Co działo się z ciałami Polaków pomordowanych na Wołyniu?

Co działo się z ciałami Polaków pomordowanych na Wołyniu

Historie osób, które zdołały przetrwać rzeź wołyńską pełne są trupów i niewyobrażalnej ludzkiej tragedii. Gdy ocaleni uciekali, musieli pozostawić za sobą ciała swoich bliskich. Co działo się ze zwłokami ludzi, którzy zginęli z rąk ukraińskich nacjonalistów?

Przez wiele lat zbrodnie ukraińskich nacjonalistów na Polakach nie istniały w zbiorowej pamięci na Ukrainie. Członkowie oddziałów UPA starali się oczyścić z odpowiedzialności, zrzucając ją na Służbę Bezpeky OUN, uznając czystki za „spontaniczną akcję ludności ukraińskiej” co ich zdaniem brzmiało wiarygodnie, bo przecież do mordowania używano narzędzi z gospodarstw rolnych np. wideł, sierpów, czy siekier), lub twierdząc, że to sowieccy partyzanci są winni.

Nie da się jednak wymazać faktu, że w 1943 roku ludzie, którzy obecnie uznawani są za bohaterów Ukrainy, mordowali z zimną krwią i na masową skalę. Wielu świadków, którym udało się przetrwać masakry rodzinnych wsi, nosiło w sobie wielką traumę. Ratując życie, uciekali na oślep, nie oglądając się za siebie i nigdy więcej nie wracając do swoich domów. Tymczasem w polskich wsiach, wśród splądrowanych i niedopalonych zabudowań pozostawały zwłoki tych, którzy nie zdołali ujść z pogromu, ich najbliższych, sąsiadów, znajomych. Co działo się z nimi, gdy mordercy odchodzili?

Pogrzebani przez morderców

Alfreda Magdziak, bohaterka książki „Dziewczyny z Wołynia” Anny Herbich, miała zaledwie siedemnaście lat gdy Ukraińcy zaatakowali jej rodzinną wieś. Kiedy zjawili się bandyci, zdołała ukryć się w świeżym ściernisku i z daleka obserwowała, jak na podwórku domu stoją jej ojciec i dwie siostry w otoczeniu uzbrojonych napastników. Na jej oczach zamęczono jej najbliższych. Bandyci zaczęli od dzieci, zmuszając ojca, by na to patrzył. Alfredy oprawcy nie zauważyli. Ona tymczasem, zmartwiała z przerażenia, obserwowała dalszy przebieg wypadków. Jak możemy przeczytać w książce Herbich:

Upowcy szukali miejsca, żeby pochować ofiary. Zaczęli kopać. Ciała nosili na drabinie zabranej z naszej stodoły i wrzucali po kolei do wspólnej mogiły. Potem zasypali dół, ubili ziemię łopatami. I sobie poszli.

Przez długi czas dziewczyna leżała w bezruchu w swojej kryjówce na ściernisku. Dopiero gdy nadszedł zmrok, a nacjonaliści już dawno odeszli, odważyła się wstać. Ruszyła po cichu, by po trzech dniach wędrówki dotrzeć do domu ciotki.

W innej miejscowości, Orzeszynie, oprawcy postanowili sobie oszczędzić roboty. Zamiast kopać mogiły, wykorzystali dawne sowieckie okopy. Najpierw zebrali wszystkich mężczyzn. Kazali im wsiąść na furmanki i pojechać w las. Następnie ustawili ich w rzędzie nad okopami i skosili wszystkich serią z karabinu maszynowego. Później zabijali w ten sam sposób kobiety, dzieci i starców. Na koniec wystarczyło zasypać doły śmierci.

Odnalezieni i pochowani przez ocalałych bliskich

Helena Zacharczuk nie powinna była przeżyć. Gdy z mamą, braciszkiem i siostrą uciekali przez głęboki śnieg, Ukraińcy gonili ich konno. Wreszcie ich dopadli i zaczęli strzelać. Helena także dostała dwie kule i upadła bez przytomności w śnieg, a w tym czasie płonęła ich rodzinna wieś Stefanówka. Gdy napastnicy odeszli, mieszkańcy, którzy przeżyli, pod osłoną nocy wrócili po rannych. Uratowali wówczas także Helenę. Jak relacjonuje kobieta na kartach książki Anny Herbich:

We wtorek, czyli dwa dni po masakrze, tata wraz z innymi mieszkańcami Stefanówki pojechał na miejsce kaźni, aby pochować pomordowanych. Ochronę stanowili uzbrojeni w karabiny członkowie polskiej samoobrony z sąsiednich miejscowości. Tata odnalazł ciała mojej mamy i siostrzyczki, a także dalszych krewnych. Wszystkich złożono razem w zbiorowej mogile w Ochnówce.

Czasem scenariusz bywał jednak znacznie gorszy. Niejednokrotnie ocaleli lub mieszkańcy sąsiednich wsi obawiali się powrotu do zniszczonej osady. Całymi tygodniami nie mogli się zdobyć na odwagę lub zgromadzić wystarczająco silnej grupy mogącej zapewnić im ochronę. Przez ten czas zwłoki ofiar leżały niepogrzebane, narażone na to, że będą się na nich pożywiać wygłodniałe zwierzęta. Następował także naturalny proces rozkładu, co powodowało niesamowity smród.

Co więcej, ciała ofiar były często rozrzucone po całym terenie wsi, zatem aby je pogrzebać trzeba było wpierw je odnaleźć. Tymczasem szczątki mogły znajdować się w piwnicach, na strychach, a nawet, jak miało to miejsce w jednej z miejscowości, spoczywać w studni. Gdy wyjęto je z wody, ocaleli mieszkańcy wsi próbowali poskładać w całość ciała swoich bliskich, rozpoznając ich odrąbane ręce, czy nogi np. po znamionach.

Bez trumien

Ojciec urodzonego w 1932 roku Juliana Jamroza był krawcem w Krzemieńcu, a jednocześnie prezesem miejscowego „Strzelca” i byłym legionistą. Rodzina żyła na przyzwoitym poziomie, bo jej głowa obszywała wszystkich nowych panów przechodzącego z rąk do rąk miasta.

Jamróz nie doświadczył bezpośrednio ataku Ukraińskich nacjonalistów, jednak z trwogą obserwował efekty napaści nad okoliczne wsie. Szczególnie tragicznie sytuacja przedstawiała się w okolicach tak zwanej krwawej niedzieli (13 lipca 1943 roku). Jak możemy przeczytać w jego relacji, wydrukowanej w pracy „Wołyń. Wspomnienia ocalałych”:

Pomordowanych przez Ukraińców przywozili ich sąsiedzi na wozach bez trumien. Przykrywali ciała tylko białymi prześcieradłami. Niektóre zwłoki były porąbane w kawałki. Nie miały rąk, nóg, miały odcięte głowy. Nie starczało czasu na ich pochówek. Ludzie kopali doły na cmentarzu i składali do nich zmasakrowane zwłoki. Ksiądz zdążył je tylko poświęcić i chwilę się pomodlić. Zaraz podjeżdżały następne furmanki. Po dziś dzień nie wiem, czy ksiądz proboszcz, który znał swoich parafian, zapisywał nazwiska ofiar, czy starczało mu na to czasu. 

W latach dziewięćdziesiątych Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zajęła się organizacją ekshumacji pomordowanych na Wołyniu Polaków. Umiejscowienie mogił ustalano na podstawie relacji świadków, wspomnień, fotografii oraz archiwaliów polskich i ukraińskich. Później prowadzono wizje lokalne z pomocą miejscowych. Często po spalonych w 1943 roku wsiach nie ma już najmniejszego śladu i bez wparcia Ukraińców nie dałoby się ich zlokalizować. Pierwszych ekshumacji dokonano w 1992 roku. Ale nawet 26 lat później wciąż nie widać końca tej istotnej pracy.

ALEKSANDRA ZAPRUTKO-JANICKA, CIEKAWOSTKIHISTORYCZNE.PL

Polub Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.