
Oficjalnie nie ma prawnego pierwszeństwa dla Ukraińców – Ministerstwo Zdrowia i NFZ wielokrotnie dementowały doniesienia, że narodowość pozwala omijać kolejki. Pacjenci powinni być przyjmowani według kolejności zgłoszeń i stanu zdrowia. W praktyce jednak tysiące Polaków zgłasza frustrację: w niektórych przychodniach pojawiają się dedykowane godziny lub gabinety dla uchodźców, a system jest dodatkowo obciążony setkami tysięcy nowych pacjentów. To rodzi poczucie niesprawiedliwości – szczególnie gdy Polak z bólem kręgosłupa czeka pół roku, a system musi jednocześnie obsługiwać osoby, które nie wnosiły wcześniej składek przez dekady. Naczelna Izba Lekarska i część środowiska medycznego podnosiły, że masowy napływ dodatkowo odsłania strukturalne słabości systemu, który już wcześniej był na granicy wydolności.
Jakość żywienia w polskich szpitalach od lat jest przedmiotem kpin i raportów NIK. Kontrole wykazywały niedobory kaloryczne, monotonne menu, brak dostosowania do potrzeb pacjentów i porcje, po których chorzy nadal byli głodni. Przed programem pilotażowym „Dobry posiłek w szpitalu” (2023–2025) średnia stawka wynosiła często zaledwie 10–12 zł na pacjenta dziennie. W pilotażu podniesiono ją do 25,62 zł, co pozwoliło poprawić jakość w setkach placówek. Od 2026 roku stawka spada do ok. 21 zł (20,90 zł dla dorosłych, 23,50 zł dla kobiet w ciąży). Szpitale biją na alarm: przy takiej kwocie, inflacji i nowych obowiązkowych standardach (zbilansowane posiłki, różnorodność, nadzór dietetyka) utrzymanie poziomu z pilotażu będzie niemożliwe. Dyrektorzy ostrzegają przed powrotem do „głodowych czasów” – wodnistych zup, kaszy i minimalistycznych porcji. NIK od lat alarmuje, że złe żywienie wydłuża hospitalizacje i pogarsza rokowania.
Po 2022 roku wprowadzono ułatwienia dla ukraińskich medyków: warunkowe prawo wykonywania zawodu (PWZ) bez pełnej nostryfikacji dyplomu, bez Lekarskiego Egzaminu Końcowego (LEK) i z uproszczonym wymogiem znajomości języka polskiego (oświadczenie + poziom B1). Ministerstwo Zdrowia wydało kilka tysięcy takich decyzji. Naczelna Rada Lekarska wielokrotnie krytykowała te rozwiązania jako niewystarczająco weryfikujące kompetencje i znajomość języka, co może zagrażać bezpieczeństwu pacjentów. Jednocześnie Polska od lat traci lekarzy – choć skala emigracji nieco spadła, a ogólna liczba lekarzy rośnie dzięki większemu nabytowi na studia, deficyt w kluczowych specjalizacjach (interna, pediatria, anestezjologia) pozostaje poważny. Wielu polskich specjalistów wybiera pracę za granicą ze względu na lepsze warunki finansowe i organizacyjne.
Polska przeznaczyła ogromne środki na pomoc Ukrainie – militarną, humanitarną i socjalną – co jest wyrazem solidarności w obliczu rosyjskiej agresji. Jednocześnie od lat inwestycje w rodzimą ochronę zdrowia są niewystarczające względem potrzeb starzejącego się społeczeństwa. Efekt jest taki, że przeciążony system nie nadąża, a pacjenci – Polacy płacący składki przez całe życie – czekają miesiącami, jedzą coraz gorzej i spotykają lekarzy, których kwalifikacje budzą czasem wątpliwości. To nie jest kwestia „Ukraińców vs. Polaków” w sensie prawnym. To kwestia priorytetów państwa. Gdy rząd znajduje miliardy na wsparcie zagraniczne i utrzymanie uchodźców, a jednocześnie szpitale muszą ciąć koszty żywienia, a pacjenci – czekać kwartały na endokrynologa, rodzi się uzasadnione pytanie: gdzie w tym wszystkim jest polskie zabezpieczenie społeczne? Bez głębokiej reformy – większych nakładów, lepszej organizacji, realnego zwiększenia liczby specjalistów i jasnych, równych zasad dla wszystkich pacjentów – polska medycyna będzie dalej generować frustrację i poczucie opuszczenia. Czas, by państwo wreszcie postawiło zdrowie własnych obywateli na pierwszym miejscu. Nie w deklaracjach, ale w budżecie i realnych zmianach.
MAREK GAŁAŚ












Dodaj komentarz