Narkotyki, defraudacja i Turów w tle. „Zamknięcie kopalni to gwóźdź do trumny”

Czeskie narkotyki, defraudacja pieniędzy, afery we władzach samorządowych. Nad wszystkim górują kominy elektrowni i międzynarodowy skandal. – Nie stanęliśmy na nogi po powodzi, nie poradziliśmy sobie z zagłębiem metaamfetaminy, nie poradziliśmy sobie z problemami społecznymi i rodzinnymi, a tu nagle taki cios – mówi burmistrz Bogatyni Wojciech Dobrołowicz. Ostrzega, że zamknięcie Turowa będzie dla regionu „gwoździem do trumny”. I to wcale nie dlatego, że zabraknie prądu.

Z Warszawy do Bogatyni, jeśli nie chcemy jechać w nocy, najwygodniej dostać się przez Berlin. Do miasta od 20 lat nie docierają pociągi. Za to niemiecka kolej zatrzymuje się w przygranicznym Zittau. Stamtąd już tylko kilkanaście minut autobusem na polską stronę.

Ostatni autobus odjeżdża kilka minut po godz. 19. Jadę sam.

– Do Zittau to mało kto teraz z Bogatyni jeździ. Chyba że na pociąg – mówi kierowca. – Jak ktoś ma jechać na zakupy, to swoim samochodem. A do zwiedzania to raczej nikt się nie pali.

Jak mówią lokalne władze, ostatni pociąg z Bogatyni odjechał 20 lat temu.Nie znaczy to jednak, że jest niepotrzebny.

– To jest ogromny problem, lata zaniedbań i złego traktowania tego regionu przez władze lokalne – mówi Wojciech Dobrołowicz, burmistrz Bogatyni. – Staramy się o to, żeby te połączenia przywrócić, część infrastruktury jest. Na to oczywiście potrzebne są spore pieniądze, mam nadzieję, że dzięki rządowemu programowi „Kolej Plus” to się uda.

Pieniędzy nie widać

Pieniądze w Bogatyni są. Trudno, żeby ich nie było. Na terenie gminy działają kopalnia Turów i elektrownia, które rocznie odprowadzają do budżetu ponad 40 mln złotych samego podatku od dzierżawy gruntu.

Według danych GUS w 2020 roku dochód gminy wyniósł ponad 4800 złotych na mieszkańca. Najbiedniejsze gminy ledwie dociągają do 500 złotych.W samej Warszawie ten wskaźnik jest o ponad 500 złotych niższy od bogatyńskiego.

– Bogata gmina? A gdzie pan tu widzi pieniądze? – pyta pan Henryk, którego spotykam na przystanku autobusowym. Pokazuje zabytkowe budynki w opłakanym stanie. W większości niezamieszkałe.

Bogatynia słynie z domów przysłupowych, charakterystycznych dla dzisiejszego pogranicza Polski Czech i Niemiec. Jednak zabytki, zamiast być atrakcją turystyczną, straszą. Wiele budynków się sypie, na niektórych wiszą tablice ostrzegające przed możliwym zawaleniem.

Miasto wciąż nie odbudowało się w pełni po powodzi, jaka nawiedziła Bogatynię w 2010 roku. Straty wyceniono wtedy na ponad 125 mln złotych. Poszkodowanych zostało 1158 rodzin, ewakuować trzeba było prawie 500 osób. Po ponad 10 latach nadal, gdzieniegdzie, widać ślady katastrofy.

Gdzie zatem podziały się pieniądze, które Bogatynia zarabia na górnictwie i energetyce?

Zorganizowana grupa przestępcza

Luty 2019 roku. Były burmistrz Bogatyni Andrzej G. zostaje zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze Policji. Samorządowiec zarządzał gminą przez prawie 10 lat. Prokuratura stawia mu zarzuty niegospodarności, brania łapówek i fałszowania dokumentów. Chodzi o gospodarowanie odpadami.

„Z dokonanych ustaleń wynika, że na składowiska trafiały śmieci mieszane, tzn. niesegregowane, a w dokumentacji widniały wpisy, że są to odpady biodegradowalne. W konsekwencji zaniżana była opłata środowiskowa. Na te same składowiska, bez stosownych zezwoleń, prawdopodobnie trafiały również śmieci komunalne z Niemiec” – czytamy w komunikacie prokuratury.

Razem z byłym burmistrzem zatrzymany został Sławomir Z., były prezes PGE Energia Odnawialna. Obaj mężczyźni byli związani z regionalnymi strukturami PiS, choć Andrzej G. w 2018 roku został zawieszony w prawach członka partii.

„Postępowanie ma charakter wielowątkowy i obejmuje kilkudziesięciu podejrzanych. Zarzuty dotyczą m.in. udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, niedopełnienia obowiązków służbowych, poświadczania nieprawdy i posługiwania się fałszywym dokumentem, pomocy w niedopełnieniu obowiązków służbowych i działania na szkodę spółki, przyjmowania korzyści majątkowej w związku z pełnieniem funkcji publicznej, udzielania korzyści majątkowej osobie pełniącej funkcję publiczną” – informuje Prokuratura krajowa, która prowadzi postępowanie.

Na tym jednak nie koniec zarzutów dla samorządowców. Miesiąc później Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymuje Dominika M., byłego wiceburmistrza. Tym razem chodzi o realizowane na terenie gminy inwestycje infrastrukturalne.

Zdaniem śledczych, zastępca burmistrza nie dopełnił obowiązków służbowych i niewłaściwie nadzorował wykonawców gminnych inwestycji.

Zatrzymany zostaje także kierownik robót budowlanych i szef firmy, której zlecono prace. Im prokuratura zarzuca m.in. fałszowanie dokumentów i „doprowadzenie gminy do niekorzystnego rozporządzenia majątkiem”.

– To są lata zaniedbań – mówi burmistrz Dobrołowicz. – Nadzoru nad inwestycjami po prostu nie było, trudno powiedzieć, gdzie trafiały gminne pieniądze. Zdarzyło się nawet, że konto gminy zostało zablokowane, bo nie odprowadzono „janosikowego”. To ogromny problem, przez który wciąż się podnosimy.

Pieniądze utopione w basenie

Na hasło „basen” mieszkańcy Bogatyni rozkładają ręce w geście bezradności, albo zaczynają się śmiać.

– Piękny jest, chce pan zobaczyć? Tylko ostrożnie, żeby ptaków nie przepłoszyć – ironizuje pan Mariusz, którego spotykam w sklepie, niedaleko bogatyńskiego aquaparku.

Ptaki faktycznie chętnie z basenu korzystają, bo nikt ich tam nie niepokoi. Obiekt jest zamknięty na głucho od 2018 roku, czyli od zakończenia budowy. Nie może być eksploatowany, bo okazało się, że był samowolą budowlaną.

Miesięcznie za zamknięty basen miasto płaci 16 tys. złotych. Wchodzą w to koszty elektryczności i ochrony, bo bez niej obiekt mógłby zostać zdewastowany. Żeby go uruchomić, miasto będzie musiało zapłacić za modernizację i wymianę urządzeń filtrujących wodę. Jak mówi burmistrz, inwestycja miała kosztować 10 mln złotych. Już pochłonęła 20 mln.

Czeskie narkotyki

– Kolego, poczekaj. Dorzucisz się dwa złote do browara? – zaczepia mnie przed sklepem mężczyzna. Trudno powiedzieć, ile ma lat. Ubrany jest w brudne, znoszone dżinsy i rozciągnięty sweter. Ma przyspieszone ruchy i rozbiegane spojrzenie. Nie czuć od niego alkoholu. Za to zęby ma zniszczone tak, że właściwie zostało z nich kilka czarnych kikutów.

W 2019 roku o Bogatyni zrobiło się głośno i to wcale nie z powodu kopalni, czy nieudolnych pieniędzy. Głównym tematem były narkotyki. Zwłaszcza popularna w Czechach metaamfetamina.

Do produkcji „piko” – bo tak w Bogatyni mówiło się na czeski towar, służyły leki z pseudoefedryną, na które w Czechach nakładano limity sprzedaży. W Polsce można było je za to kupić w dowolnej ilości.Bogatynia stała się więc głównym kanałem przerzutowym. I jednocześnie sporym rynkiem zbytu.

W narkotykowy biznes zamieszany był nawet lokalny samorządowiec Tomasz T., były przewodniczący rady miejskiej. Zatrzymano go w grudniu 2019 roku, przy okazji rozbicia grupy przestępczej, handlującej lekami.

– Dalej handlują, tylko na mniejszą skalę – mówi pan Artur, kierowca taksówki. – Mniej się o tym słyszy, zrobiło się generalnie spokojniej. Ale wie pan, jak to jest. Jak ktoś jest uzależniony, to zawsze znajdzie.

– Faktycznie ten problem w gminie jest, jak spojrzymy na statystyki gminnego ośrodka pomocy społecznej, to problemów narkotykowych jest więcej niż tych alkoholowych – mówi Wojciech Dobrołowicz. – Kiedyś dzieci były zabierane z domów, gdzie była przemoc i alkohol, a dziś narkotyki są jednym z większych problemów. Choć niejedynym, bo inne problemy społeczne też są obecne.

Życie na granicy

Bogatynia to jednak nie tylko narkotyki i źle wydane pieniądze. Jak w każdym przygranicznym mieście, mieszają się tam języki, kultury i zwyczaje. Niemieckie i czeskie napisy są na porządku dziennym, a mieszkańcy, odkąd można swobodnie przekraczać granicę, żyją właściwie w trzech krajach jednocześnie.

– Do Zittau się jeździ głównie na zakupy – mówi pan Artur. – Na przykład po chemię. Jest tańsza i znacznie lepsza od naszej. Niektóre produkty spożywcze też, jak np. keczup. Ten niemiecki, nawet takiej samej marki, jaka jest u nas, to jak się otworzy, normalnie pachnie pomidorami. Zupełnie inaczej niż nasz.

Do Czech jeździ się z kolei na piwo. Za to Czesi i Niemcy przyjeżdżają do Polski np. po paliwo czy warzywa.

– Ja mieszkam tuż przy granicy, widzę ją z okna. Na bazar mam bliżej niż po czeskiej stronie – mówi Milan, którego spotykam na targowisku w Bogatyni. – My się tu wszyscy mieszamy. Mój szwagier jest Polakiem, kilka osób z dalszej rodziny mieszka w Niemczech. Podziałów w zasadzie nie ma. Nie mamy też powodów, żeby się nie lubić.

Na razie. Bo na wzajemnych stosunkach może się niebawem położyć długi cień.

Cień Turowa

W maju 2021 roku Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał Polsce tymczasowe zamknięcie kopalni Turów, w związku ze skargą Czech, którzy oskarżają działającą przy granicy kopalnię o dewastację środowiska po swojej stronie.

Polska jednak sprzeciwiła się takiemu środkowi zapobiegawczemu. Dlatego też od września 2021 roku nasz kraj musi płacić 500 tys. euro dziennie za każdy dzień działania kopalni w Turowie.

Mieszkańcy Bogatyni o Turowie rozmawiać nie chcą. Dla większości to sprawa osobista.

– Tutaj wszyscy albo pracują w kopalni, albo mają rodziny, które tam pracują, albo przynajmniej znają się blisko z kimś, kto z tego żyje – mówi pan Artur.

Gdy podjeżdżam przed wejście do kopalni i próbuję zadać pytania pracownikom wychodzącym z Turowa, odmawiają wszyscy. Każdy się „spieszy”, albo „nie ma nic do powiedzenia”.

Gdy wieczorem, w lokalnym barze języki się rozwiązują, mieszkańcy nazywają wyrok TSUE „polityczną ustawką”, albo „ściemą”. Winą jednak obarczają rząd, a nie sąsiadów.

– Wystarczyłoby się, k…, dogadać. Zbudować im kawałek rurociągu, doprowadzić wodę tam, gdzie jej nie ma, zrobić cokolwiek. Rękę wyciągnąć. Ale nie, my zawsze musimy być najmądrzejsi – mówi Mirek, którego spotykam w lokalnym barze. Nie chce powiedzieć, czy pracuje w kopalni.

– A co będzie, jak faktycznie Turów zamkną? – pytam.

– Nawet tak, k…, nie mów – odpowiada poważnym tonem.

„Czechów nie obsługujemy”

„Czechów nie obsługujemy” – kartka z takim napisem i przekreślonym językiem Krecika – bohatera czeskiej kreskówki – zawisła na drzwiach jednego z lokalnych pubów.

– A daj pan spokój, już nie mam siły – macha ręką barmanka. Twierdzi, że to pomysł właściciela, którego „akurat nie ma”. Z właścicielem i autorem napisu nie udaje nam się skontaktować.

Póki co to jedyny wyraz niechęci wobec Czechów, jaki można zobaczyć w Bogatyni.

– Ja się tutaj czuję bezpiecznie – mówi Milan. – Nikt mi jeszcze złego słowa nie powiedział. Bo i za co? Przecież tę karę za Turów to nie myśmy wymyślili. Czechy przecież z tego grosza nie zobaczą.

Jak mówią samorządowcy, przypadki jawnej niechęci wobec Czechów są incydentalne, a spór o Turów sąsiedzkich stosunków nie psuje.

– Moje stanowisko w sprawie Turowa jest jasne. Jasne są też stanowiska starostów Hrádka nad Nisou czy Zittau, różne od mojego. Turów nas dzieli, ale jest też mnóstwo rzeczy, które nas łączą. Od 20 lat jesteśmy w Związku Miast „Mały Trójkąt”. Nie gniewamy się na siebie, nie obrażamy, jesteśmy w stanie usiąść razem do stołu i rozmawiać o rzeczach, które są dla regionu ważne – deklaruje Wojciech Dobrołowicz.

Czarny scenariusz

W poniedziałek minister klimatu Anna Moskwa poinformowała na Twitterze, że zaprosiła Czechów do Warszawy w celu wznowienia negocjacji w sprawie kopalni w Turowie. Polska strona przesłała też nową propozycję rozwiązania sporudo czeskiego ministra środowiska Richarda Brabeca.

Zdaniem czeskiego resortu środowiska projekt rozwiązania konfliktu jest nie do przyjęcia. Jak podaje czeskie ministerstwo, najpierw w kraju musi się ukonstytuować nowy rząd. Dopiero potem strony będą mogły wrócić do negocjacji.

Tym samym przyszłość Turowa, a zarazem całej Bogatyni, to jedna wielka niewiadoma.

– Gdyby decyzja TSUE została wprowadzona, albo rzeczywiście doszło do zamknięcia kopalni wyrokiem sądu, to te wszystkie problemy by się spotęgowały. Wzrost zachowań patologicznych, kradzieży, przemytu. Kto wie, czy nie wzrósłby nawet proceder związany z narkotykami, bo ludzie szukaliby „alternatywnych” źródeł dochodu mówi Wojciech Dobrołowicz. – taki cios byłby dla regionu gwoździem do trumny.

Jak mówi burmistrz Bogatyni, nagłe zamknięcie kopalni to „czarny scenariusz”. Nie oznacza to jednak, że gmina nie przygotowuje się do zmian. Od węgla i tak w końcu trzeba będzie odejść, a ci, którzy dziś żyją z kopalni, będą musieli się przekwalifikować.

– Aktywnie szukamy inwestorów, duża część terenów jest przeznaczona pod farmy fotowoltaiczne. Musimy się oswoić z transformacją, wiemy, że ona nastąpi. Ale potrzebujemy czasu, żeby się do niej przygotować – mówi Dobrołowicz.

– To jest trudna gmina. Ja nie jestem z Bogatyni, przyszedłem tutaj we wrześniu zeszłego roku i próbuję wyprowadzać miasto i gminę na prostą.Myślę, że najważniejsi, jak chyba w każdej gminie, są ludzie. Pełni energii, chcący zmian i gotowości do działania. Są tu ludzie, dla których warto się starać, którzy są wsparciem. Po prostu chcą żyć w innej gminie, chcą, żeby było normalnie – podsumowuje.

MONEY.PL

 

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*