Telefony się urywają. To duży kłopot logistyczny i finansowy dla tysięcy Polaków

dziennik polityczny 1

Unia Europejska planuje zakazać montażu pieców gazowych. To kolejna zmiana i duże wyzwanie finansowe dla tysięcy Polaków, którzy przez ostatnie lata, w imię walki ze smogiem, wymieniali węglowe kopciuchy na piece gazowe. — Czujemy się oszukani. Od kilku lat straszono nas mandatami i namawiano do przejścia na gaz. Teraz i tego zabronią — komentuje mieszkanka Katowic.

— Na brak roboty nie narzekam, ale ostatnie dni mam telefon za telefonem — mówi pan Andrzej, monter pieców gazowych z Wrocławia. Mężczyzna reklamuje swoje usługi w jednym z portali z ogłoszeniami. Opowiada, że ludzie, z którymi rozmawia, niepokoją się, co będzie, kiedy politycy uznają, że kotłów gazowych nie można już instalować. Klienci, jak mówi, dzielą się na dwie grupy.

— Niektórzy chcą kupić nowy piec i drugi taki sam, na zapas — jak już nie będzie można kupić ich w sklepie. Gazówka to kilka tysięcy złotych, a pompa ciepła przynajmniej o dziesięć tysięcy więcej — wylicza. — Inni wahają się, czy w ogóle inwestować, skoro mają tego zabronić, obawiają się, czy nowa instalacja będzie legalna — wyjaśnia.

Dodaje też, że w pierwszej grupie popyt jest tak duży, że już teraz trzeba wpisywać się u niego na listę kolejkową, jak na wizytę u lekarza specjalisty na NFZ.

Koniec pieców gazowych już za pięć lat?

Urywające się telefony i popłoch wśród klientów pana Andrzeja wywołały niedawne doniesienia na temat planów Komisji Europejskiej, która chcąc zerwać z rosyjskim gazem, zamierza zakazać (już za pięć lat) montażu pieców gazowych w nowych budynkach, a od 2030 r. także w tych po modernizacji. Choć dziś nie ma mowy o nakazie likwidacji istniejących instalacji po tych dwóch terminach, to użytkownicy nie mają złudzeń, że może się to niebawem zmienić.

To duży kłopot logistyczny i finansowy dla tysięcy Polaków, którzy w ostatnich latach zdecydowali się na ogrzewanie swoich domów gazem. Zresztą w wielu miastach, szczególnie na południu kraju, trwa wielka wymiana pieców i walka ze smogiem. Pomaga w tym, rozpisany na dekadę, rządowy program “Czyste Powietrze”, którego celem była likwidacja ponad 3 mln węglowych kopciuchów. Tyle że stare piece były zastępowane głównie przez kotły gazowe.

— Czujemy się oszukani. Od kilku lat straszono nas mandatami i namawiano do przejścia na gaz. Teraz okazuje się, że i tego niedługo zabronią. Co następne? Wiatrak na podwórku? — komentuje mieszkanka Katowic. Dodajmy, że do końca ubiegłego roku aż 73 proc. wniosków o dofinansowanie na wymianę systemu ogrzewania na Śląsku dotyczyło właśnie kotłów gazowych i węglowych nowszej generacji.

“Gaz był w UE paliwem przejściowym”

Jednak Emil Nagalewski, koordynator Polskiego Alarmu Smogowego w Śląskiem tłumaczy, że gaz od dawna był traktowany w Unii jako paliwo przejściowe. Miał pomóc w odejściu od brudnych źródeł energii, takich jak węgiel. Później sam miał zostać zastąpiony przez odnawialne źródła. Proces był rozpisany na lata, ale wszystko zmieniła napaść Rosji na Ukrainę. Dlatego dzisiaj Europa chce szybciej uniezależnić się od rosyjskiego gazu, by nie finansować wojennej machiny Putina.

— Pomijając unijne plany, warto zwrócić uwagę, że Polacy modernizujący swoje kotłownie już zdecydowali, że trzeba odchodzić od paliw kopalnych — przekonuje rozmówca Onetu.

— W kwietniu 48,5 proc. wniosków złożonych do programu “Czyste powietrze” dotyczyło pomp ciepła. Ceny węgla i gazu są bardzo chwiejne, więc nic dziwnego, że ludzie wybierają stabilną cenowo energię odnawialną i połączenie pompy ciepła z fotowoltaiką — stwierdza Nagalewski.

To właśnie pompy ciepła mają być alternatywą dla prywatnego odbiorcy. UE zakłada zainstalowanie około 20 mln takich urządzeń do 2026 r. i prawie 60 mln do 2030 r. w krajach członkowskich. Dziś głównym powodem niechęci do kolejnych zmian są jednak przede wszystkim pieniądze.

Kto zapłaci za pompy ciepła?

Karol, który kończy budowę domu pod Lublinem, żartuje, że zgodzi się na każdą eko zmianę, jeśli jej koszty pokryją unijni urzędnicy. — Zdecydowałem się na gaz, ponieważ była to najtańsza opcja. Zakaz ogrzewania gazem może mnie zmusić do instalacji pompy ciepła, a co za tym idzie, z uwagi na duży pobór prądu, również paneli fotowoltaicznych. To wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych — mówi.

Nasz inny rozmówca, mikroprzedsiębiorca z Podhala, przekonuje, że takie rozwiązanie nie jest dla niego najszczęśliwsze. Twierdzi, że pompa nie poradzi sobie z klimatem i srogimi zimami górskich miejscowości. “Trzeba brać pod uwagę geografię” — uważa.

— Mieszkam pod samymi Tatrami, u nas jest zimą zimno — po prostu. Nie tak jak w Warszawie, gdzie -5 st. C to duży mróz. U nas mrozy przekraczają dwadzieścia stopni. Gdy będę zmuszony wyrzucić jeden piec i nie będę mógł założyć gazu, nie wyobrażam sobie, jak będziemy żyć. Pompa ciepła? Użytkownicy na Podhalu raczej nie mają dobrego zdania na ten temat. Pompa raczej grzeje, niż ogrzewa. Dlatego muszą dogrzewać się z sieci elektrycznej — relacjonuje pan Krystian.

Problemem jest też cena. — W takim domu jak mój, w którym prowadzę działalność agroturystyczną, tylko na urządzenia musiałbym wyrzucić ok. 50 tys. zł plus drugie 50 tys. zł na odwiert do pompy głębinowej i kolejne 50 tys. zł na fotowoltaikę, żeby zimą, kiedy zapotrzebowanie na prąd jest większe, nie płacić rachunków po 3 tys. zł miesięcznie — wylicza nasz rozmówca.

Tymczasem teraz, w ramach rządowego programu “Moje ciepło”, można liczyć na dofinansowania instalacji pompy gruntowej (maksymalnie 21 tys. zł) i do 7 tys. do pompy powietrznej.

onet.pl