Tak Mariusz Błaszczak chce ratować Marynarkę Wojenną. Ekspert załamuje ręce

Tak Mariusz Błaszczak chce ratować Marynarkę Wojenną. Ekspert załamuje ręce

Już nie okręty podwodne, a okręty obrony wybrzeża mają być priorytetem Marynarki Wojennej. Minister obrony Mariusz Błaszczak zapowiedział, że polski przemysł zbrojeniowy zbuduje nowoczesne okręty dla polskich marynarzy. Tyle oficjalnego przekazu. Eksperci mają w tym zakresie wątpliwości.

Pierwszym zakupem dla polskiej Marynarki Wojennej będą nie okręty podwodne Orka ani nawet „pomostowe” jednostki tej klasy. Pierwszym zakupem ma być okręt obrony wybrzeża Miecznik – poinformował w poniedziałek Mariusz Błaszczak na Twitterze.

Zgodnie ze słowami ministra obrony, mają to być fregaty wielozadaniowe, zdolne do zapewnienia obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Błaszczak miał przekazać tę informację na „odprawie z dowódcami Wojska Polskiego”.

Co istotne, okręt (lub okręty, bo tu nie ma zgodności) mają być zbudowane siłami polskiego przemysłu zbrojeniowego. Tyle zapewnień. Eksperci są jednak sceptyczni wobec słów szefa MON.

Marynarka czasu nie ma

Najbardziej logicznym sposobem na zapewnienie udziału polskiego przemysłu jest wejście w kooperację z zagranicznym partnerem który dostarczy projekt okrętu i będzie odpowiedzialny za nadzór nad całością jego realizacji. Natomiast polskie stocznie mogą brać udział budując w ramach tego projektu kadłub który będzie doposażany systemami – takimi jak uzbrojenie rakietowe – którego w Polsce się nie produkuje. Nie wiadomo jednak, jakie dokładnie systemy rakietowe znalazłyby się na tych okrętach i co najważniejsze, ile ich zamierza się zakupić – mówi o2 dr Michał Piekarski z Zakładu Studiów nad Bezpieczeństwem Uniwersytetu Wrocławskiego.

W jego ocenie bez odpowiedzi pozostaje także pytanie jak szybko te okręty zostaną zakupione i dostarczone odbiorcy. Taki proces potrwa kilka lat. Ile? Nie wiadomo. A Marynarka Wojenna tyle czasu po prostu nie ma.

Zarówno siły nawodne jak i podwodne potrzebują nowych lub używanych okrętów już teraz – i każdy rok zwłoki tylko pogarsza sytuację. Problem byłby mniej dotkliwy, gdyby kilka lat temu pozyskano fregaty, posiadające duże zdolności przeciwlotnicze z Australii. Po prostu już teraz te okręty zapewne stałyby w porcie w Gdyni – dodaje dr Piekarski.

„Nie produkujemy nic!”

Także marynarze przekonują, że słowa szefa MON należy traktować jako chciejstwo, a nie realne zapowiedzi.

Wszyscy w Marynarce zdają sobie dokładnie sprawę z tego, że nie mamy żadnych kompetencji – technicznych, technologicznych ani organizacyjnych, do budowy takiego okrętu. Stocznia Wojenna nie ma know-how do poprowadzenia tak dużego programu, spinającego kilkuset poddostawców, i grup zadaniowych – mówi o2 wysoki rangą oficer MW RP, pragnący zachować anonimowość.

I dodaje, że nie wytwarzamy w Polsce nic, co mogłoby dać asumpt do stworzenia od podstaw i w całości tego rodzaju okrętu: turbin, przekładni, efektorów ani sensorów.

W Polsce nie możemy wytworzyć nawet tworzywa do pokrycia lądowiska śmigłowca na takim okręcie. Adelajdy sprzed kilku lat (Polska chciała kupić używany fregaty typu Adelaide od Australii – red.) to było 110 proc. tego, co można było osiągnąć – mówi oficer.

I dodaje z goryczą, że Polska „jest taką potęgą, że ustanawia sobie nowe klasy okrętów” – zupełnie tak samo, jak Amerykanie z ich Littoral Combat Ship, czyli okrętami obrony wybrzeża, które, ze względu na swoją zawodność i awaryjność stały się zmorą U.S. Navy.

Okręt Obrony Wybrzeża – czym jest i czemu służy?

Dr Piekarski przekonuje, że nazwa „okręt obrony wybrzeża” używana w oficjalnych dokumentach jest spuścizną po poprzednich planach modernizacji technicznej i została przyjęta w roku 2012 z innych niż merytoryczne powodów.

Jest możliwe, że będą to okręty zdolne do zapewnienia strefowej obrony. Używane obecnie jednostki innych państw NATO, np. uzbrojone w rakiety SM-2 o takich możliwościach mogą zapewnić parasol o promieniu ponad stu sześćdziesięciu kilometrów, chroniąc zarówno siebie, jak i inne okręty, statki handlowe oraz wybrzeże morskie. W praktyce oznacza to, ze okręt znajdujący się pomiędzy Kołobrzegiem a Bornholmem może bronić całego obszaru na którym znajduje się Szczecin, Świnoujście wraz ze strategicznym dla Polski terminalem gazowym i wiele innych obiektów – mówi o2 naukowiec.

Także w samej Marynarce Wojennej mało kto wierzy w zapewnienia ministra obrony.

Została tam nieduża grupka ideowców, kilku takich, którzy płynął z prądem i są ci z pierwszych szeregów, którzy klaszczą. W piękne słowa ministra obrony nie dają wiary w żadnej z tych trzech grup – kończy smutno oficer, z którym rozmawiamy.

o2.pl

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*