Węgierski politolog brutalnie o złudzeniach Polaków. Możemy się „przejechać” na Orbanie

Polski rząd relacje z Węgrami traktuje jako przyjaźń ideową i emocjonalną. Natomiast Węgrzy dyplomatyczną przyjaźń traktują zupełnie inaczej i mówią: „bardzo was lubimy, ale możemy się różnić”. Premier Orbán ostatecznie kieruje się więc zawsze tylko i wyłącznie własnym, węgierskim interesem. Tego Mateusz Morawiecki nie jest w stanie zmienić – mówi węgiersko-polski politolog dr Dominik Héjj w przeddzień szumnie zapowiadanej podróży nowego polskiego premiera do Budapesztu.

Czy wizyta Mateusza Morawieckiego w Budapeszcie pozwoli na zdobycie konkretnego i niezmiennego zapewnienia, że Węgry zawetują zastosowanie wobec Polski sankcji przewidzianych w art. 7 TUE?

Dominik Héjj, politolog i redaktor naczelny poświęconego węgierskiej polityce portalu Kropka.hu: Jestem przekonany, że na konferencji prasowej po spotkaniu z polskim premierem Viktor Orbán będzie mówił o tym, iż postara się uniemożliwić zastosowanie sankcji. Tu w grę wchodzi jednak lingwistyka i to, jakie słowa zostaną użyte w węgierskiej wersji przemówienia.

Dlaczego język Orbána jest kluczowy?

Proszę zwrócić uwagę, że w tym głośno komentowanym w Polsce oświadczeniu wicepremiera Węgier Zsolta Semjéna też nie było mowy o żadnym „wetowaniu”. Semjén użył węgierskiego słowa, które na polski moglibyśmy tłumaczyć jako „uniemożliwiać” lub „utrudniać”. A jak wiadomo, utrudnianie i wetowanie to w języku polityki dwa różne pojęcia. Zastosowanie tego pierwszego pozwala później płynnie przechodzić między różnymi innymi figurami retorycznymi.

W wystąpieniu Viktora Orbána zapewne znajdzie się więc coś podobnego na temat tego, że Polska może liczyć na jego pomoc i obronę. Z pewnością będzie też starał się tłumaczyć samym Węgrom, że w tym wszystkim chodzi o karę za sprzeciw wobec relokacji migrantów. Wspomni prawdopodobnie także o tym, że węgierski rząd przeprowadził narodowe konsultacje, w wyniku których których 2,3 mln obywateli odrzuciło plan Sorosa…

Czy Mateusz Morawiecki może przekonać Viktora Orbána do czegoś, do czego węgierski premier dotąd przekonany nie był? Czy raczej decyzja w sprawie Polski i UE już dawno została podjęta?

To raczej będzie wizyta zapoznawcza. Bardzo miło, że Mateusz Morawiecki w pierwszą prawdziwą podróż zagraniczną udaje się do Budapesztu, bo Viktor Orban przed laty po zwycięskich wyborach wylatywał do Warszawy. Jeśli jednak chodzi o konkrety, to stanowisko Węgier tak naprawdę jest już znane i na pewno nie ulegnie zmianie. Mateusz Morawiecki nie ma do czego przekonywać Viktora Orbána. Polski rząd relacje z Węgrami traktuje jako przyjaźń ideową i emocjonalną. Natomiast Węgrzy dyplomatyczną przyjaźń traktują zupełnie inaczej i mówią: „bardzo was lubimy, ale możemy się różnić”.

Dlatego na Węgrzech nikt nie używa terminu „zdrada” w odniesieniu do sławetnego głosowania „27:1” w Brukseli, jak ma to miejsce w Polsce. Premier Orbán ostatecznie kieruje się więc zawsze tylko i wyłącznie własnym, węgierskim interesem. Tego Mateusz Morawiecki nie jest w stanie zmienić. I zapewne polska dyplomacja do końca nie będzie wiedziała, jak zachowa się premier Węgier. Podobnie, jak to podobno miało miejsce miejsce w marcu, gdy chodziło o reelekcję Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Jeśli wierzyć oficjalnym deklaracjom, strona polska o decyzji Viktora Orbána w tej sprawie dowiedziała się właściwie dopiero podczas głosowania.

A jak to wszystko odbierają Węgrzy? Bo Polakom – szczególnie sympatykom PiS – wydaje się, że węgierskie społeczeństwo sprawą polską jest wyjątkowo poruszone.

Prawda jest taka, że większość Węgrów nic na ten temat nie wie. Podobnie, jak większość Węgrów prawdopodobnie nie wiedziała, że jakieś poważniejsze problemy z Komisją Europejską mieli ich rządzący. To nie są „tematy pierwszej potrzeby”. Na Węgrzech mówi się raczej o kłopotach służby zdrowia, korupcji i kryzysie migracyjnym. Na pewno zwykli Węgrzy nie emocjonują się uruchomieniem art. 7 TUE wobec Polski. Jestem pewien, że to nie był ten temat, o którym w węgierskich domach dyskutowano w Boże Narodzenie i Nowy Rok.

Choć oczywiście jest pewne grono wyborców Fideszu, które od Viktora Orbána oczekuje bardzo konkretnej deklaracji w sprawie Polski. Nie tylko ze względu na węgiersko-polską przyjaźń. Chodzi im raczej o to, by mieć pewność, że ktoś stanie w obronie Węgier, gdy one będą miały kłopoty. Aczkolwiek w to, że Węgry wpadną w naprawdę poważne problemy w Unii Europejskiej nie jestem w stanie uwierzyć.

Dlaczego państwo Viktora Orbána może liczyć na zupełnie inne traktowanie w UE? Przecież na pierwszy rzut oka wydaje się, iż Polska i Węgry to dla Brukseli dokładnie te same problemy.

To różne traktowanie widać bardzo dobrze na przykład po tym, że szef najpotężniejszej w UE Europejskiej Partii Ludowej Manfred Webber stanowczo popiera wszczęcie działań w sprawie Polski, a głosuje w Parlamencie Europejskim przeciwko rezolucji dotyczącej sytuacji na Węgrzech. Natomiast wynika ono między innymi z tego, że Frans Timmermans i inni wpływowi członkowie instytucji europejskich często chwalą węgierskie władze za to, iż można z nimi prowadzić dialog i zawsze są oni gotowi na rozmowy w Brukseli.

Komisja Europejska potrafi chwalić Węgrów za zdolność do pójścia na ustępstwa. Warto też zwrócić uwagę na to, że pomimo podobieństw w decyzjach polskich i węgierskich władz, w Brukseli od Budapesztu wymaga się czegoś innego niż od Warszawy.

Chodzi tylko o to, że rządzący Węgrami Fidesz należy do Europejskiej Partii Ludowej? Czy może Węgrzy mają po prostu znacznie sprawniejszą dyplomację niż Polska?

Ważne są obie kwestie. Z jednej strony członkowie Fideszu są bardzo ważni dla chadeckiej frakcji w Parlamencie Europejskim, bo ich ewentualne wystąpienie z tej formacji sprawiłoby, iż Europejskiej Partii Ludowej mocno po piętach zaczęliby stąpać socjaliści. Jednak nie tylko z tej arytmetyki wynika na przykład fakt, iż węgierskie podejście do kryzysu migracyjnego z czasem zostało przejęte przez innych ważnych chadeków.

Zamykając granice i stawiając płoty Viktor Orbán właściwie z dnia na dzień pokazał Europie, że się da. Zaprezentował się jako polityk niezwykle skuteczny. A to nie wszystko. Przecież na unijny szczyt poświęcony stworzeniu wspólnego budżetu na rzecz ochrony zewnętrznych granic UE rząd Orbána przyjechał z 1 proc. PKB Węgier, czyli ok. miliardem euro. Tymczasem pozostałe państwa członkowskie razem uzbierały tylko 3 mld euro. To wybijało Brukseli pewne argumenty. Viktor Orbán z niezaprzeczalnym politycznym kunsztem pokazywał, jak przełożyć mowę na praktyczne działanie. Tak samo jest z pomocą uchodźcom „na miejscu”. Węgrzy stworzyli w tym celu specjalny fundusz i mogą pochwalić się konkretnymi wynikami.

Dzięki temu – jak się nieoficjalnie dowiedziałem – na kongresach Europejskiej Partii Ludowej co prawda niektórzy na Viktora Orbána potrafią wrzeć krzyczeć, ale ostatecznie nikt mu nic nie zrobi.

Viktor Orbán potrafi sprytnie wykorzystywać różne okazje do zagrywek PR-owych na użytek wewnętrzny. Czy podobnie będzie ze sprawą polską?

Sądzę, że nawet podczas wizyty Mateusza Morawieckiego wątek polski będzie dla Viktora Orbána jedynie poboczny. Podobnie, jak było to podczas jego wrześniowej wizyty w Warszawie, gdzie podczas kilkunastominutowego wystąpienia powiedział tylko tyle, że Polska to wielki i piękny kraj, bez którego Europa Środkowa nie byłaby tak silna w UE.

Wielu zwraca uwagę, że podobne słowa z jego ust padły także w wywiadzie, w którym była mowa o blokowaniu sankcji. Tylko, że właściwie te samo mówił o Polsce… Frans Timmermans, gdy ogłaszał uruchomienie art .7. TUE. Przypuszczam więc, że po spotkaniu z polskim premierem Viktor Orbán nie powie nic nowego.

Wkrótce po tym, gdy Budapeszt opuści Mateusz Morawiecki, na węgierskich salonach pojawi się prezydent Rosji Władimir Putin. Która z tych styczniowych wizyt jest dla Viktora Orbána ważniejsza?

Zdecydowanie poważniejsze interesy leżą obecnie na tym stole, przy którym rozmawia się o relacjach Budapeszt-Moskwa, a nie Budapeszt-Warszawa. Choć na pewno także wizyta polskiego premiera będzie przez węgierską opinię publiczną śledzona. Jednak już na samym starcie wizyta gości z Polski będzie dla Węgrów znacznie mniej ważna niż przylot Władimira Putina. To się rozumie samo przez się i nie jest winą premiera Morawieckiego. To, co do zaoferowania ma Putin, jest po prostu znacznie ważniejsze dla pozycji Węgier niż sprawy, z którymi przyjadą Polacy.

Czy są właściwie jakieś ważne interesy łączące Polaków i Węgrów? Poza byciem unijnymi enfants terribles.

Nie powiedziałbym w ogóle, że Węgry naprawdę są traktowane jako enfant terrible w UE. Nie zgadzam się z tezami o tym, iż w 2018 roku poważne kłopoty z unijnymi instytucjami będą mieli także Węgrzy. Po zbliżających się wyborach parlamentarnych węgierska polityka znowu się mocno uspokoi. A ten przeciąg, który Donald Tusk do pokoju wpuścił listem w sprawie kryzysu migracyjnego sugeruje, że główny temat unijnej polityki będzie podążał w stronę, po której stoją Węgrzy. Poza tym ostatni Szczyt „16+1” pokazywał wyraźnie, że Węgry ubiegają się o rolę lidera Europy Środkowo-Wschodniej i jest to obecnie w ich wykonaniu skuteczne.

A co do wspólnych interesów, to ten temat kryzysu migracyjnego na pewno jest tym, co Węgry i Polskę łączy. W pewnym sensie łączy nas też temat polityki względem Bałkanów, ale Budapeszt i Warszawa zdają się mieć w tym względzie inne pomysły. Łączy też podejście do budowy infrastruktury transportowej w regionie. Jeśli jednak chodzi o tematy takie, jak Nord Stream i South Stream, to już nie mam pewności…

Czego Mateusz Morawiecki powinien szybko nauczyć się od Viktora Orbána, by spróbować załagodzić tę napiętą sytuację Polski w UE?

Polska powinna uczyć się umiejętności nawiązywania dialogu. Viktor Orbán może też nauczyć Polaków tego, jak decydować się na korzystne ustępstwa.

JAKUB NOCH

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.