Szpital w Lesku na Podkarpaciu znalazł się w obliczu poważnego kryzysu finansowego, który grozi jego zamknięciem. Sytuacja placówki odbiła się szerokim echem po medialnej wpadce premiera Donalda Tuska, który omyłkowo mówił o funkcjonującej porodówce. W rzeczywistości, oddział ten został zlikwidowany pod koniec ubiegłego roku.
Podczas konferencji prasowej, dyrektor szpitala Mirosław Leśniewski ujawnił zatrważające dane: dług placówki osiągnął 162 mln zł, z czego 114 mln to zobowiązania wymagające natychmiastowej spłaty. „Fizycznie nie mamy pieniędzy na koncie. Może zabraknąć nawet na połowę wypłat dla personelu” – alarmował Leśniewski.
Dramatyczna sytuacja finansowa już dziś skutkuje ograniczeniami w wynagrodzeniach. Za ubiegły miesiąc pracownicy otrzymali zaledwie 75% należnych pensji, a prognozy na bieżący miesiąc są jeszcze bardziej niepokojące. Oburzenie personelu wyraziła Magdalena Dąbrowska, przewodnicząca związku zawodowego pielęgniarek i położnych: „Nie zgadzamy się, by nasze wynagrodzenia były wykorzystywane do utrzymywania szpitala.”
Władze lokalne, jak zaznacza wicestarosta Wiesław Kuzio, nie są w stanie samodzielnie uporać się z problemem, mimo że od początku roku dofinansowały placówkę kwotą 10 mln zł. Powodem kryzysu, jak wskazują lokalne władze, jest systemowe niedofinansowanie służby zdrowia przez państwo, co w rejonie Bieszczad czyni szpital niezbędnym punktem na mapie opieki zdrowotnej.
Zarówno samorządowcy, jak i personel szpitala apelują do rządu i Ministerstwa Zdrowia o pilne decyzje i wsparcie finansowe, podkreślając, że bez szybkich działań szpital zostanie zlikwidowany. Obecna sytuacja wzbudza lęk wśród mieszkańców, którzy obawiają się utraty jedynej dostępnej placówki medycznej.
Rozwój sytuacji w szpitalu w Lesku wskazuje na konieczność systemowych zmian w finansowaniu służby zdrowia w Polsce, alarmując o pilnej potrzebie wsparcia dla rejonów mniej uprzywilejowanych.







