„Gorszy sort”, „idiotyczna sytuacja”. Polacy za granicą są oburzeni

Mieszkający za granicą czytelnicy Gazeta.pl nieustannie wysyłają do nas maile, w których oburzają się na pomysł zorganizowania wyborów w trakcie pandemii. „Trudno znaleźć tak idiotyczną sytuację” – pisze jeden z nich, mieszkaniec Włoch.

Tomasz z Cypru pisze w mailu do Gazeta.pl tak: Od 16 lat mieszkam w Pafos, na Cyprze. Jedyna komisja wyborcza znajduje się w Konsulacie RP w Nikozji – to jest ok. 150 km. Również tutaj obowiązuje zakaz poruszania się na duże odległości, wyjścia ograniczone do trzech na dzień po uprzednim wysłaniu SMS na specjalny numer i otrzymaniu potwierdzenia. W SMS-ie trzeba wskazać powód, dla którego chcemy opuścić dom – maksymalnie na trzy godziny. Nie ma możliwości, żeby w tym czasie pojechać i wrócić do Pafos, plus czas na głosowanie w Konsulacie”. Jak podaje, kara za złamanie tych zasad wynosi nawet 300 euro.

Wybory prezydenckie za granicą? „Możliwość głosowania czysto iluzoryczna”

To niejedyna taka wiadomość. W ostatnich dniach dostajemy przynajmniej po kilka maili dziennie, w których mieszkający poza granicami ojczyzny Polacy oburzają się na pomysł organizowania w maju wyborów. Opisywaliśmy już wątpliwości Polaków mieszkających m.in. w Irlandii i Argentynie, a także w Hiszpanii i Australii.

„We Włoszech istnieją 4 okręgi wyborcze: Mediolan, Rzym, Sigonella i Malta (podlega pod ambasady Rzymu). Od 4 maja rząd rozluźnia zakazy, ale nadal obowiązuje zakaz wyjazdu do innych regionów. Pozostają zakazy gromadzenia się i zachowywania dystansu do innych ludzi. Do tej pory nie wiemy, jak odbędzie się głosowanie; Konsulat sugeruje nam śledzenie strony internetowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Trudno znaleźć tak idiotyczną sytuację, mimo że imbecylizm dla tej klasy politycznej stał się normą” – pisze.

Radek z Norwich podkreśla, że kara za niestosowanie się do szeregu obostrzeń w Wielkiej Brytanii wynosi 60 funtów za jedno złamanie przepisów i może urosnąć do 960 funtów. „Aktualnie w Wielkiej Brytanii wolno jedynie podróżować do i z pracy (tylko, gdy praca zdalna jest niemożliwa), udać się po zakupy podstawowych produktów, do lekarza, apteki; raz dziennie wyjść na zewnątrz, by poćwiczyć w pobliżu domu. Wskazanie jest takie, by dom opuszczać jak najrzadziej i na jak najkrótszy czas” pisze nasz czytelnik. Komentuje, że „organizacja wyborów prezydenckich w Wielkiej Brytanii to obecnie parodia i gra pozorów”.

Udział w wyborach – w braku przepisów regulujących wybory korespondencyjne – można wziąć wyłącznie osobiście, pod warunkiem złożenia wniosku o dopisanie do którejś z list wyborców prowadzonych przez konsulów RP. Wiadomo jednak, że możliwość głosowania osobiście jest czysto iluzoryczna, zaś opcja udziału w wyborach korespondencyjnych w tej chwili nie istnieje. (Uważam, iż przyjęcie odpowiedniej ustawy wiele nie zmieni, gdyż przeprowadzenie na Wyspach „wyborów kopertowych”  10 maja jest praktycznie niewykonalne)

– czytamy w wiadomości.

Jak pisze nasz czytelnik, na terenie Wielkiej Brytanii utworzono 10 obwodowych komisji wyborczych, ale – podkreśla pan Radek – „chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje, że ktokolwiek pojawi się w siedzibie którejś z komisji, aby oddać głos”. „W ostatnich wyborach do Sejmu i Senatu przeprowadzonych na terytorium Wielkiej Brytanii wzięło udział ponad 70 tys. Polaków. W tej chwili, na tydzień przed datą wyborów prezydenckich, taką chęć formalnie wyraziło mniej niż 11 tys. osób” – stwierdza.

„Traktują nas jak gorszy sort”

Kolejny przykład? Francja. Maja, która we Francji mieszka od 13 lat, także zwraca uwagę na obostrzenia i grożące za ich łamanie kary. Jak opisuje, można się tam oddalić od miejsca zamieszkania maksymalnie na odległość jednego kilometra i spędzić na zewnątrz nie dłużej niż godzinę. „Zakupy w sklepie oddalonym od naszego miejsca zamieszkania może już skutkować mandatem 135″. Dalej czytamy: Jesteśmy obydwoje z mężem, z naszymi przyjaciółmi – innymi Polakami, oburzeni i zasmuceni, że polski rząd odbiera nam możliwość głosowania, traktuje nas jak gorszy sort (…)”.

Pani Maja podobnie jak kolejna nasza czytelniczka, również mieszkająca we Francji, zwraca uwagę na podział okręgów wyborczych. Mieszkanka Tuluzy pisze: „We Francji zostały utworzone cztery okręgi wyborcze, z czego aż trzy w Paryżu oraz jeden w Lyonie. Departament, w którym mieszkam, podlega okręgowi w Lyonie, znajdującym się ponad 500 kilometrów od Tuluzy. Chciałabym wspomnieć, że podczas wyborów parlamentarnych został utworzony okręg wyborczy w Tuluzie. Dzięki temu Polacy mieszkający na południowym zachodzie Francji mieli możliwość oddania głosu”. Jak stwierdza czytelnika, „nawet jeśli powstałby lokal wyborczy w Tuluzie, Polacy tutaj mieszkający musieliby narazić się na zapłatę mandatu, chcąc spełnić swój obowiązek obywatelski”.

Uważam, że jest to nieodpowiedzialne ze strony polskiego rządu, aby narażać zdrowie swoich obywateli, a przede wszystkim popychać ich do łamania prawa państwa, w którym aktualnie przebywają

– czytamy.

GAZETA.PL

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!