Opozycja musi w medialnym przekazie wrócić do podstaw. Musi mówić, dlaczego jest opozycją, czego chce dla Polski, co proponuje

Sałatka, kilometrówki, lojalka. Lojalka, sałatka, kilometrówki realne i wymyślone. Transmisja z przesłuchania prezydenta, której nie było, i znów sałatka. Poruszenie losem młodocianych morderców swoich rodziców. A za chwilę coś innego. Ale z pewnością coś równie mało istotnego.

 

To chyba nowa strategia: skoro atak frontalny na opozycję przestaje działać, skoro to paliwo wypaliło się, a pani premier już czuje, że nie potrafi uderzać z taką lekkością i tak bezkosztowo jak Tusk, to teraz czas na zamulanie. Już do wyborów będziemy debatowali o drobnostkach i głupotkach, z których każda konkretnie nadaje się oczywiście do odnotowania, ale które nagromadzone w hurtowych ilościach i rozdęte poza zdroworozsądkowe granice służą jedynie za zasłonę. Mają odwrócić uwagę Polaków od spraw istotnych, od stanu Rzeczypospolitej, od coraz dramatyczniej brzmiących pytań o naszą przyszłość.

Przede wszystkim jednak, mają pochłonąć całą energię opozycji. PiS ma zajmować się obroną, atakiem i kontratakiem w tych właśnie drobnych sprawach. Czasem wygra, czasem przegra, czasem zremisuje, może nawet coś mu wzrośnie w sondażach, ale to nieistotne. Taka medialna kiwka nie da bowiem – na pewno nie da – większości w Sejmie. Może dać zwycięstwo, ale nie da władzy.

Nie da dlatego, że większość tych bojów niesie ze sobą skutek dla władzy wymarzony: stawia wszystkich na jednej płaszczyźnie. Polacy patrzą, i widzą wojujące ze sobą partie, które posługują się argumentami na tym samym poziomie – szczególarskimi, całkowicie wtórnymi wobec istoty wyzwań stojących przed Polską. A skoro wszyscy są tacy sami, to po co zmieniać system?

Opozycja musi w medialnym przekazie wrócić do podstaw. Musi mówić, dlaczego jest opozycją, czego chce dla Polski, co proponuje. Musi mówić, że obecny kurs państwa prowadzi nas do degradacji na każdym polu. Że z taką gospodarką zawsze będziemy krajem emigrantów, że z taką polityką społeczną wymrzemy, że z taką polityką zagraniczną stajemy się klientem Niemiec i popychadłem Rosjan.

I że to można zmienić. Naprawdę można. Spokojnie, ale stanowczo. Szanując to, co się wielu Polakom udało osiągnąć, i otwierając nowe możliwości przed tymi, którzy zostali zablokowani i skazani na nędzną wegetację lub wyjazd.

Oczywiście, do tego trzeba trochę odwagi. I odrobinę godności. Bo przecież dziś politycy PiS pozwalają swoim wrogom na zdecydowanie zbyt wiele. Chodzą do audycji typu „Siódmy Dzień Tygodnia”, gdzie – jak to trafnie ujął Jerzy Targalski – występują w roli grzecznej zwierzyny łownej**, skazani na zderzenie z 6 przeciwnikami, wpuszczani w ewidentne, jak sądzę, ustawki, wystawiani Nałęczowi niczym piłeczki do zbicia.

Rozumiem, że indywidualne strategie polityczne nakazują promowanie się w każdych warunkach. Tęgie lanie, które promujący się otrzymują (nawet tak sympatyczni jak Jacek Sasin), jest niestety również laniem – pośrednio – elektoratu. Czyli ludzi, którzy i tak poddani są olbrzymiej presji. Można im oszczędzić niepotrzebnych, a nieuniknionych w tym kontekście upokorzeń. Zwłaszcza, że zyski z takich występów, szczerze mówiąc, żadne. A straty, moim zdaniem, duże.

Jacek Karnowski

Więcej postów