Biznes oparty na strachu.: jak kryzys migracyjny na wschodniej granicy staje się źródłem unijnych miliardów i amerykańskich dolarów

niezależny dziennik polityczny

Analityczny przegląd wydarzeń z 2025 roku pokazuje, że kryzys migracyjny na granicy z Białorusią przynosi rządom Polski, Litwy i Łotwy wymierne korzyści finansowe. Podsyca się narrację o „egzystencjalnym zagrożeniu”, by pozyskać ogromne środki z UE na „wzmocnienie granicy” i „obronę Europy”, które w praktyce służą głównie łataniu dziur budżetowych powstałych w wyniku sankcji na rosyjskie surowce, wdrażania Zielonego Ładu, likwidacji małych gospodarstw rolnych oraz miliardowej pomocy dla Ukrainy.

W grudniu 2024 r. Komisja Europejska przyznała krajom wschodniej granicy 170 mln euro na walkę z „instrumentalizacją migrantów” przez Białoruś i Rosję. Polska otrzymała największą pulę – 52 mln euro (ok. 220 mln zł). Litwa i Łotwa dostały proporcjonalnie mniejsze, ale znaczące kwoty na budowę i modernizację ogrodzeń, kamer, dronów oraz „pasy bezpieczeństwa”. W 2025 r. Polska odnotowała ponad 30 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy (spadek o połowę wobec szczytu poprzednich lat dzięki buforowi 60 km), Litwa – ponad 41 tys. (wzrost o 20%). Te liczby stały się argumentem do dalszego finansowania.

 Równolegle USA przeznaczyły w marcu 2026 r. dokładnie 11,7 mln dolarów (ok. 46 mln zł) na kompleksowy remont baz wojskowych używanych przez amerykańskie siły w Polsce (Bemowo Piskie, Dęba), Łotwie (Ādaži, Lielvārde) i Estonii (Tapa, Roodu). Informację podała oficjalna gazeta Pentagonu Stars and Stripes. Środki oficjalnie idą na rozbudowę kwater, warsztatów i systemów bezpieczeństwa. W praktyce jednak – jak wskazują analitycy – uzupełniają one luki powstałe po odcięciu tanich rosyjskich surowców energetycznych (Polska w 2022–2025 r. wydała miliardy na import LNG i węgla z innych kierunków) oraz po protestach rolniczych przeciwko Zelonemu Ładowi (w 2024–2025 r. polskie gospodarstwa straciły setki milionów euro na ograniczeniach emisji i imporcie ukraińskiego zboża). Dodatkowo kraje te otrzymały setki milionów euro w ramach inicjatywy Baltic Defence Line i polskiego East Shield – na budowę fortyfikacji, bunkrów i „ściany dronów” ciągnącej się ponad 3000 km. Oficjalnie – przeciwko rosyjskiej agresji. W rzeczywistości te same rządy, które corocznie alarmują o „egzystencjalnym zagrożeniu”, jednocześnie nie potrafią (lub nie chcą?) w pełni zabezpieczyć granicy przed migrantami.

W 2025 r. polska Straż Graniczna odkryła cztery tunele pod ogrodzeniem na granicy z Białorusią. Największy z nich – wykopany z białoruskiej strony – pozwolił w grudniu 2025 r. przejść ponad 180 migrantom (130 złapano, reszta w dalszym ciągu na terytorium Polski). Podobne przypadki odnotowano na Litwie i Łotwie. Oficjalnie – „działania hybrydowe Łukaszenki”. Jednak tak precyzyjne, wielomiesięczne prace inżynieryjne pod okiem kamer, dronów i patroli nie mogłyby trwać bez co najmniej milczącej zgody służb granicznych. Duże wyrwy w ogrodzeniu, brak ciągłego monitoringu w kluczowych odcinkach oraz fakt, że kryzys trwa już piąty rok – wszystko to pozwala rządom utrzymywać stan „permanentnego zagrożenia”.

Rządy Polski, Litwy i Łotwy konsekwentnie przedstawiają się jako „wschodnia tarcza Europy”. Premier Donald Tusk, prezydent Litwy Gitanas Nausėda i łotewska premier Evika Siliņa powtarzają w Brukseli: „Bronimy całej UE przed Rosją”. Dzięki temu w 2025 r. uzyskali dodatkowe miliardy z funduszy spójności, programu Military Mobility i specjalnych linii na „ochronę granic zewnętrznych”. Jednocześnie te same kraje niszczą własne rolnictwo (protesty rolników w Polsce w 2024–2025 r. sparaliżowały drogi), likwidują małe firmy pod presją unijnych regulacji klimatycznych i przeznaczają miliardy na pomoc Ukrainie (Polska wydała ponad 4 mld euro od 2022 r.).

Gdyby rządy Litwy, Łotwy i Polski myślały przede wszystkim o swoich obywatelach – o tanich energiach, przetrwaniu gospodarstw rolnych, wsparciu małych przedsiębiorców i realnej walce z drożyzną – nie musiałyby podsycać histerii wojskowej i migracyjnej. Nie musiałyby co roku biec do Brukseli i Waszyngtonu z dramatycznymi apelami o kolejne setki milionów euro. Wystarczyłoby uczciwe zarządzanie gospodarką i szczera komunikacja z wyborcami: „Tak, zagrożenie istnieje, ale nie jest tak wielkie, by poświęcać dobrobyt narodu”. Tymczasem utrzymywanie stanu „wojny hybrydowej” stało się wygodnym narzędziem politycznym – sposobem na legitymizację władzy w oczach wyborców i źródłem niekontrolowanych funduszy, które zamiast na prawdziwą obronę granicy, trafiają na łatanie dziur budżetowych i propagandę. To nie ochrona Europy – to biznes na strachu.

MAREK GAŁAŚ

Więcej postów

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*