Czy etniczna polskość będzie się cofać?

Ściąganie wszystkich Polaków w obecne granice wydaje się kardynalnym błędem. Nie chodzi o to, by ich pozostawiać własnemu losowi, lecz opracować politykę narodowego wzrastania na miejscu, na Kresach.

Nieprzyjaciele Polski wiedzą, że Kresy Wschodnie to nasza dusza, oś naszej niezależności, okno do rozgrywania polityki wschodniej. To nie tylko kwestia tego, iż Polacy nań rozsiani tworzyli w przeszłości kanon naszej literatury, sztuki, nauki czy wojskowości. To współcześnie wielka szansa na zyskanie setek tysięcy ambasadorów polskości. To siła wprost trudna do przecenienia, która decyduje o tym, czy w swoich zamiarach zamkniemy się jako średniej wielkości państewko z małymi ambicjami. Czy może zechcemy tworzyć rzeczywistość wokół siebie i wpływać na rzeczywistość innych. Niestety do tej pory aktualna była pierwsza opcja, aby gęsiego iść za cudzymi pomysłami, zwłaszcza za krajami Unii Europejskiej, a szczególnie Niemiec. Ściąganie do kraju zesłanych w głąb Rosji, czy Kazachstanu Polaków – to dobra wiadomość dla Polski oraz zadośćuczynienie moralne.

Jednak totalne odpolszczenie Ziem Wschodnich Rzeczypospolitej stanowi zaprzeczenie polityki II RP. Przypomina zaś ekspatriacje rodem z początków Polski Ludowej, która stanowiła kapitulację przed potężnym sąsiadem i jego republikami sowieckimi. Można to oczywiście było tłumaczyć koniecznością zapełnienia ubytków ludnościowych po II wojnie światowej. Można i dziś wytłumaczyć ubytkiem Polaków wyjeżdżających na zachód oraz potrzebą jego zrekompensowania. Jednak co by nie mówić – jawi się to jako niwelowanie skutków nie przyczyn. Jeśli chodzi o tradycję kultury, czy naszej historii wygląda to bowiem tak jakbyśmy przeszczepiali skórę z jednego policzka na drugi. To kontynuacja polityki upłynniania naszego narodowego dziedzictwa.

Rodzina alkoholików sprzedaje swoje meble, by mieć na bieżąco jedzenie, ale jej sytuacja wcale się od tego na stałe nie poprawia. Nie by porównywać Polskę do takiej rodziny. Jednak wielu z nas mogło by porównać do niej konkretne rządy po 1989 roku. Nie stanowią wytłumaczenia ekspatriacji fatalne warunki bytowania Polaków na wschodzie, to bowiem można i trzeba rozwiązywać na miejscu. I skorzystać z okazji, że znają oni środowisko miejscowe lepiej, niż ktokolwiek inny, kto rzucony będzie tam z przypadku. Potrzebne są im pieniądze na miejscu i zastrzyki tożsamości, które z kolei zwrócą się nam w kraju, oddziałując na naszą młodzież. Pomaganie na miejscu jest oczywiście opcją trudniejszą, ale zdecydowanie bardziej ambitną. Jednak dlaczego nam Polakom miałoby tej ambicji zabraknąć? Rodacy na Kresach, jeśli będą lojalni wobec Polski – powiedzmy sobie prawdę – nie są dla nas problemem, lecz szansą i tak też należy ich traktować.

Dlatego stanowią wręcz sól w oku mocarstw, z którymi nasz kraj od setek lat miał kłopoty. Lojalni bowiem wobec naszego państwa są siecią, która może stanowić konkurencję dla interesów niemieckich, rosyjskich czy wszelkich innych. To jest niewykorzystywane przez nas od lat. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę argument, że jeśli się chce, by oni tam zostali, to trzeba pomieszkać sobie w ich warunkach, otrzymując na utrzymanie ich pieniądze. Jednak czy jest problemem wydatkowanie pieniędzy tam, a nie tu? Wydatkowanie ich za cenę kultywowania polskości, albo wręcz stworzenia tam stanowisk pracy, które kontrolowałoby państwo polskie. A byłby one jednocześnie zachętą do utrzymywania naszej tożsamości wśród dzieci swoich i sąsiadów? Czy stanowi dla nas duży problem by płacić 500+ za dzieci wychowane w kulturze polskiej na wschodzie, w prawdziwej historii, co mogłoby być sprawdzane? Gdyby płacić 500+ dla rodziców takich dzieci na wschodzie nastąpiłby prawdziwy boom polskości.

Wschód polski a wschód niemiecki

Jest wiele pomysłów, które można by wykorzystać, aby ratować polskość na wschodzie, ale wcale nie przez jej ewakuowanie. Brakować może tylko jednego: woli. Wiadomo, że rządy miejscowych republik, które do polskości odnoszą się co najmniej nieufnie, a także rządy sąsiadujących z Polską mocarstw prędzej spojrzą przychylnie na ewakuację polskości. To bowiem nie jest dla nich problemem, lecz wręcz go unikają. Wzmacnianie jej na miejscu jest sprzeczne z ich racją stanu, ale nie z naszą. Ewakuacja Polaków z Kresów, która miałaby nam zrekompensować ludnościowe ubytki, nie tylko nie załatwia przyczyn (a jedynie skutki), ale jest też rozmienianiem ich potencjału na drobne.

Jak silna i wytrzymała potrafi być polskość, nawet zajadle atakowana – widać na Litwie, bo choć następuje tam erozja polskości to jednak stan, który się tam utrzymał jest cudem. Cudem, którego błysk, z powodu braku stanowczej polityki, może powoli gasnąć. Gdy weźmie się pod uwagę, że większość poprzednich rządów nieomal współpracowała z władzami litewskimi w destrukcji polskości, albo też w najlepszym razie przyglądała się biernie – litewscy Polacy są fenomenem. Obawiać się można, iż przy polityce zwijania polskości ze wschodu, a jednoczesnym ściąganiu Ukraińców (czy innych) do siebie, nie nastąpi wcale żadna ich polonizacja. Zamiast tego przesunie się front etniczny: Polska cofająca się od wieków ze wschodu w kierunku zachodu skurczy się jeszcze bardziej, niż się kurczyła w przeszłości. I może pójść wprost pod niemiecką kosiarkę idącą od zachodu.

Problemem bardzo mało znanym jest bowiem proniemiecka postawa wielu samorządowców na zachodzie Polski. Gdyż właśnie Niemcy prowadzą na naszych ziemiach zachodnich politykę podobną do tej, jaką my mielibyśmy prowadzić na wschodzie. Liczne granty, pompowane przez niemieckie fundacje zdają się kupować przychylność i tzw. „europejskość” uczonych w miastach zachodniej Polski. Wielu polskich patriotów ma także liczne znaki zapytania co do działań prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. Uczeni na uniwersytetach i w wyższych szkołach, korzystający z grantów, wyjazdów, stypendiów, wspólnych projektów zmienili w ciągu lat swoje nastawienie w stosunku do tożsamości. Niektórzy wchłaniają niemieckość przez europejskość inni są zafascynowani bezpośrednio nowym obrazem Niemiec oraz ich bogactwem.

Nierzadko część potomków ekspatriantów z Kresów Wschodnich, pozbawiona możliwości kultywowania swoich korzeni (bo takiej polityki nie prowadzono nawet po 1989 roku poza zbyt słabymi prywatnymi inicjatywami wymierających organizacji kresowych) – wzbudza w sobie fascynację niegdysiejszą niemczyzną tych zachodnich terenów. Pomimo, iż mają one dużo bogatszą przeszłość, niźli tylko niemiecka. Niektórzy z ludzi, jakim polityczna poprawność przygrywa do wypowiedzi – prędzej są zdolni do dostrzegania austriackiego, niż polskiego dziedzictwa we Lwowie kiedy mowa czymś poza obecną ukraińskością. To myślenie wyjątkowo asymetryczne, nierówne w obie strony. Mające jednak u swych podstaw niskie poczucie własnej wartości. Tylko, że jak można mieć wysokie poczucie własnej wartości budując tożsamość bez Kresów, które są centrum polskiej wielkości, nie tylko intelektualnej, ale i historycznej, związanej z bitwami czy legendami?

To świadomość, iż Polska była wielka, utrzymywała naszą dumę podczas zaborów. Także i teraz mogła zakonserwować naszą tożsamość, uodpornić nasze myślenie na poczucie niższej wartości. I wydaje się, że to właśnie dlatego bardzo niechętnym okiem państwa ościenne patrzyłyby na na polskie społeczeństwo, przypominające sobie o wschodzie. I w wypadku Niemców, nie tylko dlatego, że w polityce wschodniej Polacy mogliby stanowić miażdżącą konkurencję. Wszystko to przywoływałoby bowiem do pamięci refleksję, dlaczego nasi przodkowie stamtąd „odeszli”. Bardzo szybko wyszłoby, iż nie mamy tam za sobą zbrodniczej przeszłości, lecz wiele osiągnięć. Natychmiast ludzie zaczęliby kojarzyć, iż utrata terytoriów przez Niemcy była usprawiedliwiona, a przez Polskę nie. Moralnie bowiem Niemcy zawinili wobec nas, ale już nie odwrotnie.

Co się zaś tyczy niepolskich mieszkańców byłych republik sowieckich i Kresów Wschodnich – nasz moralny stosunek do nich nie jest taki jak Niemców do nas. Raz jeszcze należy podkreślić: wbrew gigantycznemu naciskowi propagandowemu, by traktować go tak samo, wcale taki nie jest. To nie my bowiem prowadziliśmy politykę zbrodni wobec słabszych, lecz także nasi „słabsi” sąsiedzi wobec nas. Jesteśmy moralnie czyści w porównaniu z innymi, oczywiście nie bezgrzeszni, bo takie stwierdzenie byłoby kłamstwem. Jednak grzeszność nie musi się równać pławieniem w grzechu zbrodniczości, tak jak pławili się Niemcy, sowieci, nacjonaliści ukraińscy, bądź litewscy. Dziś w naszym reku największą bronią jest prawda historyczna. I niestety jako broń nie jest wykorzystywana w pełnej skali.

Jak na razie obserwuje się słuszną politykę przywracania należnego miejsca Żołnierzom Wyklętym, natomiast polityka odzyskiwania miejsca Kresom Wschodnim w samym centrum polskiego serca idzie słabo. Można powiedzieć lepiej słabo, niż wcale, lecz jest ona domeną głównie działań oddolnych. Pojedyncze inicjatywy, czynione przez ludzi dobrej woli w polityce to o wiele za mało, by coś w tej kwestii zmienić. Tu potrzebna jest cała wielka kampania, jaka pozwoliłaby wykorzystywać potencjał i przekonała sporą część polskiego społeczeństwa, która jest nieświadoma. Do czego przekonała? Do zakochania się w Kresach Wschodnich.

Cofanie się oznacza w szerszej perspektywie czasowej dalsze rozpuszczenie polskości

Nie trzeba być aż nadto bystrym obserwatorem, aby zauważyć, iż nie każdy Polak i patriota interesuje się Kresami (choć w różnym stopniu interesuje się nimi większość środowisk patriotycznych), ale każdy interesujący się polskością Kresów to patriota. Zainteresowanie Kresami daje energię do działania, energię altruistyczną i potrzebę podjęcia czynów dla dobra wspólnego, także wyrzeczeń. Czasem do tego stopnia, że osoby takie mają problem z zachowaniem proporcji walki o własne interesy, co bywa wadą i zaburzeniem kolejności. Sprawia bowiem, iż w tej walce się chwieją. Tak czy inaczej jest to odwrotność działań aferzystów, którzy frazesy patriotyczne mają jedynie na ustach. Celem ich są wyłącznie własne zyski.

U kolejnej grupy zainteresowanie Kresami powoduje taką energię w działaniu, iż potrafią oni nieomal „góry przenosić”. Państwo winno tę energię wykorzystać oraz ją pomnażać, tak samo ja winno wykorzystać potencjał drzemiący w innych środowiskach, choćby kibicowskich. I powinno robić to w ten sposób, aby zysk był obopólny. Nasze myślenie o Kresach jako o przykrym, lecz koniecznym moralnym obowiązku powinno się zmienić. Doceniam ludzi, dla których Kresy stanowią wyrzut sumienia, powodują myśli, iż coś tam muszą zgodnie z moralnym obowiązkiem zrobić. Doceniam dlatego, że mają sumienie i niejednokrotnie cokolwiek robią. To jednak myślenie błędne: Kresy to potencjał, Kresy to klucz, Kresy to broń w ręku. Nie należy ich traktować wyłącznie w kategorii wyrzutu sumienia, czy nawet sierot w postaci ludności, którą trzeba podkarmić, lub pomóc porzucić jej zgliszcza i zabrać do domu. Tu potrzeba przeciwstawienia się tym, którzy Kresy, Kresowość i Kresowian nękają, wynaradawiają, traktują jak zagrożenie i bezpardonowo atakują.

Pomoc w ucieczce od przemocy na jeszcze na razie spokojne terytorium nic nie da. Wycofywanie się – nic nie da. Tylko podejmowanie walki i aktywnej polityki, bez zwijania się decyduje o tym, jak ambitną ma ktoś podmiotowość. Wycofywanie się i ewakuacja nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Jeśli ktoś nie wie, jak wygląda przesuwanie się frontu etnicznego wystarczy, że spojrzy na przykład imigrantów muzułmańskich. Nawet gdyby w chwili obecnej nie następowała inwazja tzw. „uchodźców”, niejeden człowiek już przedtem myślał co dzieje się z Francją, czy Niemcami, bowiem ludność z krajów arabskich wzrastała tam w sposób niekontrolowany. Do rangi anegdotek przeszło statystyczne nazywanie dzieci w Wielkiej Brytanii Mohammed, czy nadawanie innych imion z arabskiego kręgu kulturowego. Wraz ze wzrostem meczetów rosły oczekiwania gości względem gospodarzy.

Oczywiście ludność ze wschodu na szczęście nie jest islamistami i ciężko ją do nich jakościowo porównać, ale zmiany granic etnicznych mogą nastąpić w tej kwestii tym bardziej. Ich matecznik leży wszak blisko. Swobodnie do islamistów można jednak porównać nacjonalistów ukraińskich. Posiadają oni bowiem te same cechy, do których zaliczymy: fanatyzm, bezzasadne roszczenia, wieczne pretensje i uważanie innych za naiwniaków. W przeszłości zaistniał też przykład Kosowa, które choć historycznie jest serbskie, etnicznie stało się albańskie. Polityka państwa może nie powinna być przesadzona w drugą stronę. Czyli zbyt drastyczna, czy już tym bardziej dyskryminacyjna jak wobec Polaków na Litwie (akurat ci są w odniesieniu do obecnych gospodarzy autochtonami). Jednak rozsądna, prowadzona z głową i stanowcza. I by utrzymać polski stan posiadania nie można ograniczać się wyłącznie do terytoriów wewnętrznych, ale trzeba wyjść poza nie. Wyjść ku redutom, wobec których istnieje pokusa, aby je opuścić, bo ich utrzymanie jest trudne.

Jednak wszystko co najlepsze uzyskuje się przeważnie w trudach i poświęceniach. Tak bowiem wygląda życie, nie tylko na poziomie jednostki, ale i społeczeństw. Ambicja musi być nie tylko udziałem pojedynczych ludzi, lecz właśnie ich zbiorowości. Bo to zbiorowości oraz ich świadomość decydowały o wielkości, bądź upadku imperiów. Niby każdy zna powiedzenie Marszałka Piłsudskiego: „Polska to obwarzanek: Kresy urodzajne, centrum – nic”, ale część ludzi nie przekłada tego na praktykę. Jeśli bowiem pozwolić wspomniany obwarzanek wyżerać, to z centrum wkrótce tym bardziej nie pozostanie nic. To prawda prosta, ale w sposób zadziwiający niedostrzegana. Jeśli zaś ktoś chciałby ten obwarzanek przekształcić w inne pieczywo, tak jak planowali zrobić to komuniści, to już nie będzie polskość, lecz zdecydowanie co innego, co polskością będzie można zwać jedynie umownie.

ALEKSANDER SZYCHT

Więcej postów