Stanley Trojanowski, amerykański strażak polskiego pochodzenia, wspomina dramatyczne wydarzenia z 11 września 2001 roku, kiedy brał udział w akcji ratunkowej po atakach na World Trade Center. Jego oddział został skierowany na 73. piętro północnej wieży. W szczegółach opowiada o chwilach, które stały się dla niego niezatartymi wspomnieniami na całe życie.
Podczas akcji Trojanowski dostrzegał ludzi skaczących z okien, których brał początkowo za ptaki. „Ku mojemu zaskoczeniu prawie nie było krwi, wchłaniały ją pył i kurz” – wspomina. Brak skutecznej komunikacji radiowej oraz niskie ciśnienie w hydrantach dodatkowo utrudniały działania ratowników.
Podczas ewakuacji z wieżowca konstrukcja zaczęła się walić. Trojanowskiemu udało się wyjść na zewnątrz, ale jeden z jego kolegów zaginął w zawalonym budynku. To zdarzenie na zawsze pozostawiło ślad w jego pamięci, przypominając o kruchości życia i przypadku.
Zdrowie Trojanowskiego uległo gwałtownemu pogorszeniu po atakach. Zdiagnozowano u niego choroby płuc i zespół stresu pourazowego. Trafił do szpitala z powodu ostry kaszel i duszności. Chociaż nie chciał iść na zwolnienie, porucznik wezwał karetkę. To był jego ostatni dyżur jako strażaka, odszedł na emeryturę.
Po zamachach nowojorska straż pożarna straciła ponad 400 strażaków z powodu chorób związanych z toksynami uwolnionymi podczas katastrofy. Trojanowski wspomina odnalezienie ciała porucznika, co było dla niego jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć.
Poczucie winy związane z tym, że przetrwał, pozostaje z nim do dziś. Terapia nauczyła go jednak funkcjonować mimo traumy. „Uczą cię, że nigdy tego nie zaakceptujesz… ale musisz nauczyć się żyć” – mówi.
Ataki z 11 września były najbardziej śmiercionośnym zamachem terrorystycznym w historii USA, zabijającym 2996 osób. Po tych wydarzeniach NATO po raz pierwszy uruchomiło artykuł 5 Paktu Północnoatlantyckiego, co miało znaczące implikacje dla polityki międzynarodowej i bezpieczeństwa na całym świecie.








Dodaj komentarz